Gołębie pocztowe. Drony wielkiej wojny białych ludzi [ZDJĘCIA]

Marek Ponikowski
Gołębie pocztowe na froncie serbskim Domena publiczna/Wikipedia
Już w bitwie nad Marną w 1914 r. francuskie służby łączności dysponowały 72 gołębnikami. Lotnicy zabierali potem gołębie pocztowe do samolotów, by w razie przymusowego lądowania móc zawiadomić dowództwo, gdzie ich szukać. Klatki z ptakami były w czołgach, na okrętach wojennych, a nawet na łodziach podwodnych.

Nikt wtedy nie wiedział, że będzie to ostatnie wielkie starcie I wojny światowej. Przeszło do historii jako ofensywa stu dni.
Ósmego sierpnia 1918 roku pod Amiens dziesięć dywizji australijskich, kanadyjskich, brytyjskich i francuskich wspieranych przez pięćset czołgów zdołało zaskoczyć Niemców i przerwać ich linie. W tydzień później nad Sommą z powodzeniem zaatakowali Anglicy.

Pod koniec września walki trwały wzdłuż całej linii Hindenburga. W rejonie twierdzy Verdun i masywu leśnego Argonnes nacierały dywizje Amerykańskiego Korpusu Ekspedycyjnego. Dowodzący nimi amerykański generał John Pershing miał pod komendą około miliona swoich rodaków oraz Francuzów. Walki były zacięte, bo Niemcy nie stracili bojowego ducha. Nim 11 listopada 1918 roku zawieszenie broni przerwało obłąkańczą rzeź, którą niemiecki pisarz Arnold Zweig nazwał "wielką wojną białych ludzi", straty Amerykanów wyniosły 26 277 zabitych oraz 95 786 rannych. Mogły być wyższe o 194 ludzi. Nie były - za sprawą gołębicy zwanej Cher Ami.

***
W październiku 1918 roku dziewięć kompanii 77. dywizji armii Stanów Zjednoczonych uczestniczyło w natarciu na północny zachód od Verdun. Oddziałem liczącym 554 żołnierzy i oficerów dowodził major Charles S. Whittlesey. Amerykanie posuwali się do przodu mając na prawej flance kolegów z 92. dywizji, a na lewej oddziały francuskie. Kontynuowali atak nie wiedząc, że nieprzyjaciel skutecznie powstrzymał Francuzów. Dopiero z czasem dowódca uświadomił sobie, że są w niemieckim okrążeniu, daleko poza swoimi liniami. Zaczynało brakować amunicji, żywności, leków i środków opatrunkowych dla rannych. Przybywało zabitych. Część żołnierzy trafiła do niewoli. Korzystając z gołębi pocztowych major Whittlesey wysłał do przełożonych kilka meldunków. Informował o krytycznej sytuacji oddziału. Prosił o wsparcie artyleryjskie. Niestety, koordynaty podane w meldunku okazały się błędne. Pociski z amerykańskich dział zaczęły wybuchać wśród ludzi Whittleseya. Ostatni gołąb niósł dramatyczną wiadomość: "Trzymamy się drogi 276.4. Nasza artyleria przykrywa nas ogniem. Na Boga, przestańcie!". Niemcy starali się zestrzelić ptaka. Posypało się pierze, Cher Ami zaczęła koziołkować. Żołnierze zamarli, ale po chwili ogarnął ich entuzjazm: gołębica odzyskała równowagę i pofrunęła ku swoim. W ciągu dwudziestu pięciu minut pokonała dystans czterdziestu kilometrów dzielący "zaginiony batalion" od siedziby dowództwa w Rampont.

Stu dziewięćdziesięciu czterech ludzi z oddziału majora Whittleseya zostało uratowanych. Cher Ami przypłaciła swoją trzynastą - i ostatnią - misję na froncie utratą oka i nogi oraz raną na piersi. Odznaczono ją najwyższym francuskim odznaczeniem bojowym I wojny światowej - Croix de Guerre ze srebrną gałązką palmową wyhaftowaną na wstążce. Z dorobioną protezą odstrzelonej nóżki popłynęła z amerykańskimi żołnierzami do USA. Zakończyła życie w roku 1919 w forcie Monmouth w New Jersey. Na polecenie generała Pershinga wypchaną bohaterkę wojenną przekazano do jednego z muzeów należących do Smithsonian Institute w Waszyngtonie. Do dziś można ją oglądać w zbiorach działu "Cena wolności: Amerykanie w I wojnie światowej".
***
Gołębie pocztowe mają wspaniałą pamięć przestrzenną, której mechanizmów nauka wciąż do końca nie rozszyfrowała. Potrafią wrócić do swego gniazda, nawet jeżeli zostały wywiezione w osłoniętej klatce na odległość setek kilometrów. W gołębim stadzie więź między samcem a samiczką i między rodzicami i dziećmi jest bardzo silna. Silny jest też odruch powrotu do rodzinnego gniazda.

W epoce dronów, satelitów zwiadowczych i innych zaawansowanych systemów elektronicznych zastosowanie gołębi pocztowych do celów wojskowych wygląda na śmieszny anachronizm, ale człowiek wykorzystywał niezwykłe uzdolnienia gołębi od tysiącleci. W pierwszej wojnie światowej (drugiej zresztą także!) skrzydlatych gońców używały siły zbrojne wszystkich krajów zaangażowanych w konflikt. Zarówno na lądzie, jak na morzu i w powietrzu. Już w bitwie nad Marną w roku 1914 roku, gdy rozstrzygały się losy Paryża, francuskie służby łączności dysponowały 72 gołębnikami. Lotnicy zabierali gołębie do samolotów, by w razie przymusowego lądowania móc zawiadomić dowództwo, gdzie ich szukać. Klatki z gołębiami były na okrętach wojennych, a nawet na łodziach podwodnych. Gdy w 1916 roku na front trafiły pierwsze czołgi, również ich załogi korzystały z gołębiej łączności. Niestety ptaki okazywały się często mniej od ludzi odporne na spaliny wypełniające wnętrza stalowych potworów…

Podczas wojny gołębie trzymano za linią frontu. Stamtąd żołnierze lub specjalnie tresowane psy, które także, notabene, często pełniły rolę gońców, przenosili je w wiklinowych koszykach na pozycje. Ptaki wypuszczano, gdy trzeba było wysłać wiadomość. A co się działo, gdy dowódca, do którego kierowany był meldunek, zmieniał swoje miejsce postoju? Gołębnik przesuwano po prostu w ślad za dowództwem. I gołębie znajdowały do niego drogę! Skuteczność ptasiej poczty podczas I wojny światowej szacowano na 95 procent.

Sama tylko Wielka Brytania miała na froncie zachodnim około stu tysięcy gołębi. Niemcy, którzy też szeroko korzystali z gołębiej poczty, tresowali jastrzębie zwalczające skrzydlatych gońców przeciwnika. Co to jednak ma wspólnego z motoryzacją, o której piszę na tej kolumnie "Rejsów"? Sporo: ówczesne wojskowe gołębniki były w większości przerobionymi ciężarówkami i autobusami.

***
W okresie poprzedzającym wybuch wojny najbardziej rozpowszechnionym we Francji miejskim autobusem był piętrowy Brillié-Schneider RB-2, produkowany w Le Havre. W Paryżu dużą liczbę tych autobusów eksploatowała firma Companie Generale des Omnibus. Znaczna ich część została przejęta na potrzeby wojska. Niektóre doskonale sprawdziły się jako ruchome gołębniki. Anglicy przerzucili na kontynent około tysiąca piętrowych autobusów B-Type, produkowanych i eksploatowanych przez London General Omnibus Company. Także i te pojazdy bywały adaptowane do potrzeb gołębiej łączności, o czym zaświadczają zdjęcia sprzed stu lat.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Pitgolds

Pozdrawiam wszystkich hodowców tych ptaków. Szczególnie białych

Dodaj ogłoszenie