Gdzie kucharek sześć, czyli jak Platformie pomyliły się wybory

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Adam Jankowski
Wszyscy politycy Platformy Obywatelskiej żyją dziś zmianą władzy – tyle że władzy wyłącznie w obrębie Platformy. Wybory prezydenckie leżą odłogiem, nikt nie prowadzi kampanii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Wynikające stąd straty mogą już być nie do odrobienia

Na nieco ponad tydzień przed wyborami nowego przewodniczącego Platformy w największej partii opozycyjnej niemało się dzieje. Wszyscy żyją nadchodzącą zmianą władzy w partii, starają się właściwie ocenić szanse rywali i postawić na tego właściwego konia - po to, by samemu nie znaleźć się w najbliższej przyszłości na marginesie. Nic więc dziwnego, że wśród tylu emocji i ważnych zajęć, sprawy drugiej i trzeciej kategorii schodzą na dalszy plan, zostają gdzieś w tyle, mniej więcej tam, gdzie stoi kompletnie osamotniona, pozbawiona nawet kampanijnego sztabu i w konsekwencji coraz wyraźniej zapominana przez media i wyborców kandydatka Koalicji Obywatelskiej na prezydenta, Małgorzata Kidawa-Błońska.
Gdy zaś wszyscy czekają na zmianę warty, partia wciąż rządzi ekipa Grzegorza Schetyny. To wciąż „piąte piętro” siedziby Platformy kontroluje przebieg bieżących spraw, stan partyjnej kasy, kalendarz politycznych wydarzeń, a nawet partyjne konta w mediach społecznościowych. Ten stan rzeczy irytuje partyjne szeregi – wielu polityków Platformy nie może się doczekać momentu, w którym obecna ekipa Schetyny zostanie zrzucona z piedestału. Przyszłe losy Piotra Borysa, Mariusza Witczaka, Marcina Bosackiego czy Roberta Tyszkiewicza zajmują ich nawet bardziej niż kwestia tego, w jakiej roli odnajdzie się Grzegorz Schetyna. To oni uosabiają w oczach partyjnych kolegów frustrujące wyniki majowych i październikowych wyborów, nie bez racji zresztą, bo w obu wypadkach to właśnie to grono pełniło rolę rzeczywistego sztabu wyborczego.
Dziś chodzi o inne wybory – te partyjne. Rzecz jasna jednak układ sił na chwilę przed zmianą władzy jest w dużej mierze wypadkową wyników z maja i października. To one sprawiły, że Grzegorz Schetyna ostatecznie odpuścił – i porzucił myśl o utrzymaniu władzy nad partią, która niewątpliwie przyświecała mu jeszcze w listopadzie. To zaś sprawiło, że karty w Platformie rozdawane są właściwie od nowa.

Urodzaj chętnych

Kandydatów na szefa PO jest dziś więcej niż klubów w parlamencie – co samo w sobie jest niezłym miernikiem coraz bardziej zagmatwanej sytuacji w partii. Są wśród nich reprezentanci dwóch głównych obecnie sił w Platformie - czyli „młodych”, jak i grupy Grzegorza Schetyny, są też politycy odwołujący się do frakcyjnych sentymentów raczej z epoki Tuska. W grze jest sześcioro polityków. Faworytem zdaje się być Borys Budka - uważany za lidera grupy „młodych” w Platformie, minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz, zaś w tej kadencji szef klubu parlamentarnego KO. Wymiany Schetyny na Budkę domagali się przede wszystkim politycy o dekadę i więcej młodsi od pokolenia obecnego szefa PO. Jesienią to Budka był wypychany do konfrontacji ze Schetyną przez uczestników pamiętnej powyborczej „stypy po Schetynie” w warszawskiej restauracji przy ulicy Foksal. Wtedy doszło do jedynie częściowego przesilenia – Schetyna zręcznie uciekł w prawybory prezydenckie, a Budka został szefem klubu. Dziś każda wpadka posłów Platformy (jak choćby ta ostatnia, gdy dwie posłanki Platformy nie wyjęły kart do głosowania, przez co PiS zdołał zebrać quorum i przegłosować dwumiliardowe dofinansowanie dla TVP) jest przez stronników Schetyny skrzętnie liczona na jego konto.
Tydzień temu Budka zwoływał sms-ami posłów PO na piątkową konferencję prasową, która miała być manifestacją poparcia dla jego kandydatury na szefa partii. Ostatecznie w konferencji uczestniczyło ok 45 polityków Platformy. Byli wśród nich m.in. Rafał Trzaskowski, Marcin Kierwiński, Bogdan Klich, Izabela Leszczyna, Agnieszka Pomaska i Kamila Gasiuk-Pihowicz – czego oczywiście nie można lekceważyć, część mediów liberalnych uznała to wręcz za „demonstrację siły” i gwarancję tego, że Budka zwycięstwo ma w kieszeni. Z drugiej jednak strony klub, którym kieruje Borys Budka, liczy 119 posłów Platformy (pozostała 15-stka to posłowie Nowoczesnej, Zielonych i Inicjatywy Polskiej). Jeśli dodamy do tego jeszcze senatorów, zobaczymy, że na konferencji stawiło się mniej niż jedna trzecia parlamentarzystów Platformy.
Kolejnym pretendentem jest Tomasz Siemioniak. To właśnie jego wskazał Grzegorz Schetyna, ogłaszając swą rezygnację z ubiegania się o odnowienie przywództwa. - Po tych czterech latach trudnej pracy zostawiam PO w dużo lepszym stanie, niż była w 2015 r. Przychodzi czas na nowe wyzwania, nowych ludzi, nowy początek. Dziś najlepszym kandydatem, który będzie liderem projektu PO w następnej kadencji, będzie mój przyjaciel Tomasz Siemoniak – mówił obecny szef Platformy.
Siemioniak jest więc w tej chwili kandydatem platformerskiego „ancien regime’u”. Zapowiada, że nie pozwoli, by „Platforma skręcała w lewo”, trochę tak, jakby zamierzał wskrzeszać Schetynową ideę „konserwatywnej kotwicy”. Za Siemoniakiem opowiadają się dziś oprócz Schetyny m.in. Sławomir Neumann, Piotr Borys, Joanna Kluzik-Rostkowska, Robert Tyszkiewicz, Tomasz Lenz, Marta Golbik, Kinga Gajewska, Jolanta Frydrych, Mariusz Witczak, Michał Jaros, Krystyna Szumilas, Marcin Bosacki, Jacek Jaśkowiak i Rafał Grupiński
- Zapowiadam wsparcie dla niego w wewnętrznej kampanii wyborczej i wierzę, że wygra wybory na przewodniczącego. Że będzie najlepszym z możliwych liderów i poprowadzi PO do wyborczego zwycięstwa. – mówił o Siemioniaku Schetyna. Z punktu widzenia najbardziej zagorzałych przeciwników Grzegorza Schetyny jest to oczywiście raczej pocałunek śmierci. Warto jednak pamiętać, że wśród wewnątrzpartyjnych krytyków Schetyny naprawdę wielu jest takich, którzy wysoko cenią go i jako stratega, i jako organizatora, za to uważają, że do pełnienia funkcji szefa partii brakowało mu przede wszystkim naturalnej charyzmy, umiejętności przemawiania i zdolności zjednywania nowych wyborców. Dla nich Siemioniak wcale nie musi być kandydatem, którego należałoby odrzucać a priori, zaś rekomendacja Schetyny może w ich uszach działać na jego korzyść.
Szefem Platformy chce również zostać Bartosz Arłukowicz. Europoseł i były minister zdrowia, który do PO przeszedł przed dekadą z szeregów SLD odwołuje się do coraz mniej licznych członków Platformy o optyce centrolewicowej. Wśród wszystkich sześciorga kandydatów to on ma najbardziej progresywne poglądy, jeśli chodzi o tzw kwestie światopoglądowe – czy to w sprawie In vitro, czy dopuszczalności aborcji, czy też relacji państwo-Kościół. „Nowoczesne państwo prawa i wrażliwości społecznej to nasze zobowiązania!” – wołał Arłukowicz na Facebooku ogłaszając, że zamierza kandydować.
O stanowisko szefa Platformy ubiega się też Bogdan Zdrojewski, były minister kultury, swego czasu jeden z najważniejszych polityków PO, od długiego czasu pozostający jednak raczej na bocznym torze wewnątrzplatformerskiej polityki. Zdrojewski podziękował na Facebooku za wsparcie Cezaremu Grabarczykowi, Ireneuszowi Rasiowi i Waldemu Dzikowskiemu. Gdyby sądzić zwłaszcza po tych dwóch pierwszych nazwiskach zapleczem Zdrojewskiego byłoby to, co w Platformie pozostało po dawnej „spółdzielni” Grabarczyka – w czasach Tuska bardzo silnej, dziś jednak będącej raczej wspomnieniem.

Zagadkowi kandydaci

Gdy w grudniu Bartłomiej Sienkiewicz ogłosił, że i on zamierza walczyć o stanowisko szefa Plarformy dla zdecydowanej większości obserwatorów była to niespodzianka. Były minister spraw wewnętrznych i jeden z głównych aktorów taśm od „Sowy i przyjaciół” po wyjeździe Donalda Tuska do Brukseli wziął długi urlop od polityki. W połowie poprzedniej kadencji powrócił, najpierw wydając publicystyczną książkę, następnie zakładając z Marcinem Celińskim i Leszkiem Jażdżewskim stowarzyszenie „Wspólny Plan” (uważane wówczas przez część mediów za zalążek „partii Tuska” vel „Ruchu 4 czerwca”), wreszcie kandydując z sukcesem do Sejmu z list Platformy. Długo jednak kompletnie nic nie wskazywało, by Sienkiewicz miał ubiegać się akurat o funkcję szefa partii, dlatego też motywy jego decyzji są - zwłaszcza dla partyjnych szeregów słabo czytelna. Generalnie Sienkiewicz w duchu swej książki „Państwo teoretyczne” opowiada się za przebudową myślenia o liberalnej demokracji, tak, by stworzyć bardziej przekonującą dla wyborców odpowiedź na wyzwania stawiane przez nowych populistów. W ostatnich dniach i tygodniach Sienkiewicz dość regularnie nawołuje liberałów do uznania za realne zagrożenie także nowej lewicy. Najbardziej życzliwie na jego kandydaturę będą patrzeć ci członkowie Platformy, którzy nie mogą oprzeć się tęsknocie za czasami Tuska.
Ostatnią kandydatką – choć zarazem jedną z pierwszych osób w partii, które mówiły publicznie o kandydowaniu – jest Joanna Mucha. Przez naszych rozmówców z Platformy jej potencjalne poparcie jest szacowane jako nieznaczne lub marginalne. Jak dotąd jasno zadeklarowała je wyłącznie Róża Thun. Sama Mucha chciałaby być rzeczniczką zarówno obecnych w partii kobiet, jak i kandydatką zmiany pokoleniowej. Jeśli chodzi o to pierwsze, kontrkandydatek nie ma, jeśli idzie jednak o to drugie, emocje konfliktu generacyjnego znacznie skuteczniej zdają się konsumować Arłukowicz i Budka.

Czy ktoś zagłosuje?

Wybory w Platformie odbędą się 25 stycznia, czyli w następną sobotę. Jeśli niezbędna okaże się druga tura, zostanie ona przeprowadzona 2 tygodnie później – 8 lutego. Najpóźniej po kilku dniach skład nowych powinien być już znany. Tymczasem nadal nie jest takie pewne, kto właściwie będzie miał prawo w tych wyborach głosować. W czym rzecz? Otóż procedura zakłada, że w wyborach może wziąć udział każdy członek Platformy. Niby proste. Cały problem w tym, że nie bardzo dziś wiadomo, ilu tych członków tak naprawdę jest, a także jaka część z nich znajdzie czas, by w ogóle zagłosować. W pierwszym wypadku chodzi o składki i aktywność w życiu partii. W drugim - wyłącznie o jednorazowe zaangażowanie.
Wiele mówiącym przykładem są tu grudniowe prawybory prezydenckie. Mieli w nich głosować delegaci na konwencję krajową Platformy. Najpierw miało ich być ponad 1000, później podano dokładną liczbę 747, ostatecznie jednak oddano łącznie ledwie 470 ważnych głosów. Cóż takiego się wydarzyło? W pierwszym etapie nastąpiło szalone wycinanie wszystkich delegatów, którzy albo nie płacili składek, albo też nie dawali znaku życia – cały proces był oczywiście kontrolowany przez „piąte piętro”. Gdy zaś przyszło co do czego, dodatkowo bardzo rozczarowująca okazała się frekwencja. Dodajmy, że cały problem dotyczył kręgu partyjnej elity – w grono delegatów wchodzą parlamentarzyści PO, członkowie zarządu i przedstawiciele regionalnych władz partyjnych struktur. Skoro z ich aktywnością było aż tak źle, to jak będzie z zaangażowaniem ogółu członków partii?

Stracona szansa

Najpoważniejszym problemem Platformy jest jednak w tym momencie i tak co innego. Największa partia opozycyjna szykuje się do oddania wyborów prezydenckich walkowerem. Nadal nie został powołany sztab kandydatki na prezydenta Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Przed tygodniem publicznie mówił o tym Bogdan Zdrojewski - Wiemy, że nikt w tej chwili nie kieruje. Ona ma oczywiście ogrom doradców, pracuje, wiem, że teraz ma jakieś zajęcia związane także z wizerunkiem etc., więc nie marnuje tego czasu – mówił były minister kultury. Od tego czasu nic się nie zmieniło – wszystko wskazuje na to, że Platforma zamierza ogłosić skład sztabu dopiero po partyjnych wyborach. A zatem (gdyby miało dojść do drugiej tury) – nawet w połowie lutego.
- To zrozumiałe, przecież w tym momencie Platformą nadal rządzi ekipa Schetyny. Grzegorz zapowiedział, że nie będzie kandydował, jest więc jasne, że dni obecnego kierownictwa, zwłaszcza tego nieformalnego, są policzone. Byłoby wręcz nie fair, gdyby teraz, na ostatniej prostej przed wyborami, mieli powołać do życia jakiś sztab – mówi nam ważny polityk Platformy.
Owszem, to prawda, to z pewnością byłoby „wręcz nie fair”. W efekcie jednak Platforma na 4 miesiące przed wyborami prezydenckimi nadal nie prowadzi kampanii swej kandydatki. Zacznie ją prowadzić najwcześniej na początku lutego, najpóźniej zaś pod koniec – wszystko w zależności od tego, czy będzie II tura wyborów w partii. To zaś może zwiastować katastrofę.
5 lat temu terminy wyborów wyglądały podobnie jak w tym roku. W styczniu kampania toczyła się jednak pełną parą – jeśli ktokolwiek ją przesypiał, to tylko urzędujący prezydent. W styczniu i lutym Andrzej Duda pracowicie budował potencjał, który pozwolił mu ostatecznie pokonać Bronisława Komorowskiego, z kolei Paweł Kukiz równie pracowicie walczył o swój imponujący wynik w I turze. To właśnie te pierwsze miesiące roku prawdopodobnie przesądzały o ostatecznym wyniku – i w konsekwencji o totalnym przesileniu w polskiej polityce.
Platforma te pierwsze miesiące roku już straciła – pożytkując je na porządkowanie sytuacji we własnych szeregach. Niezależnie od tego, kto wygra walkę o władzę w Platformie, bez prowadzenia jakiejkolwiek kampanii, szanse największej partii opozycyjnej na zadowalający wynik w wyborach prezydenckich znacząco spadają. Zważywszy na to, jak dziś wyglądają sondaże - zdecydowanie faworyzujące Andrzeja Dudę - te straty mogą już być nie do odrobienia.

Flesz - Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie