Giro, czyli po pierwsze: nie przegrać

Tomasz Jaroński
Tomasz Jaroński
Tomasz Jaroński Fot. archiwum
O tym, kto wygrał Giro d'Italia, zadecydowały ostatnie kilometry podczas finałowej czasówki w Mediolanie. Organizatorzy ułożyli ponad 3500-kilometrową trasę, z wielką liczbą niebotycznych podjazdów. Trzy tygodnie ścigania się, a wszystko rozstrzygnęło się w kilkanaście minut... Taki przebieg wyścigu - ktoś powie - wspaniale wpływa na emocje. Do końca nic nie wiadomo. Decydują sekundy, dyspozycja dnia, małe szczegóły techniczne, wytrzymałość na trudny całego wyścigu, umiejętność koncentracji czy wreszcie proste szczęście.

Doceniam trud zawodników, walkę z samym sobą, branie pod uwagę taktyki, możliwości rywali. Jestem pełen podziwu dla włoskich organizatorów, którzy wymyślili (w Giro tak jest co roku) 21 etapów, które na papierze zapowiadały niesamowite emocje, z kilkoma górskimi kulminacjami. A jednak… to zawodnicy decydują o tym, jak będzie przebiegała rywalizacja. A kolarze (albo dyrektorzy ekip) w tegorocznym Giro, ci którzy mieli walczyć o zwycięstwo, zaplanowali sobie taktykę nieco piłkarską. Po pierwsze: nie przegrać!

Wzajemny respekt był wszechobecny przez trzy tygodnie ścigania się w dół i górę włoskiego buta. Zanim zrobisz ruch, zanim zaatakujesz, patrz, co robią rywale. I tak do końca. Celowali w tym zwłaszcza włoscy mistrzowie Basso i Scarponi, którym media wyznaczyły długo przed wyścigiem role faworytów. A inni trochę patrzyli na nich. W klinczu Ivan i Michele pozostali do końca, co skończyło się… sukcesem cudzoziemca. Tak na dobrą sprawę ani Basso, ani Scarponi przez cały wyścig nie powąchali różowej koszulki. Zabrakło próby podjęcia ryzyka. Pozostali faworyci siłą rzeczy musieli kupić ten układ, ale przynajmniej kilka razy urwali się z taktycznej smyczy.

Organizatorzy powinni usiąść z kolarzami i taktykami z samochodów do okrągłego stołu i spokojnie przegadać, jak ułożyć trasę, by wszystkim pasowała, żeby sport wygrał z taktyką. Z wiedzą o tym, że w tych czasach efekt telewizyjny decyduje o powodzeniu przedsięwzięcia. Wie o tym doskonale Czesław Lang. Pisałem już, że podbiera ryby ze stawu Tour de France. Tydzień fajnego ścigania się przed igrzyskami w Polsce to nie to co trzytygodniowa Pętla. Na Tour de Pologne mamy już Czecha Romana Kreuzigera, który mógł namieszać włoskim szachistom, a i tak wygrał pięknie etap w Alpe di Pampeago. Ponadto świetną propagandową robotę zrobili nasi kolarze. Było ich widać! Zwłaszcza Bartosza Huzarskiego i Michała Gołasia. Po latach przerwy. Na zwycięstwa przyjdzie czas. Już wkrótce. Bo mam wrażenie, że nasi uważają, że najważniejsze jest wygrać. Na przykład Tour de Pologne!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie