Grażyna Jeromin-Gałuszka: Doszło do tego, że swoim bohaterom kradnę dialogi

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Anna i Jakub Nalewajko
Doszło do tego, że przejmuję od swoich bohaterów ich sposób mówienia. Tworzę bohaterkę, a potem łapię się na tym, że kradnę jej dialogi. Że już zaczynam się zachowywać jak ona, że gestykuluję, jak ona. W takie maniery wpadam - Grażyna Jeromin-Gałuszka, pisarka bestsellerowych powieści opowiada o pisaniu, o książkach i swoich artystycznych inspiracjach.

Pamiętasz tytuł pierwszej książki, którą przeczytałaś i która wzbudziła w Tobie zachwyt?

Pierwsza? Nie… Oj! Pamiętam. „Gelsomino w Kraju Kłamczuchów”. Nie było jej w kanonie lektur dla dzieci. Ale autora, zabij, nie powiem.

Gianni Rodari. Pierwsze wydanie – 1958 rok. Sprawdziłam.

Kompletnie nie pamiętam też tego, co mnie w tej książce ujęło. Na pewno ilustracje były autorstwa Jana Marcina Szancera i one mnie urzekły; cała ta szata graficzna. Ale przecież i treść musiała – bohaterem był dzieciak, który miał ogromną wyobraźnię. Czytać nauczyłam się, zanim jeszcze poszłam do szkoły. Jaka ja byłam na to czytanie pazerna! Książek na wsi specjalnie nie było. Raz do sąsiadów przyjechała rodzina z miasta. Przywieźli ze sobą komiks Makuszyńskiego.

Komiks?!

Wszystko jedno, co to było. Może bajka „O rybaku i złotej rybce”. Ale z jakimi pięknymi ilustracjami! Jakiż bajkowy świat! Patrzyłam na tę książkę głodnym wzrokiem. Chciałam ją zawinąć.

Ukraść?

No tak. Chyba niedługo wykorzystam ten epizod w jednej z moich książek.

Kiedyś uważałam, że ze wszystkich kradzieży, kradzież książki jest najbardziej usprawiedliwiona. Rodzice nie kupowali Ci książek?

Coś ty!

Przecież Twój tata lubił czytać.

No, czytał, jak już coś do czytania dorwał. W domu książek nie było. Ale jak poszłam do szkoły, to dostęp do książek miałam. Chyba ci kiedyś mówiłam, że ze szkolnej biblioteki szybko wyczytałam wszystko. A kiedy na wieś puszczono PKS, to jeździłam do gminnej biblioteki. W ósmej klasie rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej i podróżowałam do Radomia na lekcje; tam obczaiłam sobie miejską bibliotekę i brałam z niej wszystko, co chciałam. Ten głód książki był u mnie straszliwy. Ogromnie mi tego brakowało.

Czego konkretnie?

Czytania. Nie było tak, jak teraz, że wszyscy mają do książek dostęp, że książki się wręcz poniewierają. Że w ogóle jest dostęp do miasta. Kiedy byłam mała, to Sosnowica, w której się urodziłam, mieszkałam i nadal mieszkam, była prawdziwą wsią. Rzadko się z niej wyjeżdżało. Potem, jak już zaczęłam pracować, to kupowałam książki do domu. Tatuś też miał już co czytać.

Miałaś takie fazy, że skupiałaś się na czytaniu wszystkich książek jednego autora, jeśli Ci się spodobał?

Czytałam wszystko, co było. Wtedy chodziło o to, żeby czytać. Teraz wybieram to, co mi pasuje. Jak nie mój klimat, to po paru stronach książkę odkładam.

Niemal jednocześnie wraz z tym, jak nauczyłaś się czytać, zaczęłaś pisać. Podobno pierwszą powieść napisałaś w pierwszej klasie podstawówki?

To była książka w jednym egzemplarzu; rysunki też sama wykonałam. Nie miałam talentu do rysowania, więc wyobraź sobie, jakie one mogły być. Okładka z szarego papieru, kartki zszyłam nitką. Wszystkie dzieciaki ze wsi musiały przeczytać. I też nie pamiętam, o czym to było.

A potem?

Pisałam jakieś głupoty. Nie ma o czym mówić.

Zaraz. Przecież pisarką nie urodziłaś się nagle wtedy, gdy byłaś już mężatką, gdy miałaś dorosłe dzieci, gdy Twój dorosły syn znalazł w gazecie ogłoszenie o konkursie literackim i powiedział: „Mamo, napisz powieść”. Musiał wiedzieć, że umiesz pisać.

Zaraz po ślubie pisałam opowiadania. Od nich zaczynałam. Wysyłałam je na różne konkursy i zawsze wygrywałam. Nie zawsze zajmowałam pierwsze miejsce, czasem drugie albo trzecie.

Masz gdzieś te opowiadania?

Gdzieś są. Pamiętam, jak raz byłam w Augustowie na „Konfrontacjach artystycznych wsi polskiej”; nawiasem mówiąc, kto taką nazwę wymyślił? Byli tam malarze, byli pisarze, różne towarzystwo. Mieszkaliśmy w domkach nad jeziorem. Przyjechał Wiesław Myśliwski. Został parę nocy. Kazał sobie pokazać próbki literackie. Dałam mu opowiadanie pod tytułem „Porcelanowy konik”. Fajne. Ciekawy klimat.

O czym?

O tym, że facet przychodzi do antykwariatu, on jest stary, w antykwariacie młoda dziewczyna i coś się między nimi zaczyna. Ale nie będę ci opowiadać. Nie umiem mówić o swoich opowiadaniach czy powieściach. To mi wychodzi najgorzej ze wszystkiego. Nie lubię tego.

Są pisarze, którzy o swoich książkach opowiadają lepiej, niż je piszą.

No widzisz. A jak ja mam kogoś zachęcić do przeczytania swojej książki, to od razu wiem, że to, co powiem, przełoży się w odwrotną stronę. Nie potrafię i już.

Przecież opowiadasz o swoich książkach na spotkaniach autorskich.

Jak jest fajny klimat, to czasem, jak się rozgadam, potrafię coś sensownego powiedzieć. Nawet i o swoich książkach. Ale to mi się rzadko zdarza (śmiech). Wracam do Augustowa. Mamy tam kolejny wieczór, jest spotkanie z Myśliwskim. Widzę, że on miętoli w rękach jakiś maszynopis. Przyglądam się i rozpoznaję, że to moje kartki. Taki żółty papier, bo tylko do takiego miałam dostęp. „Warto było zorganizować tę imprezę, żeby taką perełkę wyłuskać” – mówi Myśliwski o moim opowiadaniu. Potem miałam z nim indywidualną rozmowę. Niewiele z niej zapamiętałam. Za to jakiś czas później odważyłam się i pojechałam do niego do domu. Zawiozłam mu swoją powieść.

Jak Cię przyjął?

Jego żona otworzyła mi drzwi; on spał. Miał swoje rytuały – wstawał rano i pisał, potem spał i nie wolno mu było przerywać. A ja tak z butami weszłam. Żona musiała go obudzić. Wstał i był jakiś taki mało rozmowny. Dałam mu swoją powieść, zdziwił się: „Ale skąd my się w ogóle znamy”? E, nie ma co tego wspominać. Ważne było to, że w Augustowie powiedział o moim opowiadaniu - perełka. Co zresztą na nic się nie przełożyło, ale to już była moja wina. Bo sygnały miałam. Wygrywałam konkursy literackie, Myśliwski pochwalił. Powinnam usiąść i pisać. Ale widzisz. Dominowała proza życia. Były dzieci, było ciężko, trzeba było pracować. Wstawać rano, chodzić na przystanek, tłuc się PKS-em do Radomia. Pracowałam w księgarni. Wieczorem powrót. Zima. W domu ziąb. Nienawidziłam zimna i tamtej atmosfery lat 80., kolejek. W sklepach niczego nie było. Koszmar. Jak sobie przypomnę tamten czas, to aż mi się coś w środku przewraca. I weź tu pisz. Nie miałam przekonania, nawet mimo tych sygnałów, które otrzymywałam. Ja miałabym napisać powieść? To trzeba mieć umiejętności! To mogą zrobić tylko wybitne jednostki. Tak wtedy myślałam.

Ale Myśliwski połechtał Twoje ego, mówiąc o opowiadaniu, że to perełka.

Jakoś specjalnie ani w samozachwyt, ani w samouwielbienie nie wpadłam. No, dobrze, potrafię coś napisać, ale to może dlatego, że inni nie potrafili? Nie było tak, że, och, jaka to ja jestem wspaniała, od razu więc siadam, piszę. A właśnie tak trzeba było zrobić! Siadać i pisać wtedy, jak miałam dwadzieścia parę lat. Pisałam wówczas takie rzeczy, których teraz pewnie by nie wydali. Były po prostu ambitne.

Na nagrodę Nike.

No tak! Gdybym pisała w takim stylu, jak pisałam wtedy jako dwudziestoparolatka? Skoro Myśliwski powiedział, że to dobre? Skoro na warsztatach literackich mówili o mnie, że mam talent, że trzeba nad nim pracować? Skończyłam trzydziestkę, byłam już po szkole filmowej, pisałam jakieś scenariusze i nadal nie usiadłam do tego, żeby napisać książkę.

Dlaczego poszłaś na scenopisarstwo?

Mówiono, że mam filmową wyobraźnię. A zaczęło się od tego, że był jakiś konkurs na scenariusz. Napisałam w tydzień. Akcja działa się w szpitalu psychiatrycznym. Wysłałam. Nie doczytałam warunków, bo scenariusz miał być o tematyce marynistycznej.

(Śmiech).

Dostaję telefon z Gdańska. Scenariusz się podoba, ale nie spełnia warunków regulaminu.

I co?

Nic. Poszłam na to podyplomowe scenopisarstwo do filmówki. Złapałam trochę oddechu; dzieci odchowane, byłam właścicielką księgarni w Radomiu.

W szkole filmowej spotkałaś Krzysztofa Kieślowskiego. To było jak iluminacja. Poczułaś z nim porozumienie.

Nie wiem, jak nazwać to, co się wydarzyło. Kieślowski prowadził zajęcia. Oglądaliśmy wtedy jego film „Trzy kolory. Niebieski”. Bardzo mnie poruszył. Po filmie – dyskusja. Zadałam pytanie, zarzucając mu cynizm. Nie odpowiedział. Za to wszyscy na mnie naskoczyli, wołając, że chyba mylę cynizm ze sceptycyzmem. Ale ja wiedziałam, o czym mówię. Więcej – czułam, że Kieślowski się ze mną zgadza. Na pytanie nie odpowiedział, zapytał tylko: „Pani jest szczęśliwa?” Zgłupiałam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Ty pewnie byś coś mądrego powiedziała, jakoś normalnie się zachowała.

A Ty jak się zachowałaś?

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba nic. Po zajęciach wyszliśmy na korytarz, to były piękne czasy, bo można było palić gdziekolwiek, a on cały czas chodził z papierosem. Albo wkładał go za ucho, albo trzymał w palcach. Zapaliliśmy. Staliśmy w ciemnym korytarzu, naprzeciwko siebie. Naturalnym odruchem spojrzeliśmy sobie w oczy. Wtedy to poczułam. Więź z mistrzem. Jeden jedyny raz w życiu doznałam czegoś takiego. To było niezwykle głębokie doznanie. Wiedziałam, że spotkałam mistrza. Człowieka, za którym można by iść na koniec świata.

Na Twoim roku była też Olga Tokarczuk.

Semestr, może dwa studiowałyśmy razem. Olga była już wtedy po debiucie swojej książki „Podróż ludzi Księgi”. Wydała ją w malutkim wydawnictwie. Osobiście mi ją podarowała. Parę egzemplarzy przyniosła wtedy na zajęcia. Mówiła nam, że już jest postrzegana jako kultowa pisarka, że młodzi ją czytają. A my wtedy tak sceptycznie – nie cynicznie, tylko sceptycznie (śmiech) – jej się przyglądaliśmy. Na zajęciach specjalnie się nie wyróżniała. Zresztą. Żadna z nas się nie wyróżniała. Pamiętam, że jej książka bardzo mi się podobała. Ale w życiu bym nie pomyślała, zresztą ona też nie, że to jest przyszła noblistka.

Wracając do Twoich studiów – zaczęłaś wtedy pisać scenariusze?

Trochę ich napisałam. Wysłałam swój pomysł na konkurs organizowany przez „Film” i agencję scenariuszową z Chełmskiej w Warszawie. Zajęłam trzecie miejsce. Pierwsze zdobył Piotr Wereśniak. Ale od razu zaproponowano mi pisanie pierwszej telenoweli, „Radio romans”. Potem proponowano, żebym z Iloną Łebkowską pisała serial. Odmówiłam. Może i jestem ćwokiem ze wsi, ale szablonowe, schematyczne pisanie mnie nie interesowało.

To po co były Ci te studia, jak po ich ukończeniu wróciłaś do tego samego: do pracy w księgarni i zajmowania się domem, dziećmi.

Co mam ci odpowiedzieć? Dziamotałam mężowi i dzieciom, że tylko chodzę po domu i sprzątam, a mogłabym pisać i że kiedy ja coś napiszę. A życie leciało. Aż w końcu skończyłam 42 lata, stałam się kobietą w średnim wieku i mój syn przeczytał gdzieś, że ogłoszono konkurs literacki. Powiedział mi: „Mamo! Usiądź i napisz”. Mogłam machnąć ręką. Ale coś mnie ruszyło. Pomyślałam: „Jak nie teraz, to nigdy”. Usiadłam i dość szybko napisałam „Złote nietoperze”. Mój debiut. Miałam nawet czas, żeby jeszcze je dopracować. Stukałam na starym laptopie. Plastikowy, szary był. Byle jaki.

Co to był za konkurs?

Wydawnictwo Prószyński ogłosiło konkurs na powieść. Przysłano 1500 powieści! Z tego powodu musieli termin ogłoszenia wyników przesunąć, więc nas poinformowali. Stąd wiedziałam. Pomyślałam wtedy: „Po co ja wysyłałam? Nie mam szans”. Był 2007 rok. Los musiał zamoczyć w tym palce.

Przed przeznaczeniem nie uciekniesz. Dopadło Cię.

Pamiętam, jechałam akurat do księgarni. Prowadzę samochód, jestem na „siódemce”, myślę, że mam jeszcze zajechać do hurtowni. Telefon. Odbieram. Z wydawnictwa. Słyszę: „Chciałam powiedzieć, że została pani laureatką naszego konkursu”. Nic do mnie nie dociera, mówię: „Tak? A może pani później zadzwonić?” Ale kobieta nie ustępuje: „Wygrała pani! Pierwsze miejsce!” Wtedy dotarło. I już nie wiedziałam, gdzie miałam jechać, po co skręciłam i gdzie dojechałam. Nic. Byłam w szoku. Jakbym wtedy nie usiadła do pisania, jakby mi syn nie znalazł tego konkursu? I to w „Claudii”, czy tego rodzaju piśmie! Ciekawe, bo u nas w domu nigdy pism kobiecych nie było! Nie kupowało się ich. I do tej pory się ich nie czyta. Co go tknęło? Ręka losu to była, jak nic. Od tamtej pory piszę.

Ciekawa jestem Twoich pisarskich mistrzów.

Oryginalna nie będę. Wciąż powtarzam to nazwisko. Do znudzenia. Gabriel Garcia Marquez.

Pierwsza opinia, jaką usłyszałam na Twój temat od innych pisarzy, jeszcze Cię nie znając i nie czytając…

… moich wypocin…

… Twoich wspaniałych powieści. Opinia brzmiała: „Grażynka to polski Marquez”.

Bez przesady. Wymyśliła to Mariolka Zaczyńska i teraz przy okazji każdego wywiadu słyszę: „Jest pani przedstawicielką polskiego realizmu magicznego”. W gruncie rzeczy lubię, jak w ten sposób o mnie mówią. Może coś z tego realizmu magicznego dotknęłam. Być może z tej przyczyny, że tak wiele razy czytałam swojego mistrza. Przeczytałam go późno, miałam grubo ponad 20 lat. Panował wtedy istny szał na literaturę iberoamerykańską. Ale ja musiałam odwrotnie: „Jak jest taka moda, to nie będę tego czytać”. No i długo tę literaturę omijałam. Aż w końcu wpadło mi w ręce „Sto lat samotności”. Przeczytałam pierwsze zdanie: „Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go ze sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód.”- i już nie odłożyłam tej książki. Nie powiem, że przeczytałam ją sto razy, bo musiałabym to robić kilka razy w roku, ale czytałam wielokrotnie. Do dziś, za każdym razem, kiedy ją czytam, coś wspaniałego znajduję. Jakieś zdanie, które mnie powala. Za każdym razem! Czytam i śmieję się, czytam i się delektuję i znów do tego wracam, i wiem, że coś takiego mógł napisać tylko Marquez. Nikt inny. Tu nie ma dyskusji. To arcydzieło.

A oprócz Marqueza?

Po Marquezie długo, długo nic i w końcu - drugi w kolejności - Elias Canetti. Przepadłam, czytając jego „Auto da fé”. Też wiele razy.

Powiedziałaś sobie: „Chcę pisać, jak Marquez, albo Canetti?”

Nigdy. Nie mam ani takiego poczucia wartości, ani przekonania, że aż tak dobrze piszę, żebym mogła w ogóle pomyśleć, że chciałabym pisać jak Marquez. Oczywiście bym chciała, ale to marzenie ściętej głowy.

Jaki cel ma Twoje pisanie? Chciałabyś zmieniać świat, dawać radość, odmieniać ludzi?

Chyba żartujesz! Kiedy siadam i pisze, to nie mam żadnego założenia, że chciałabym coś przekazać. Czasem jakiś przekaz wyjdzie bezwiednie, rzec można, niechcący, ale nie jest on uformowany z góry, na starcie. Choć kiedy czytelniczka pisze mi, że po przeczytaniu „Magnolii” padła na kolana i że jest to jej najlepsza książka na świecie, to się cieszysz, prawda? Masz na tyle dobrze poukładane w głowie, że zdajesz sobie sprawę, że to nie jest żadne mistrzostwo, ale cieszy cię taka opinia. Albo, jak po wydaniu „Legendy” młody chłopak napisał do mnie, że to najważniejsza książka w jego życiu. Miło. Nie?

Wspaniale. Szczerze mówiąc, też padłam na kolana, jak przeczytałam „Magnolię”. Nic dziwnego, że stacja TVN zakupiła prawa do jej sfilmowania. Kiedy będzie film?

Prawa zakupiono, rozpoczęto nawet pracę nad scenariuszem, ale potem zmienił się właściciel stacji i sprawa ucichła.

Trzymam kciuki, żeby wrócono do tego pomysłu i to jak najszybciej, bo tylko patrzeć, jak zagraniczni producenci zaczną Ci składać propozycje. Wrócę jeszcze do Twoich bohaterek, bo to są silne i dumne kobiety. Jak u Marqueza. Takie były w Twojej rodzinie? Prababcia, babcia, mama?

Nie szukam pierwowzorów swoich bohaterów w rodzinie czy wśród znajomych. Sama ich sobie tworzę. A przynajmniej tak mi się wydaje. Bo może lepię je z cech tych wszystkich postaci, które w życiu poznałam. Ale jeśli już o nie pytasz, to coś Ci powiem. W pewnym momencie zorientowałam się czy też odkryłam, że ja już praktycznie nie mam swoich myśli. Kładę się spać i w głowie rozbrzmiewają mi głosy.

Myśli Twoich bohaterów!

Właśnie. Doszło do tego, że przejmuję od swoich bohaterów ich sposób mówienia. Tworzę bohaterkę, a potem łapię się na tym, że kradnę jej dialogi. Że już zaczynam się zachowywać jak ona, że gestykuluję, jak ona. W takie maniery wpadam.

Też mam poczucie, że przy Tobie fikcja spotyka się z rzeczywistością i sama już nie wiem, czy jestem w prawdziwym życiu, czy może w jakiejś nienapisanej jeszcze książce.

Można się zastanowić, czy to jest pozytywny objaw. Czy to moment dla pisarza wspaniały, czy wprost przeciwnie?

A Ty jak uważasz?

Zbyt mocno żyję w świecie swoich bohaterów. Za bardzo emocjonalnie wszystko z nimi przeżywam. Trochę mi to dokucza. Ale z drugiej strony – o czym ja mam myśleć w tym wieku?

BEZ ŚCIEMY: Na scenie

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie