Giro od kuchni, czyli Rafała Majki walka z samym sobą [REPORTAŻ]

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
Najlepszy polski góral Rafał Majka od dwóch lat jest na absolutnym światowym topie. W tym roku Giro d'Italia ukończył na świetnym, szóstym miejscu. A podium było bardzo blisko.

Majka, Majka, Pozzovivo, Urán! - to pierwsze słowa, jakie słyszymy w holu małego, uroczego włoskiego hotelu. Torbole, miasteczko nad słynnym jeziorem Garda. Grupa Włochów okupuje stoliki i z wielkimi emocjami obserwuje relację z Giro d'Italia. Patrzymy na siebie ze zdumieniem - oni naprawdę mocno kibicują polskiemu kolarzowi Rafałowi Majce. Po chwili już wiedzą, że jesteśmy grupą dziennikarzy z Polski. - Majka dobry - chwali się znajomością kilku słów po polsku zażywny jegomość. Jeden przez drugiego we wszystkich językach świata tłumaczą, co się stało: miał być spokojny zjazd na słynnym Stelvio, ale trzech zawodników - Quintana, Rolland i Hesjedal - nie uszanowało ostrzeżeń organizatorów. Nasz Majka traci trzecie miejsce, a Kolumbijczyk Urán różową koszulkę lidera. Pełne oburzenie. W tym gwarze na naszym stoliku lądują napoje i prawdziwa włoska pizza. Nikt jej nie zamawiał, po prostu właściciel hotelu Silvio Rigatti uznał, że musimy być głodni i spragnieni. Za chwilę przychodzi porozmawiać o kolarstwie. - Na podium będą Quintana, Pozzovivo i Majka - ocenia. A Fabio Aru? - pytamy. - Nie da rady - wyrokuje, jak się potem okazało, niesłusznie Włoch i zachęca do wycieczek rowerowych. Rzeczywiście, wszędzie rowery, ścieżki rowerowe i ludzie w profesjonalnych strojach kolarskich: kaski, spodenki i koszulki. Tak tu jeżdżą prawie wszyscy - starsi, młodsi, a nawet dzieci. Powiedzieć, że we Włoszech kolarstwo jest bardzo popularne, to nie doszacować skali zjawiska.

Ale na przejażdżki nie ma czasu. Skoro świt ruszamy na start 17. etapu Giro d'Italia. Pobudka, włoskie śniadanie i w drogę. Żegnają nas majestatyczne skały nad błękitną, spokojną taflą jeziora Garda. Widoki w rejonie Trentino są oszałamiające. Ale naszym celem jest małe, nieco senne miasteczko Sarnonico. To tu dziś zjeżdżają kolarze. Wszystko jest już różowe, nawet wieża ratusza. To oficjalny kolor Giro d'Italia od lat - w maglia rosa, czyli różowej koszulce, jeździ lider wyścigu. Ten nietypowy kolor nie wziął się znikąd. Organizatorem Giro jest słynny włoski sportowy dziennik "La Gazzetta dello Sport" od lat drukowany na papierze w łososiowym kolorze. "Fight for pink" (walka o róż) to oficjalne hasło włoskiego touru.

Dzieci biegają przy podium, na którym kolarze podpisują listę startową. Kto się tam nie pojawi, ten nie startuje, a w oficjalnej klasyfikacji przy jego nazwisku widnieją trzy literki - DNS (did not start). Żadne akredytacje nie są tu potrzebne, kibice kluczą między autobusami drużyn, podobnie jak dziennikarze. Z samochodu Lampre-- Merida wychyla się na chwilę Przemysław Niemiec. To nie jest dla niego udane Giro. Miał walczyć o poprawienie ubiegłorocznego wyniku, ale kraksa pokrzyżowała plany, a z doświadczonego zawodnika jakby uszło powietrze. Z prób walki o wygraną etapową też nic nie wyszło. Niemiec tylko pozdrawia nas serdecznie, bo musi jeszcze przygotować się do startu. A na dodatek wśród chaotycznie biegających tłumów dziennikarzy roznosi się informacja: jest wielka afera związana z wczorajszym etapem. Rzeczywiście. Na wysokości autobusu Tinkoff-Saxo, teamu, w którym jeździ dwóch Polaków: Rafał Majka i Paweł Poljański, wielkie zbiegowisko. Po jednej stronie ulicy grupa osób odgrodzona od mediów. To dyrektorzy sportowi wszystkich ekip, którzy naradzają się, co zrobić z nieudolnie przeprowadzoną przez szefostwo Giro neutralizacją zjazdu na Stelvio. Miało być tak: ponieważ pada śnieg, jest bardzo ślisko i niebezpiecznie, na zjeździe nie ma ścigania. Zawodnicy spokojnie zjeżdżają w dół i wyścig zaczyna się tam na nowo. Przed kolarzami są motocykliści z czerwonymi flagami. Tyle że z tych planów nic nie wyszło. Część dyrektorów sportowych takie ustalenia przekazała swoim zawodnikom. Ale nie wszyscy. Słynny Eusebio Unzué, szef Movistaru, takich dyspozycji nie wydał. I Kolumbijczyk Nairo Quintana, Francuz Pierre Rolland z teamu Europcar oraz Ryder Hesjedal (Garmin-Sharp) wyprzedzili motocykl z flagą i popruli w dół na złamanie karku. Wyprzedzili cały peleton, nie pomogła już rozpaczliwa pogoń tracących swoje dobre miejsca Majki i Urána.

Wszyscy są wściekli. Peleton obiega wieść, że dyrektor sportowy Omega Pharma-Quick-Step, a więc zespołu dotychczasowego lidera Rigoberto Urána, grozi nawet, że wycofa wszystkich swoich kolarzy z wyścigu.

Narada dyrektorów jest bardzo nerwowa. Widać z daleka, że właściciel Tinkoff-Saxo, ekscentryczny rosyjski miliarder Oleg Tinkov, gestykuluje niczym urodzony Włoch. Po chwili przybiega do autobusu drużyny: - Trzeba anulować wyniki tego etapu. Kolarze jechali na Stelvio po nic - rzuca w kierunku kamer i gniewnym gestem wyciąga swój rower. Jest ubrany w kostium swojej ekipy, a jego sprzęt stoi między rowerami zawodników. Zdenerwowany zjeżdża w dół. Rosjanin jest naprawdę miłośnikiem kolarstwa - nie tylko towarzyszy zawodnikom przez cały wyścig, ale też sam przejechał już ponad 1500 km, czym chwali się na Twitterze. Na drewnianym płocie spokojnie siedzi sobie Irlandczyk Nicolas Roche, tak jakby to całe zamieszanie go nie dotyczyło.
Polscy kolarze już wiedzą, że na nich czekamy. - Zaraz przyjdą - obiecuje Arkadiusz Wojtas, kierowca, a zarazem masażysta w Tinkoff-Saxo. Rzeczywiście, po chwili pojawiają się "nasi": Rafał Majka i Paweł Poljański. Krótkie powitanie po polsku i zaraz inne obowiązki. - To nie jest wina Quintany, że nam odjechali, tylko organizatorów. Wszyscy stanęli na górze, bo dostaliśmy informację, że zjazd ma być neutralizowany. Myśmy się spokojnie ubierali, a oni odjechali i nadrobili 2,5 minuty - mówi Majka do kamer po angielsku. Na więcej nie ma już czasu, kolarze zjeżdżają na start. - Powodzenia - krzyczę. Majka odwraca się z sympatycznym uśmiechem: - Dzięki - woła.

Przy busie wciąż przechadza się z miną Sfinksa Bjarne Riis, były kolarz, potem założyciel duńskiej drużyny Saxo, dziś główny dyrektor Tinkoff-Saxo. Po chwili podchodzi do niego przystojny mężczyzna w błękitnej koszuli. To Unzué, szef Quintany. Zaraz potem w busie Tinkoff odbędzie się tajna narada przedstawicieli teamów z szefostwem UCI, czyli Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Nieoficjalnie wiemy, że rozważane są trzy warianty: anulowanie wyników 16. etapu, pozbawienie Quintany, Rollanda i Hesjedala przewagi 2,5 minuty albo zostawienie wszystkiego tak, jak jest.

Na starcie pojawia się Rafał Majka w białej koszulce najlepszego młodzieżowca, która już nie należy do niego - od wczoraj najlepszym młodym zawodnikiem jest Quintana, który zdobył też różową koszulką lidera, a przecież dwóch naraz nie może nałożyć. Quintana pojawia się na mecie cały na różowo - ma taki rower, koszulkę, spodenki, nawet skarpetki, kask i okulary. - Too much pink (za dużo różowego) - słychać wśród dziennikarzy. I wszyscy natychmiast przypominają, że ubiegłoroczny lider Vincenzo Nibali jeździł skromnie, miał tylko maglia rosa, wszystko inne w barwach Astany i mówił, że liderem będzie dopiero na mecie całego wyścigu. Żartom z Quintany nie ma końca, ale my już pędzimy na wizytację trasy następnego, górskiego etapu.

Kolejny cel to Levico Terme, senne miasteczko nad jeziorem Levico u podnóża potężnej góry Monte Panarotta (2002 m n.p.m.). Absolutny raj dla rowerzystów, więcej tu chyba ścieżek rowerowych niż chodników. - Podjazd jest dość trudny, na ostatnich kilometrach cały czas "trzyma" - tłumaczy były świetny zawodnik (ukończył zarówno Giro d'Italia, jak i Tour de France na 12. miejscu), a obecnie komentator Eurosportu Dariusz Baranowski, który przed chwilą na rowerze pokonał 17 km podjazdu. Ale ekspert nie spodziewa się fajerwerków ze strony zawodników. Podjazd jest ciężki, lecz trudno na nim zarobić więcej niż kilkanaście sekund.

Na szczycie cicho i pusto, a przy górskiej drodze ustawiają się pierwsze kampery. To kibice, którzy spędzą noc na górze, by mieć jak najlepsze miejsca. Nad jednym z nich powiewa czeska flaga. Mała konsternacja, bo przecież w wyścigu nie jedzie żaden Czech. Po chwili wszystko wyjaśnia wielki transparent z napisem: "Adam Hansen". To Australijczyk, który od lat mieszka w Czechach i właśnie jedzie swój ósmy wielki tour z rzędu.

Dzień później są i polskie flagi, a na poboczu nie ma gdzie stanąć. Na szczycie mnóstwo namiotów, różowa meta i prowizoryczne miejsca dla sędziów. Tu bez akredytacji już nikt nie wejdzie. Dla dziennikarzy przewidziano równie spartańskie warunki jak dla lekarzy w sekcji kontroli antydopingowej. Kawałek szutrowej nawierzchni odgrodzonej metalowymi barierkami i wielki telewizor. W tej "sali prasowej" dominują Kolumbijczycy. Ich rodacy zajmują dwa pierwsze miejsca w klasyfikacji generalnej, a pozostali szaleją na etapach. Włoskiego komentatora z telewizji nawet nie słychać. Kolumbijscy dziennikarze nadają relacje do swoich stacji przez telefony komórkowe w charakterystycznym, południowym stylu.

W międzyczasie pada grad wielkości grochu i leje deszcz, ale nikt sobie z tego nic nie robi. Po tych pogodowych atrakcjach nieśmiało błyska słońce. Kolarze są coraz bliżej. Trzeba ruszać na metę. Ścisk, służby porządkowe, tłumy ludzi. Po linii mety przechadza się spiker. - Rafał Majka - rzucamy w jego stronę. - Aaa... Rafał Majka, świetny kolarz - krzyczy do mikrofonu, a tłum wiwatuje. Majka jest tu chyba bardziej popularny niż w Polsce.

W końcu kolarze wpadają na metę. Urán pada na mokry asfalt, wygląda, jakby miał zamiar wyzionąć ducha ze zmęczenia. Odpycha ręce swoich pomocników, którzy próbują go podnieść. Obok stoi oparty o metalowe barierki "nasz" Rafał Majka. Powoli, w spacerowym tempie zaczyna się wspinać na rowerze w kierunku swojego samochodu. Na tak ostry podjazd nie wjeżdżają wielkie trucki ekip, z szatnią, prysznicem i wygodnymi miejscami dla zawodników, tylko małe minivany. Polski kolarz ubiera się w ciepłą kurtkę i już wiemy, że nie jest dobrze. Grymas bólu nie znika z jego twarzy. Jak spod ziemi wyrasta Bjarne Riis, który mocno go ściska. Jest też Oleg Tinkov, klepie z uznaniem Polaka po plecach. Riis na hasło "dziennikarze z Polski" zatrzymuje się na chwilę, choć duńscy dziennikarze ostrzegali, że nigdy nie mówi więcej niż dwa zdania. - Mieliśmy nadzieję, że Rafał będzie się w Giro dobrze prezentował. Wysoką formę osiągnął już wcześniej. W miesiącach poprzedzających ten start wykonał kawał dobrej roboty - mówi Duńczyk. Drugi z Polaków - Paweł Poljański - też otrzymuje dobrą recenzję: - To dla niego dopiero pierwszy wielki tour w karierze. Nie możemy zapominać, że on wciąż jest neo-pro. We Włoszech świetnie się spisuje. Zawsze jest tam, gdzie powinien. Jestem bardzo usatysfakcjonowany. Na koniec Riis się uśmiecha: - Macie w Polsce jakieś inne wielkie talenty? - pyta.
Tymczasem na Rafała Majkę już czeka duński dziennikarz Rasmus Staghoj, który towarzyszy teamowi przez cały wyścig. Kilka słów po angielsku i Majka szeroko się uśmiecha: - Teraz po polsku? - pyta. Ale wiemy, że nie jest dobrze. Od dwóch dni boli go brzuch. - Dziś czułem się naprawdę źle i trochę się męczyłem pod górę. Nie było mi łatwo, ale nie chciałem tracić sekund po tym, co koledzy z ekipy dla mnie zrobili. Zostały trzy etapy i chciałbym skończyć wyścig na podium. Wiem, że będzie ciężko. Dziś, mimo słabości, dojechałem z najlepszymi. Miałem tylko moment zawahania na ostatnim kilometrze - opowiada. Wiadomo, piątkowa czasówka będzie najważniejsza. A na dodatek na koniec wyścigu przyjeżdża narzeczona Magda. Twarz na chwilę rozjaśnia uśmiech: - Muszę w końcówce dać z siebie jak najwięcej.

Wszyscy już wiedzą, że po sezonie Majka bierze ślub. Może uda się trochę więcej czasu spędzać razem. Zawodowy kolarz World Touru spędza poza domem ponad 300 dni w roku.

Jednak zatrucie jest dziś głównym tematem. - Jak nie pracuje żołądek, to mięśnie też nie - Majka klepie się znacząco po udach. Ale dał radę, przyjechał mimo bólu z najlepszymi. Opowiada o swoich planach i dotychczasowych ograniczeniach, bo przecież wszyscy wiedzą, że nie lubi zimna i ujemnych temperatur. - Teraz już nie ma dla mnie różnicy: zimno czy ciepło.

Powiedziałem sobie, że trzeba to zmienić. Nie boję się też szybko zjeżdżać. Jeśli chce się wygrywać wielkie toury i być w czołówce, to nie można narzekać na złą pogodę. Na Stelvio było naprawdę zimno, minus 2 stopnie, śnieg, nic nie było widać i trzeba było zjechać. To nie nasza wina, że tamci odjechali - mówi. I wraca do skandalu na Stelvio. - W peletonie jest taka atmosfera, że jeśli lider stanie na poboczu z przyczyn fizjologicznych, to my też zaatakujemy. Jeśli takie ma być teraz kolarstwo, że niektórzy nie respektują ustaleń, to my nie będziemy respektować starych zasad - tłumaczy. Ale widać, że cierpi.
W ręku trzyma pudełko z posiłkiem. To sam ryż, podczas gdy pozostali zawodnicy, którzy powoli zjeżdżają do samochodu, mają kolorowe, smacznie wyglądające potrawy. A Riis czuwa - podjeżdża osobowe auto dyrektora sportowego i Majka w towarzystwie Duńczyka jedzie do hotelu. Wiadomo, lider drużyny jest najważniejszy. Pozostali zawodnicy czekają jeszcze kilkadziesiąt minut, aż będą mogli zjechać do Levico.

Senne miasteczko wieczorem jest bardzo ożywione. BMC, Astana, Tinkoff-Saxo i jeszcze kilka ekip właśnie to miejsce wybrały na swoją bazę przed piątkową czasówką. Na schodach hotelu siedzi szczupły mężczyzna w żółto-niebieskim stroju i rozmawia przez telefon. To Nicolas Roche, który swoje piąte miejsce na Vuelta Espana zawdzięcza m.in. Rafałowi Majce, który holował go na stromym Angliru. I chyba trochę za słabo Irlandczyk podczas Giro się za to odwdzięczył. Michael Rogers, trzykrotny mistrz świata w jeździe na czas, najlepszy pomocnik Polaka we Włoszech, w głębokim fotelu pisze jakieś SMS-y, może tweetuje. To ich czas własny, prywatny, krótka chwila odpoczynku. Rafał Majka już jest w swoim pokoju, zwłaszcza że poprzedniej nocy z powodu bólu brzucha bardzo źle spał. Są za to inni Polacy z ekipy: pan Arek, masażysta, i pan Michał, mechanik. Ten ostatni uśmiecha się tajemniczo: - Rafał będzie miał na jutro świetny rower - zapewnia. Ale wszystkich martwi ten ból brzucha. Dla kolarza nie ma nic gorszego. Gdy nie funkcjonuje żołądek, gwałtownie spada wydolność organizmu. Kolarz spala dziennie podczas wyścigu nawet do 8 tys. kalorii, musi więc organizmowi dostarczyć masę pożywienia. Nic dziwnego, że właśnie z powodu problemów żołądkowych zawodnicy najczęściej wycofują się z rywalizacji. Na dodatek kolarz nie może tak po prostu zażyć lekarstwa. Większość leków zawiera składniki, które są na liście substancji zakazanych. W ekipie nie tracą nadziei, że będzie dobrze. Ta pierwsza czasówka, w której Majka zajął czwarte miejsce, była przełomowa. Polak nigdy nie był dobrym czasowcem, zwłaszcza na płaskich odcinkach. Ale jeśli podczas wielkiego touru zawodnik wykręca czwarty czas, to znaczy, że jest w stanie walczyć o podium. - Po tej czasówce w drużynie zapanowała euforia, wszyscy uwierzyli w Rafała nie na 100, ale 110 proc. - opowiadają członkowie ekipy.
Zapada noc. Z wielkiej ciężarówki Tinkoff-Saxo wychodzi spora grupa ludzi. To pracownicy kuchni ze słynną Hannah Grant na czele. Szefowa kuchni co wieczór publikuje na Twitterze (@dailystew) dania, jakie serwuje zawodnikom. Ekipa Polaka jako jedna z niewielu ma własną kuchnię. Na czele zespołu kuchennego stoi właśnie Hannah, która pracowała w słynnej kopenhaskiej restauracji Noma i wydała książkę kucharską "Grand Tour Cook Book" (Książka kucharska na wielkie toury).

Zatrucie to nie jej wina, tłumaczył polski kolarz, bo Hannah świetnie gotuje. Najprawdopodobniej wirus przyplątał się pechowo podczas któregoś z etapów, gdy padał deszcz, a woda z szosy chlapała na bidon zawieszony na ramie roweru.

Grant jest znana z wysokich standardów i świetnej kuchni oraz właściwego podejścia do odżywiania zawodników: czerwone mięso kolarze jedzą tylko przed dniem przerwy. Wszystko jest wyszukane, smaczne, Grant piecze też własne bułki i chleb, a jej potrawy są urozmaicone i pełne warzyw. Na widok polskiej ekipy Hannah Grant uśmiecha się szeroko. Trochę trudno Dunce wytłumaczyć, czym są "nocne Polaków rozmowy", ale spotkanie jest miłe. - Ekipa kuchenna jest super, to tam się zaczynają wszystkie imprezy - mówią Polacy z Tinkoff-Saxo. Takie chociażby jak mecze piłki nożnej, które rozgrywali pracownicy ekip na postojach podczas ubiegłorocznego Tour de France.

O północy wszyscy idą spać. Pobudka o szóstej i pracownicy teamu rozpoczynają swój dzień. Na wielkim tourze nie ma miejsca na improwizację. Każdy wie, co ma robić, i ma wiele obowiązków.

Niestety, piątkowa czasówka okazuje się dla Majki drogą przez mękę. A i tak przyjeżdża na metę z siódmym czasem. Etap, który powinien dać mu podium, bo taka była forma Polaka przed chorobą, nie idzie ani po myśli naszego kolarza, ani kibiców, ani ludzi z ekipy. Wszyscy tutaj wiedzą, że zdrowy Majka byłby na czasówce jednym z faworytów. W jego zasięgu był czas, jaki wykręcili Quintana czy Aru. Ale kryzys związany z chorobą przyszedł, niestety, właśnie tego dnia. Gdyby choroba skończyła się dzień wcześniej, podium byłoby murowane. - Takie jest kolarstwo - mówi smutno Dariusz Baranowski.

- Za rok znów Giro d'Italia czy może w końcu Tour de France? - pytam Rafała Majkę. Kolarz szeroko się uśmiecha: - O to trzeba pytać Bjarne'a - odpowiada.

- Rafał wciąż jest młody. Przed nim 10-12 lat rywalizacji na najwyższym poziomie. Jeszcze pokaże swoją moc - uspokaja Bjarne Riis.

83144

Boniek z kolejnym wyzwaniem

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie