Graham Masterton: Mógłbym pisać o seksie do końca życia....

    Graham Masterton: Mógłbym pisać o seksie do końca życia. Kocham ten temat [WYWIAD]

    Agaton Koziński

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Pierwszą książkę w Polsce wydałem w 1989 r. Wydawca chciał mi za nią zapłacić ikonami i rzeźbami - wspomina Graham Masterton, autor niedawno wydanej książki „Siostry krwi”.
    Graham Masterton: Mógłbym pisać o seksie do końca życia. Kocham ten temat [WYWIAD]

    ©Ja Fryta from Strzegom/commons.wikimedia.org

    Jest Pan autorem ponad 80 książek...
    Skąd pan wziął tę liczbę?

    Znalazłem w internecie.
    Nie jest prawdziwa. Napisałem 132 książki - i właśnie pracuję nad 133.

    Ile czasu pracuje Pan nad jedną książką?
    Zależy, jakiego typu jest to książka. Teraz pracuje nad powieścią, która wymaga ode mnie sporo pracy dokumentacyjnej, więc jej napisanie zajmie mi trzy-cztery miesiące.

    Ktoś Panu pomaga w przygotowywaniu dokumentacji? Ma Pan asystenta?
    Nie, pracuję sam, samodzielnie robię dokumentację.

    Zaskoczył mnie Pan. Pisze Pan tak dużo, że byłem przekonany, że stworzył własną manufakturę pisarską. Jak Rembrandt. On miał wielu uczniów, którzy malowali pod jego nadzorem, mistrz na końcu dodawał tylko swój podpis.
    Przykro mi, jeśli pana rozczarowałem, ale wszystko robię sam.
    Nie miałbym zaufania do innych, gdyby mieli coś za mnie zrobić. Tym bardziej, że jestem w stanie samodzielnie przygotować dokumentację książki bez względu na to, co jest mi potrzebne: czy chodzi o kwestie religijne, czy sposób pracy policji, czy jakieś kwestie naukowe. Przy okazji sam się sporo uczę.

    ak wygląda Pana dzień pracy?
    Zaczynam o godz. 10. Najpierw sprawdzam korespondencję elektroniczną, konta w portalach społecznościowych - bo za ich pomocą utrzymuję kontakt z czytelnikami.

    Takie sławy jak Pan zawsze mają mnóstwo fanów.
    Nigdy nie nazywam swoich czytelników „fanami”. Fanów to ma Justin Bieber, a ja nim nie jestem.

    Jestem przekonany, że Justin Bieber też nie określa ich jako fanów.
    (śmiech) Być może. W każdym razie ja do swoich czytelników staram się podchodzić z szacunkiem. Jeśli ktoś poświęca czas na przeczytanie mojej książki, zasługuję na uznanie ze strony autora. Traktuję ich jako swoich przyjaciół z Facebooka.

    Zazdroszczę Panu lekkości pisania - napisać książkę w kilka miesięcy to wynik imponujący. Ile stron dziennie Pan pisze?
    Zależy od tego, jak rozwija się wątek, a także jak dużej dokumentacji potrzebuje. Czasami piszę jednego dnia 3-4 strony, a czasami - jak mam szczęście i nie muszę tracić zbyt wiele czasu na szukanie potrzebnych informacji - piszę nawet 8-10 stron. Średnio jednego dnia piszę pięć stron.

    Zdarzają się Panu dni, gdy nie jest Pan w stanie nic napisać?
    Przeszedłem niezły trening jako reporter w dzienniku. Wtedy poproszono mnie, by zaczął pisać blog. Początkowo nie wiedziałem, o co chodzi, myślałem, że jest mowa o jakimś apartamentowcu. Potem zacząłem przyzwyczajać się do regularnego pisania. Poza tym dziennikarz to generalnie zawód, który wymaga umiejętności pisania pod presją czasu.

    Trzeba skończyć pisanie tekstu przed deadline’em.
    Właśnie. To świetny trening. Poza tym ciągle widzę wokół siebie mnóstwo tematów, które warto opisać. Pewnie nigdy nie skończę pisać książek.

    W Polsce ma Pan status ikony pisarskiej, bo tuż po upadku komunizmu był Pan jednym z pierwszych - obok Alistaira MacLena, Frederica Forsytha, czy Roberta Ludluma - autorów literatury popularnej, który trafił do naszych księgarni. Mam Pan świadomość tego?
    Nigdy nie czułem się jak ikona. Pisanie traktuję po prostu jako swoją pracę. W ten sposób zarabiam na życie - i cieszę się, że mogę robić to, co lubię, i jeszcze dostawać za to pieniądze.

    Przyjeżdża Pan regularnie do Polski od 1989 r. Jak czytelnicy reagują na Pana?
    Rzeczywiście, często przeżywam zaskoczenie, zdarza się, że ludzie rozpoznają mnie nawet na ulicy. Kilka lat temu miałem niezwykłą historię. Przyjechałem do Polski na promocję jednej ze swoich książek, spieszyliśmy się na spotkanie z czytelnikami. Dziewczyna, która wtedy się mną opiekowała, przez pomyłkę wjechała pod prąd w jednokierunkową ulicę. Zatrzymał nas policjant. Wysiadłem z auta i zacząłem mu tłumaczyć, że to wszystko moja wina.

    Jak policjant zareagował na Pana angielski?
    Spojrzał na mnie i rzucił: „O, pan Masterton! Nic się nie stało, proszę jechać”. I działo się to już wieczorem, było naprawdę ciemno. Nie ukrywam, takie sytuacje są bardzo miłe.

    Pana książki ukazują się w wielu krajach. Gdzie indziej też jest Pan w ten sposób przyjmowany?
    Niedawno byłem w Lipsku w Niemczech - dawnym NRD - na spotkaniu z czytelnikami i tam byłem przyjmowany podobnie ciepło jak w Polsce. Duży entuzjazm wzbudzają moje wizyty we Francji. Choć nie zawsze. Niedawno w tamtym kraju całkowicie załamał się rynek horrorów, więc i na moje książki. Ale niedawno sytuacja wróciła do normy. Nawet na Facebooku powstała strona, którą założyli moi czytelnicy.

    Czyli jest Pan popularny wszędzie. Można o Panu mówić jako o Justinie Bieberze literatury.
    (śmiech) Przynajmniej widzę, że moja ciężka praca przynosi efekty.

    Popularność w Polsce zdobył Pan przede wszystkim książką „Manitou”. Pamięta Pan okoliczności, w jakich trafiła ona do naszego kraju?
    Wydawca Tadeusz Zysk zwrócił się do mnie o zgodę na wydanie jej w Polsce w 1989 r.

    Spotkaliście się?
    Nie, zadzwonił do mnie. Nie wiem nawet, w jaki sposób znalazł do mnie numer. Pamiętam, że jakość połączenia była dramatycznie słaba, ledwo rozumiałem, co do mnie mówił. Ale w końcu zrozumiałem, że on chce wydać „Manitou” w Polsce.

    Rozumiem, że Pan się zgodził - bo książka u nas się ukazała.
    Owszem - ale zapytałem, jak mi zapłaci, bo wtedy złoty nie był wymienialny na funty.

    Co zaproponował?
    Zaprosił mnie do Poznania, a tam chciał mi wręczyć ikony.

    Ikony czego?
    Obrazy, prawosławne ikony. Mówił też o jakiś rzeźbach.

    Co Pan z nimi zrobił?
    Nic - nie zgodziłem się na taką transakcję. Ale moja żona Wieśka jest z pochodzenia Polką. Tylko że ona nigdy w Polsce nie była, urodziła się w Niemczech, a potem trafiła do Walii - i zaczęła nalegać, byśmy do Polski pojechali. Lubię polskie kiełbasy, więc się zgodziłem i przyjechaliśmy tutaj.

    Jak Pan zapamiętał Polskę z 1989 r.?
    To był bardzo udany wyjazd - choć oczywiście Polska była wtedy zupełnie inna niż teraz.

    Ale „Manitou” świetnie się sprzedał. Znalazłem, że w latach 90. Polacy kupili ponad 100 tys. egzemplarzy tej książki.
    Rzeczywiście, to był sukces. Dużo wtedy jeździłem po Polsce, oglądałem z bliska wasz kraj, jak nagle na ulicach rozkładają się sklepy, w których wszystko można było kupić. Sporo jeździłem taksówkami i zapamiętałem, że najpopularniejsze wtedy były polonezy.

    Świetnie Pan pamięta - w latach 90. to był najlepszy polski samochód.
    Dziś już ich praktycznie nie widuję. Natomiast wtedy często nimi jeździłem, bo Polskę odwiedzałem promując najpierw „Manitou”, a potem „Magię seksu”.

    Pierwsza książka o seksie w polskich księgarniach.
    Zgadza się. Napisałem ją w latach 70., ale Polacy poznali ją 20 lat później.

    W tej książce pisał Pan o „niebieskiej pigułce szczęścia” dla mężczyzn. Skąd ten pomysł? Przewidział Pan powstanie viagry?
    Gdzieś przeczytałem o tym, że trwają badania nad stworzeniem tego typu pigułki - i opisałem ją w swojej książce. Pracowałem wtedy w magazynie dla mężczyzn „Penthouse”, więc siłą rzeczy musiałem być na bieżąco z takimi tematami.

    Generalnie potrafi Pan pisać na wiele tematów: horrory, kryminały, sensacja, poradniki seksualne. Nie myli się Panu wszystko ze wszystkim?
    Pewne schematy są niezmienne. Kluczowe jest stworzenie głównego bohatera. Powinien to być ktoś przeciętny, taki jak ja, czy ty. Następnie należy go postawić przed jakimś wyzwaniem - to może być konflikt polityczny, jakaś katastrofa, czy dramatyczne zdarzenia historyczne. Taki jest schemat - zwykły człowiek zmagający się z nadzwyczajną sytuacją.

    Ale o seksie pisał Pan bardziej poradnikowo.
    To trochę inna specyfika. Napisałem 29 takich książek, opisywałem w nich jak kobiety chcą być kochane, o męskich fantazjach - i te pozycje nieźle się sprzedawały.

    To czemu Pan zatrzymał się na 29 książkach o seksie?
    Mógłbym je pisać do końca życia, kocham pisać na ten temat. Ale kilka lat temu zadzwonił do mnie wydawca i poprosił, żebym przestał, bo w księgarniach jest nadmiar pozycji o seksie.

    Wróci Pan do „Manitou”?
    Nie wiem. Napisałem pierwszą część między książkami o seksie. Akurat moja żona była wtedy w ciąży i wpadłem na pomysł tej książki.

    A gdyby wydawca poprosił Pana o książkę o Brexicie, też by ją Pan napisał?
    Właśnie to robię. Piszę książkę kryminalną, której akcja o Brexit zahacza.

    Ale podjąłby się Pan napisać pozycję z dziedziny faktu, non-fiction?
    Nie, takiego typu pisaniem się nie zajmuję.

    Co Pan jako Brytyjczyk sądzi o Brexicie. Popiera go Pan?
    Absolutnie tak, powinniśmy jak najszybciej uciekać z Unii! Przecież Bruksela jest chora. Jak w ogóle pozwalaliśmy sobie na to, by od tak dawna ktoś nam mówił, co mamy robić - zwłaszcza, by robił to taki idiota jak Juncker.

    „Financial Times” podał, że Brexit oznacza dla Wielkiej Brytanii straty rzędu 65 mld funtów rocznie.
    Nic nie stracimy. Owszem, pewnie na początku będą turbulencje, nawet finansowe, ale potem to się uspokoi.

    Szkocja pewnie się nie uspokoi i po Brexicie będzie chciała wystąpić z Wielkiej Brytanii.
    Nie mogą tego zrobić.

    Dlaczego?
    Jak sobie sami poradzą?

    Pozostaną w Unii Europejskiej. Może nawet przyjmą euro.
    To bez sensu. Szkocja nie jest w ogóle finansowo zdolna do takiej operacji. Przecież dziś jej finanse są uzależnione od Londynu.

    Dokładnie to samo Czesi mówili o Słowakach, gdy rozpadała się Czechosłowacja. Ale Słowacy radzą sobie nieźle, mają euro.
    Brytyjczycy nie lubią, gdy ktoś im mówi, co mamy robić. Nie chcemy tych biurokraktycznych regulacji, narzucanych przez Brukselę, tych decyzji o tym, jak bardzo krzywy może być banan.

    Pan często przyjeżdża do Polski, podkreśla Pan, jak bardzo się ona zmieniła w ciągu ostatnich 25 lat. Duża w tym zasługa UE, tego, że staliśmy się jej członkiem.
    Polska się zmieniła przede wszystkim dlatego, że Polacy bardzo ciężko pracują, są dobrze wykształceni. Pod tym względem Polacy i Brytyjczycy są do siebie bardzo podobni.

    Bo ciężko pracujemy?
    Nie tylko. Mamy podobne poczucie humoru, podobne podejście do życia. Naprawdę gdy przyjeżdżam do Polski, mam wrażenie, że to jest mój drugi dom. Dobrze mi się rozmawia z Polakami, podobnie jak z Anglikami. Trudno nawet opisać słowami to, co czuję do Polski. To przeżycie właściwie duchowe.

    Brexit uwidocznił falę nacjonalizmu w Wielkiej Brytanii. Groźnego - jego ofiarami padają też Polacy żyjący na wyspach.
    To idiotyczne zachowanie, nie akceptuję go. Choć faktem jest, że Wielka Brytania została dotknięta potężną falą migracji.

    Z Polakami nie było żadnych problemów.
    Widzę to na swoim przykładzie, wielu Polaków mieszka w mojej okolicy. Ale też wielu Brytyjczyków protestuje przeciwko falom migracji hindusów, a zwłaszcza muzułmanów, którzy zachowują się bardzo agresywnie.

    Obawiam się procesów, które zostały teraz uruchomione. Tak gwałtowne odrzucenie reguł politycznej poprawności, którego teraz jesteśmy świadkami, może mieć groźne konsekwencje.
    Sam mam dość politycznej poprawności. Ale też nie przesadzajmy, że zmienia się tak dużo.

    Dziś w Wielkiej Brytanii łatwiej powiedzieć „nienawidzę Polaków” niż kilka lat temu.
    Dwa, czy trzy razy Polacy padli ofiarą ataków - ale nie jestem przekonany, czy to wystarczy do takich uogólnień.

    Podkreśla Pan swoje przywiązanie do Polski, sympatię do Polaków. Może napisze Pan książkę o Polakach w Wielkiej Brytanii?
    Napisałem kilka powieści, których akcja rozgrywa się w Polsce.

    Naprawdę? Przegapiłem je.
    Szkoda. Tuż po mojej pierwszej wizycie napisałem „Dziecko ciemności”, którego akcja rozgrywa się w czasie powstania warszawskiego. To horror w sporej części inspirowany powstaniem. Polska pojawia się także w mojej książce sprzed trzech lat „Panika” - jej akcja także rozgrywa się w czasie wojny i jest związana z ukrywającymi się w lesie partyzantami.

    Milion Polaków, którzy zamieszkali na wyspach po 2004 r., może Pana do czegoś zainspirować?
    Na razie piszę o Irlandii i Brexicie, także ten temat musi poczekać.

    Ale za kilka miesięcy Pan skończy. I co wtedy?
    Mam już pomysły i zamówienia na trzy kolejne powieści. Generalnie terminy mam zarezerwowane do 2018 r. Ale naprawdę Polska regularnie powraca w moich książkach. Często moi bohaterowie są Polakami, czy mają polskie korzenie. Napisałem też jedno opowiadanie, w którym pojawia się Baba Jaga (Masterton używa polskiego terminu - red.).

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (7)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Dziennikarz

    Fred (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    Dyletanctwo autora wywiadu przeraża.zaczyna się w pierwszym pytaniu, kończy na nieznajomości książki która dzieje się w Polsce choć na ten temat zadał pytanie. Dodatkowo jakiś to nie jest...rozwiń całość

    Dyletanctwo autora wywiadu przeraża.zaczyna się w pierwszym pytaniu, kończy na nieznajomości książki która dzieje się w Polsce choć na ten temat zadał pytanie. Dodatkowo jakiś to nie jest jakichś...koszmarzwiń

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Ale mi Masterton zaimponował !!!

    Adam Adam (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 2 / 1

    Myślałem, że to taki socjal lewak a tu proszę nie podoba mu się polit poprawność ! W dodatku krytykuje skostniałą unio administracje rządzącą unijnymi niewolnikami. Brawo Mr Graham !

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    opryszczek

    rtg (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1 / 7

    Obleśny zboczeniec. Co z tego, że (trochę bardziej) znany pisarz? Zbok to zbok.


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Co do opryszczka

    Zoltar (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 2

    A głupek to głupek. Jesli nie wiesz kogo mam na mysli to zerknij w lustro.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Mistrz

    Człowiek (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 4

    Seks jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie . Wiec ty jesteś ograniczonym debilem i tyle :)

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Jednak uprawianie jest lepsze...

    zak1953 (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 2

    i przyjemniejsze od pisania o nim. Znałem takich co uprawiali go do końca życia. Dosłownie.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Prawie jak Zb. Nienacki

    czytelnik (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 4 / 1

    Prawie robi różnicę: Nienacki lepszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo