Góralczyk: Geostrategiczne położenie między Rosją a Niemcami było dla nas przez wieki przekleństwem, teraz może być wielką szansą

Bogusław Mazur
Czy nam się podoba czy nie, Chińczycy w Europie Środkowej, w Unii Europejskiej już są obecni, bo taka jest ich strategia. W interesie Chin jest również inwestowanie w Polsce – mówi prof. dr hab. Bogdan Góralczyk, politolog, sinolog, dyplomata, publicysta, dyrektor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

W kontekście pokonywania pandemii koronawirusa odświeżono, spopularyzowane przez Mohamed El‑Eriana po kryzysie finansowym z 2007 roku, pojęcie „nowej normalności”, czyli powstania innej rzeczywistości niż ta, do której się przyzwyczailiśmy. Czym może być „nowa normalność” w globalnych relacjach między USA, Europą i Chinami? I czy w ogóle da się przewidzieć, czy i jak pandemia zmieni same Chiny?

Pandemia zmienia wszystko, natomiast jeszcze nie wiemy jak ostatecznie zmieni świat, w tym relacje między mocarstwami, ponieważ jesteśmy dopiero w jej środku. Nie znamy ani czasu jej trwania, ani końcowej liczby zachorowalności, ani liczby zgonów. Jedno jest pewne, że w chwili kiedy rozmawiamy, widoczna jest tendencja wskazująca, że Chiny zdają się pandemię wyhamowywać, a państwa zachodnie, w tym głównie Stany Zjednoczone, nadal ponoszą wiele ofiar. Jeżeli ten stan utrzymywałby się dłużej, to pojawiłby się daleko idące skutki. Trzeba tu jednak koniecznie zastrzec, że przewidywanie scenariuszy rozwoju sytuacji jest bardzo trudne, w istocie przypomina budowanie domków z piasku czy wróżenie z fusów.

Natomiast dotychczasowy przebieg pandemii, która w Chinach trwa już od czterech miesięcy a w zachodnim świecie od około dwóch, pozwala dostrzec kilka zjawisk, które będą kształtowały przyszły układ sił. Po pierwsze, na wyzwania które rzuca pandemia, reagują państwa narodowe a nie instytucje Unii Europejskiej, co stawia pod znakiem zapytania jej przyszłość i każe zastanawiać się nad tym projektem. Wydaje się, że Unia Europejska, szczególnie po odejściu Wielkiej Brytanii, wymaga jeszcze większych reform, niż do tej pory zakładano. I to jest pierwsza, wyraźnie zauważalna tendencja. Po drugie, jak wiemy, pandemia narodziła się w Chinach i nie była pierwszym przypadkiem wystąpienia podobnego zjawiska epidemicznego w krajach Azji Wschodniej, poprzednio były podobne, jak epidemia SARS. Tamtejsze państwa, czyli Chiny kontynentalne oraz Japonia, Korea Południowa i Tajwan wyciągnęły właściwe wnioski z tych doświadczeń, lepiej się przygotowały do pandemii i najwyraźniej skuteczniej sobie radzą z koronawirusem. Może więc nastąpić powtórzenie sytuacji z poprzedniego kryzysu z 2008 roku, z którego państwa Azji Wschodniej, w tym przede wszystkim Chiny, wyszły wzmocnione, a pozycja Zachodu osłabła. Tu znów muszę zastrzec, że taka tendencja się rysuje, ale nic nie jest jeszcze przesądzone. Jeśli jednak zjawisko wzrostu liczby ofiar pandemii w Stanach Zjednoczonych i jej powstrzymania w Chinach trwałoby dłużej, to dotychczasowa hegemoniczna pozycja Ameryki ulegnie kolejnemu poważnemu osłabieniu.

Pandemia zmieni globalny wyścig?

Stawiam tezę, której słuszności w zasadzie jestem już pewien, że pandemia koronawirusa przyspieszyła hegemoniczną wojnę o status i prestiż między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Kiedy władzę objęła administracja Donalda Trampa, to spełnił on swoje przedwyborcze obietnice i zmienił podejście Stanów Zjednoczonych do Chin dość radykalnie, a mianowicie odstąpił od poprzedniej polityki strategicznego zaangażowania w inwestowanie w Chiny, co je miało zliberalizować, zamieniając ją na politykę strategicznej konkurencji. To jest zupełnie inna jakość, nowe rozdanie. Pierwszym przejawem tej strategicznej konkurencji była wojna handlowa, która przecież się nie zakończyła, a została jedynie 15 stycznia obecnego roku podczas ceremonii w Białym Domu zawieszona. Nastąpił rozejm, ale większość ceł wprowadzonych przez administrację Trumpa zostało utrzymanych.

Rozejm nie kończy wojny?

Ta wojna handlowa ciągle istnieje i na pewno więcej byśmy o tym mówili gdyby nie było pandemii koronawirusa. Jej wybuch sprawił, że obok tlącej się i nadal będącej na porządku dziennym wojny handlowej, mamy nowy etap strategicznej konkurencji, czyli wojnę propagandową, medialną, która może się przerodzić w nową odsłonę zimnej wojny. Ta tendencja jest dosyć wyraźna. Widzimy, że Stany Zjednoczone - czy też można powiedzieć szerzej, że Zachód - oraz Chiny zaczynają się nawzajem, nie przebierając w środkach, atakować, co może skutkować nową odsłoną właśnie zimnej wojny.

W tym kontekście jest jedna ważna kwestia, która w Polsce pozostaje niedostrzegana i nierozumiana. Otóż Chiny już od ładnych paru lat obawiają się tworzenia nowego porządku zimnowojennego, dwubiegunowego podziału świata w stylu dawnego zimnowojennego podziału Zachód - ZSRR. Chińscy stratedzy zaczęli poszukiwać intensywnie trzeciego bieguna. Japonia czy Korea Południowa dla Chin takim biegunem nie mogą być, Indie wolą zajmować pozycję mocarstwa wahadłowego, także Australia się waha. Rosja dla Chin jest partnerem, jednak dla Zachodu z powodu wydarzeń na Ukrainie i aneksji Krymu jest absolutnie nie do przyjęcia. I w ten sposób okazało się, że znakomitym trzecim biegunem, który pozwoliłby Chinom budować międzynarodowy ład wielobiegunowy, zapobiegając powstaniu ładu dwubiegunowego, jest Europa. Przy czym nie tyle Unia Europejska czy instytucje europejskie, co Berlin, Paryż i Londyn, zarówno przed brexitem, a tym bardziej po brexicie.

Jaką strategię mają Chiny wobec Europy?

Chiny wypracowały aż dwie strategie w stosunku do Europy. Jedna, „16+1”, ogłoszona w Warszawie jeszcze w 2012 roku, w zeszłym została zamieniona na „17+1”. Drugą są inwestycje związane z dwoma Nowymi Jedwabnymi Szlakami, morskim i lądowym, prowadzącymi z Chin do Europy. Przy czym lądowy Jedwabny Szlak ma przebiegać przez Polskę.

Powinniśmy sobie uświadomić nową zupełnie sytuację, że oto mamy na naszym kontynencie i także u nas nowego wielkiego gracza. W końcu oglądaliśmy lądowanie w Warszawie samolotów z chińskimi środkami do walki z pandemią, jeden nawet był przyjmowany z honorami przez przedstawicieli rządu, a nawet samego premiera co uświadamia, że to w Chinach zaczynają się łańcuchy dostaw, nie tylko środków medycznych, ale bardzo wielu towarów, że jest to jest szersze zjawisko.

Chiny poszukują sojuszników do stworzenia trzeciego bieguna na Starym Kontynencie, jednak ostatnio nie mają dobrej prasy. Mówi się o ukrywaniu przez nich prawdy o skali epidemii, o wątpliwej jakości sprzętu medycznego przesyłanego do Europy, wcześniej, przed pandemią, mówiono o chęci dokonywania wrogich przejęć europejskich firm. Pana zdaniem, uda się im wejść do Europy?

Oni już weszli, widzimy to, a pandemia tylko jeszcze bardziej uwypukla ich obecność. Natomiast rzeczywiście mają problemy wizerunkowo-propagandowe, ponieważ popełnili kilka dosyć istotnych błędów. Po pierwsze, przez miesiąc władze chińskie z niewiadomych nam powodów nie reagowały na epidemię, co wywołało ferment nie tylko w świecie zachodnim ale nawet w chińskich elitach władzy. To w szczególny sposób wykorzystują w wojnie propagandowej Stany Zjednoczone. Mówi się o wirusie z Chin czy z Wuhan, albo o epidemii Made in China. I mówią to politycy tej rangi co amerykański prezydent, wiceprezydent, czy sekretarz stanu, który co kilka dni w te tony uderza. W dodatku możemy tylko spekulować o pochodzeniu koronawirusa, bo ciągle nie wiemy, skąd się wziął.

Wobec tego obserwujemy wojnę propagandową, w której Chiny nie mają mocnej karty. Nie mogą zaprzeczyć, że wirus i pandemia wzięły się z ich terytorium, ani nie mogą zaprzeczyć faktowi, że długo na to nie reagowały, na co w zasadzie posiadamy dość twarde dowody. Dołóżmy do tego, że w ramach proponowanej strategii dwóch Jedwabnych Szlaków, zapowiadali przyjście do Europy z wielkimi inwestycjami, planami infrastrukturalnymi, po czym okazało się, że tak naprawdę chodzi o fuzje i przejęcia. Niemcy przebudzili się dopiero wtedy, kiedy Chińczycy przejęli za 4,5 mld euro firmę Kuka, która jest jedną z największych na świecie fabryk zajmujących się produkcją robotów. To był taki dzwonek alarmowy, który sprawił, że w Europie zaczęto mówić, że należy chińskie zaangażowanie ograniczać.

Myślę, że te tony będą wzmacniane, ale rok 2020 rysował się w strategii chińskiej nieco inaczej od poprzednich. Począwszy od roku1998 mamy coroczne szczyty Unia-Chiny, które odbywają się raz w Brukseli, raz gdzieś na terenie Chin. W tym roku po raz pierwszy miał się odbyć w kwietniu nie tylko regularny, doroczny szczyt w Chinach, którego termin oczywiście został już przełożony, ale zaplanowano też drugi, niezależny od corocznego. Ten nadzwyczajny szczyt Unia-Chiny w Lipsku we wrześniu tego roku miałby przynieść długo przygotowywane i pożądane przez stronę unijną porozumienie o ochronie inwestycji, czyli to, co od dawna stało na agendzie po stronie europejskiej. Chińczycy z kolei od dawna mają w swej agendzie podpisanie z Unią Europejską porozumienia o wolnym handlu, jednak Unia chciała najpierw podpisać porozumienie o ochronie inwestycji, a dopiero później ewentualnie o wolnym handlu. Jednym słowem, mieliśmy już dużą dynamikę zmian w relacjach między Europą a Chinami, a teraz mamy jeszcze większą. Mimo pozornego spokoju i zamknięcia nas z powodu pandemii, zmiany dalej zachodzą i oczywiście Chinom będzie coraz trudniej sprzedawać swoją wersję pożądanego kierunku współpracy w świecie zachodnim, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale również w Unii Europejskiej. Warto dodać, że losy wojny wizerunkowej w dużym stopniu będą zależały od tego, kto i kiedy znajdzie szczepionkę na koronawirusa.

W Stanach Zjednoczonych ocena Chin jest szczególnie wyrazista. Amerykańskie społeczeństwo pozostaje nie mniej spolaryzowane niż polskie, przecież tam trwa kampania wyborcza. A jednak rywalizujące o Biały Dom dwie największe partie zajmują wspólne stanowisko wobec Chin. Typowe bipartisanship, czyli podobne podejście obu partii notujemy tylko i wyłącznie wobec Chin. Czyli niezależnie od tego, czy w wyniku wyborów amerykańskim prezydentem zostanie w listopadzie Donald Trump czy Joe Biden, to antychiński kurs prawie na pewno będzie utrzymany.

Jak na tej geopolitycznej szachownicy ostrej rywalizacji o światowy prymat może odnaleźć się Polska? Gwarancji bezpieczeństwa szukamy w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, obroty handlowe realizujemy z państwami Unii Europejskiej, geograficznie leżymy między Niemcami a Rosją. Co możemy uzyskać na zbliżeniu z Chinami?

Polska nie musi zmieniać i nie powinna zmieniać żadnych sojuszy, gwarancje bezpieczeństwa daje nam jak dotychczas NATO i Stany Zjednoczone - byle nie było odwrotnie, że tylko Stany Zjednoczone bez NATO, bo Stany jednak są od nas daleko. Jak się śledzi uważnie wypowiedzi Donalda Trumpa na temat multilateralizmu a nawet NATO, to można wnioskować, że trzeba poważnie się zastanawiać nad jego polityką. Podejście Trumpa do brexitu i Brytyjczyków również jest zastanawiające. Tym niemniej dla nas sojusz wojskowy i bezpieczeństwo zewnętrzne gwarantują NATO i Stany Zjednoczone - i tak ma pozostać. Natomiast bezpieczeństwo wewnętrzne, modernizację – w Polsce to nie jest popularna teza i wielu się nie spodoba - gwarantują nam Niemcy i Unia Europejska. I to nawet po brexicie, bo jedną trzecią obrotów handlowych realizujemy z samymi Niemcami a przed brexitem prawie 80 proc. wszystkich obrotów handlowych realizowaliśmy z Unią. Dopóki ta statystyka nie ulegnie zmianie, to trzeba z tymi partnerami wspólnie grać.

Mam bardzo zasadniczą uwagę, że powinniśmy oglądać się na to, co robią w stosunkach z USA, Rosją i Chinami właśnie Niemcy, oraz według tego odpowiednio dostosowywać swoją politykę. Nie mówię aby powielać niemiecką politykę, bo interesy Polski mogą być nieco odmienne, ale żeby z jak największą uwagą obserwować i uwzględniać to w naszych kalkulacjach.

I wreszcie jeśli chodzi o czynnik chiński, to czy nam się podoba czy nie, Chińczycy w Europie Środkowej, w Unii Europejskiej już są obecni, bo taka jest ich strategia. W interesie Chin jest również inwestowanie w Polsce. Nie dlatego, że Polskę pokochali tylko dlatego, że im tak po prostu wynika z mapy. Geostrategiczne położenie między Rosją a Niemcami było dla nas przez wieki przekleństwem, teraz może być wielką szansą. Jeśli uwzględni się, co robią Chińczycy na Białorusi, co w Polsce jest pominięte zupełnym milczeniem, to mamy tam do czynienia z bezprecedensowym zaangażowaniem. Chińczycy zainwestowali tam miliardy dolarów, w zapowiedziach mają zainwestować w sumie 20 mld dolarów. Uwzględniając, że PKB Białorusi to 60 mld dolarów, to widzimy skalę przedsięwzięć. Czy u nas ktoś to poważnie analizuje?

Powinniśmy wyciągać wnioski z tego, co dzieje się na Białorusi z jednej a w relacjach na linii Niemcy- Chiny z drugiej strony. Możemy oczywiście udawać, że Chińczyków nie wpuścimy, że ich nie chcemy, że są be, że są komunistami i jeszcze na dodatek wpuszczają wirusy, bo taka narracja dominuje w wielu polskich mediach a nawet pojawia się wyraźnie w ośrodkach analitycznych. Tylko zadaję pytanie, czy nie jest to chowanie głowy w piasek, szczególnie w świetle chińskich inwestycji na Węgrzech Viktora Orbána, w Serbii, na Białorusi, w Niemczech czy Francji, a nawet wszystkich krajach Unii razem wziąwszy. Przy czym mieliśmy też bardzo spektakularny włoski przypadek. Pan wspomniał o dostawach maseczek i sprzętu, który nie jest do końca przetestowany, co akurat może dość dużo wizerunkowo Chiny kosztować. Nawet w stosunku dostaw do Polski pojawiły się jakieś wątpliwości, a na przykład w Finlandii i częściowo we Włoszech doszło na ten temat do narodowej medialnej debaty.

Z tego co Pan mówi wynika, że Polska dzięki położeniu geograficznemu może odegrać ważną rolę pośrednika w wymianie gospodarczej między Chinami a Europą.

Relatywnie ważną, bo nie jesteśmy wielkim mocarstwem i bez względu na to jak będziemy podbijali swój bębenek to musimy pamiętać, że główna gra toczy się ponad naszymi głowami. Państwa mniejsze albo średnie takie jak Polska, powinny spróbować odczytywać ruchy na mapie i dostosowywać się do nowego układu sił. Z tego punktu widzenia powinniśmy być bardziej elastyczni, rozważni i uważni, bo że takie ruchy tektoniczne na scenie światowej zachodzą, to chyba u nikogo nie budzi wątpliwości.

Czy da się tak balansować między Stanami Zjednoczonymi, Unią Europejską i Chinami, pośredniczyć w wymianie handlowej i współpracować z konkurującymi ośrodkami? Czy na przykład możemy kupić technologię 5G od Chin a zarazem zachować gwarancję bezpieczeństwa zewnętrznego ze strony USA?

To jest pytanie o dojrzałość naszej dyplomacji i posiadanych umiejętności dyplomatycznych. Na terenie parku przemysłowego, który Chiny budują blisko białoruskiego Mińska, jest już obecna firma Huawei, która tam właśnie otwiera taśmy z 5G. Czyli może być taka sytuacja, że Białoruś posiądzie już taką najnowocześniejszą technologię telekomunikacyjną która wpłynie na tempo rozwoju całej gospodarki, a Polska ze znanych powodów jej nie będzie miała.

Tego typu zjawiska powinniśmy nieustannie uważnie analizować aby mieć podstawę do wyciągania prawidłowych wniosków. Powinniśmy bardzo uważnie śledzić realizację chińskiej strategii. Mamy przecież ekspertów znających chiński, mających kwalifikacje do prowadzenia negocjacji z Chińczykami, znających tamtejszy rynek i gospodarcze realia. Wątpię jednak, czy posiadamy odpowiednio kompetentny ośrodek badań strategicznych.

Czyli może dojść do sytuacji, w której Białoruś stosowałaby już technologię 5G a Polska nie? Byłoby to, mówiąc oględnie, dość zaskakujące.

To od Polski zależy, czy zaimplementuje technologię 5G, czy nie. Wiemy, że Amerykanie naciskają chociażby na Brytyjczyków, żeby porozumień z Chinami w sprawie tej technologii nie zawierali. Raz jeszcze jednak zwracam uwagę na to, co powiedziałem wcześniej, aby zważać, co zrobią w tej sprawie Niemcy. Ja bym zastosowywał podobne rozwiązanie na jakie zdecydują się nasi zachodni sąsiedzie. Przecież w sprawie 5G mogą być rozwiązania pośrednie, różne są sposoby żeby sobie z tym poradzić. Jednak sytuacja w której technologia 5G choćby w jakimś zakresie już jest stosowana na Białorusi, a u nas nie, będzie dla nas niezręczna. Powinniśmy wreszcie zrobić krok do przodu w tej ważnej sprawie.

Czy w tym kontekście budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego może mieć znaczenie dla wymiany handlowej z Chinami? W końcu transport wielu takich towarów jak elektronika może być też realizowany drogą powietrzną.

Miałem okazję poznać chińskie plany z których wynika, że dla wymiany handlowej byłoby bardzo korzystne, aby w leżącej w środku Europy Polsce, gdzieś w okolicach Łodzi, powstał wielki hub, komunikacyjny węzeł. Według chińskich planów, wywodziłoby się z niego aż dziewięć komunikacyjnych szlaków - jeden do Hamburga, drugi do Duisburga, trzeci do Rotterdamu, czwarty do państw skandynawskich, piąty do Wenecji w której ma się kończyć morski Nowy Jedwabny Szlak, szósty do Grecji, do portu Pireus, bo tam się w tej chwili ten szlak kończy - i tak dalej. Nie chcę rozstrzygać, czy pierwsze było jajko czy kura, jednak niezależnie od nas Chińczycy też stworzyli dalekosiężne plany związane z potencjalnym zbudowaniem Centralnego Portu Komunikacyjnego i powiązanej z tym rozbudowy infrastruktury kolejowej. Oczywiście zawisa tu pytanie, jak na to zapatrują się Niemcy, Stany Zjednoczone, wszyscy zachodni sojusznicy. To są sprawy tej wagi, które też trzeba umiejętnie rozgrywać.

W swej książce „Chińczycy grają w go” Paweł Behrendt porównał rywalizację między krajami Azji Wschodniej a Zachodem i Rosją do wielkiej partii go, którą rozgrywają Chińczycy, podczas gdy Amerykanie i Rosjanie myślą, że gra się odbywa w szachy. Tu wyjaśnienie dla Czytelników - zasady gry go są diametralnie różne od szachów, zwycięstwo odnosi się nie poprzez zbijanie figur czy zaszachowanie króla przeciwnika, tylko przez otoczenie swoimi kamieniami jak największego obszaru planszy. Gra wymaga niekonwencjonalnego, nieschematycznego myślenia, odmiennego niż przy grze w szachy. Właśnie taki sposób myślenia ma zapewniać przewagę Chińczykom. Na ile jest to prawdziwa teza?

Kultury strategiczne Zachodu i Chin są zupełnie odmienne, my się bardzo głęboko różnimy nie tyko w kulturze biznesowej, różnimy się w rudymentach. Podczas gdy podstawą wszelkiego myślenia, również strategicznego, jest w zachodnim świecie liberalny indywidualizm, wolność jednostki, to w świecie Azji Wschodniej, a głównie cywilizacji Żółtej Rzeki, choć dotyczy to również Japonii, Singapuru czy obu państw koreańskich, dominują zbiorowe powinności względem państwa, wspólnoty, przełożonych, bardzo silnej hierarchicznej struktury. I raz po raz okazuje się, że tamtejsze struktury, tak jak w 2008 roku albo podczas obecnej pandemii, lepiej sobie radzą z wyzwaniami. Powinniśmy z tego wyciągać wnioski, a przede wszystkim spróbować zrozumieć, dlaczego tamtejszy model rozwojowy zdaje się być sprawniejszy niż nasz. Bo my mówimy o niewidzialnej ręce rynku a Chińczycy, Japończycy czy Koreańczycy mówią – owszem, niewidzialna ręka rynku jak najbardziej, jednak tam, gdzie są nadrzędne interesy państwa, niewidzialną rękę rynku chwyta widzialna ręka państwa. Czyli w tamtejszym modelu mamy rynek wymieszany z interwencjonizmem państwowym a u nas przez ostatnie trzy dekady stawialiśmy tylko na rynek i ciepłą wodę w kranie. Pandemia wyraziście pokazuje, że państwo nie może się wyłącznie ograniczać do roli nocnego stróża.

Jedziesz na wakacje? Potrzebujesz szczepienia i certyfikatu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie