Grecki dramat rozwija się jak katastrofa kolejowa w zwolnionym tempie

Redakcja
Cięcie wydatków budżetowych przez rząd to podcinanie gałęzi, na której siedzi - dowodzi znany ekonomista i polityk Grzegorz Kołodko.

Już dość czy jeszcze za mało? Oto jest pytanie… Grecki dramat rozwija się na naszych oczach jak katastrofa kolejowa w zwolnionym tempie. Z jednej strony mamy irracjonalne oczekiwania obcokrajowców - czy to ministrów finansów strefy euro oraz funkcjonariuszy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, czy to prywatnych banków, nadgorliwych do niedawna w swojej lekkomyślnej chciwości, kiedy pożyczały za dużo i zbyt łatwo, czy też niektórych opiniotwórczych mediów - którzy chcieliby, aby greckie działania oszczędnościowe poszły dużo dalej niż dotychczas. Z drugiej strony znajduje się odważny i odpowiedzialnie działający nowy rząd Grecji, stojący w obliczu zbliżających się kwietniowych wyborów, który przyciska własne społeczeństwo do granic wytrzymałości.

Jak daleko można zajść w taki sposób? Czy jest to słuszna droga działań? I jak to się dzieje, że znowu naród - tym razem grecki - ponoć nie chce zrozumieć, że to są jakoby działania podejmowane w jego interesie?

Czytaj także: Grecja niczym studnia bez dna

Obawiam się, nie ma już miejsca na dalsze cięcia bieżących wydatków publicznych. Już dość. Tnąc wydatki budżetowe, rząd podcina gałąź, na której siedzi. Piąty rok z rzędu recesji spowodował poważną erozję podstawy podatkowej i przychodów fiskalnych, które zamiast rosnąć, mogą kurczyć się dalej, nawet biorąc pod uwagę wzrost niektórych podatków. Można, być może, podnieść jeszcze niektóre podatki, ale ich wydolność fiskalna też ma swoje granice, a zbyt wygórowany poziom może się obrócić przeciwko efektywności ekonomicznej i zaszkodzić ekspansji gospodarczej, której Grecja potrzebuje dużo bardziej niż pomocy zagranicznej obwarowanej de facto warunkami niemożliwymi do spełnienia.

Drastyczne środki oszczędnościowe są prorecesyjne, co jest obecnie przyznawane nawet przez MFW. Trzy lata cięć wydatków podniosły relację długu publicznego wobec spadającego PKB ze 113 procent w roku 2008 do 163 procent obecnie. Grecy wydają i konsumują mniej, redukując odczuwalnie swój standard życia, a ich zadłużenie jest wyższe o połowę dochodu narodowego! Taka polityka nie ma większego sensu, bo nie ma dobrych perspektyw. To jest wręcz najlepsza (a raczej najgorsza) recepta na ekonomiczną i polityczną katastrofę.

Czytaj także: Schaeuble: Nie ma żadnych gwarancji, że pomaganie Grecji doprowadzi do sukcesu

W rezultacie prowadzonych przez rząd ateński działań, w zasadniczym stopniu narzucanych z zewnątrz, 21-procentowa stopa bezrobocia jest jedną z najwyższych wśród krajów uprzemysłowionych, z oszałamiającym, 48-procentowym wskaźnikiem młodych ludzi pozostających bez pracy. Wskaźnik bezdomności wzrósł w ciągu ostatnich trzech lat o jedną czwartą. Blisko 28 procent ludności jest na krawędzi wykluczenia społecznego. Liczenie na to, że będą oni oglądać telewizję, a nie demonstrować i walczyć na ulicach, jest skrajną naiwnością.

Dlatego oczekiwanie, że Grecy będą coraz bardziej zaciskać pasa, jest nierealne. Nie można przeć na ludzi ponad granice ich tolerancji. Taka presja to nie polityka. To głupota. Jeśli ktoś chce mieć "grecką wiosnę" - a później "europejską wiosnę", dlaczego nie? - niech tkwi w iluzji i usiłuje przed innymi ją rozpościerać, że ludzie są tak niemądrzy, iż będą głodować, aby w nieskończoność - bo do tego sprowadza się dictum - płacić odsetki od wygórowanego wcześniej ich nadmiernym poziomem życia zadłużenia wobec zagranicznych wierzycieli. Lwia część długu, lawinowo narastającego w ostatnich latach, jest bowiem rezultatem nie tego, że Grecy rzeczywiście żyli ponad stan, lecz wynika ze spekulacyjnie wysokiego oprocentowania kredytów refinansowanych. Dlatego plan - albo raczej fikcja - że grecki dług z obecnego poziomu z górą 160 procent PKB zostanie sprowadzony do 120 procent do roku 2020, jest kolejną oznaką braku pragmatyzmu. Nawet gdyby tak się stało (a się nie stanie), takie obciążenie finansowe nadal będzie nie do udźwignięcia.
Nie ma prostej analogii między obecną dramatyczną sytuacją Grecji a onegdajszą Polski, ale nasze doświadczenia powinny być wystarczająco pouczające. Nadmierna restrykcyjność polityki fiskalnej i wymuszanie zaciskania pasa na nadmierną skalę na początku lat 90. - innymi słowy, przestrzelenie polityki stabilizacyjnej podczas szoku bez terapii - dało tzw. przewrotny efekt dostosowania fiskalnego, jak nazwałem to już dwadzieścia lat temu. Podobnie działo się - pod kierunkiem tego samego ministra finansów - w końcu lat 90., w trakcie przechłodzenia gospodarki bez potrzeby. W jednym i w drugim przypadku intencjonalnym celem polityki było obniżenie budżetu państwa. W jednym i w drugim przypadku uzyskano rezultat odwrotny - przewrotnie zwiększył się, i to na pokaźną skalę.

Działo się tak, ponieważ ograniczanie wydatków publicznych poprzez cięcia budżetowe - często ślepe i nierozsądne - pociągnęło za sobą słabnięcie koniunktury wskutek coraz silniejszych ograniczeń popytowych. Spadały wydatki, ale spadały również przychody, w niektórych okresach na jeszcze większą skalę niż wydatki. Taka polityka musiała obrócić się nie tylko przeciwko wzrostowi gospodarczemu, lecz także przeciwko równowadze finansowej.

Czytaj także: "Pomoc dla Grecji to kupowanie czasu dla strefy euro. Chcą oddalić bankructwo"

Dla pełnej jasności: wydatki budżetowe zawsze trzeba racjonalizować. Oszczędne nimi gospodarowanie jest cnotą, tak jak rozrzutność jest przywarą. Ale są sytuacje, kiedy struktura i sekwencja działań zmieniających poziom (w dół) i kompozycję wydatków mają istotne znaczenie dla możliwości zbytu, a więc i dla opłacalności produkcji. Przesadne działania są szkodliwe, niekiedy nawet bardziej niż działania nadmiernie powściągliwe.

To prawda, że grecka polityka makroekonomiczna przed kryzysem była nieodpowiedzialna. I Grecy muszą za to zapłacić wysoką cenę. Już płacą. Ale jest również prawdą, że zagraniczni bankierzy nie wykazali się nadmierną inteligencją i odpowiedzialnością, gdy pożyczali Grecji zbyt łatwo i zbyt dużo. I muszą za to również słono zapłacić. Do tej pory nie płacą dostatecznie drogo. Prawdą jest wreszcie i to, że zachodni przywódcy - zwłaszcza niemiecka kanclerz Angela Merkel i francuski prezydent Nicolas Sarkozy - popełnili serię politycznych błędów poprzez odraczanie niezbędnych decyzji umożliwiających na czas redukcję już uprzednio niespłacalnego długu. Ulegając naciskom interesów partykularnych, starali się chronić przede wszystkim interesy inwestorów prywatnych, a nie własnych społeczeństw i europejskiej wspólnoty. W rezultacie odnośnie do zmniejszenia skali nie tylko greckiego zadłużenia zrobiono za mało i za późno. Politycy i decydenci też muszą zapłacić za swoje błędy. Nie płacą. Jednakże zbliżające się wybory prezydenckie we Francji i parlamentarne w Niemczech są dobrą okazją do wyciągnięcia właściwych wniosków...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie