Franklin D. Roosevelt. Polityk, który mógłby wygrywać wiecznie. [Fragment książki Piotra Zaremby]

Redakcja

  • Polska
Książka Piotra Zaremby „Demokracja na krawędzi. Ameryka Franklina Delano Roosevelta” jest już w księgarniach. Prezentujemy wstęp i fragmenty samego początku.
 FDR Presidential Library & Museum/wikimedia commons

Jest 1933 rok, nad Stanami Zjednoczonymi zawisły czarne chmury…

Moją historię polityczną Stanów Zjednoczonych w XX wieku w naturalny sposób wyznaczają nazwiska kolejnych prezydentów. Czasem to postaci charyzmatyczne - jak Theodore Roosevelt czy T. Woodrow Wilson. Czasem przeciętne jak republikańscy szefowie państwa z lat 20. - choć w przypadku Herberta Hoovera można się zastanawiać, po której stronie go umieścić.

Doszliśmy do Franklina Delano Roosevelta. W obliczu kolejnych wyborów w 1936 roku powiedział on do swego doradcy Raymonda Moleya: „To ja jestem tematem tej kampanii i ludzie głosują za mną lub przeciw mnie”. Moley przypomniał to w „Newsweeku” na początku 1945 roku. Niedługo potem Roosevelt umarł, wybierany wcześniej czterokrotnie na prezydenta, choć tradycja ograniczała urzędowanie szefów państwa do dwóch kadencji.

Kiedy zszedł nagle z tego świata, Adolf Hitler i Joseph Goebbels tańczyli z radości, sądząc, że teraz USA wycofają się z wojny. Byli przekonani, że udział w niej to wyraz prywatnej woli Roosevelta. Oczywiście tak nie było, ale wiara w nieomal wszechmoc kalekiego nowojorczyka udzielała się wielu.

Podczas trwającego cztery miesiące interregnum Roosevelt odmawiał współpracy z poprzednikiem we wszystkich kwestiach

„Gdyby Roosevelt żył wiecznie, ciągle wygrywałby wybory, a my bylibyśmy w beznadziejnej sytuacji” - dał się ponieść fantazji w tym samym 1945 roku republikański senator i syn dawnego prezydenta Robert Taft. Może przesadzał. Ale przez dziesięciolecia Amerykanie istotnie musieli być - w różnych sprawach - za nim lub przeciw niemu.

A my? Inni amerykańscy prezydenci tamtych czasów nie budzą naszych emocji, może poza Wilsonem, który upomniał się o polską niepodległość (aczkolwiek osobiście nie był Polakom szczególnie życzliwy). Tego Roosevelta Polacy na ogół nie lubią i mają powód - obojętność na losy Polski podczas wojny światowej. A często idą dalej. W jego ugodowości wobec Stalina widzą konsekwencję całej jego polityki, także międzywojennej i nawet tej wewnętrznej. Wielu przedstawicieli polskiej elity kupiło wizję najbardziej zacietrzewionej republikańskiej opozycji - infiltracji jego Nowego Ładu przez komunistyczny spisek.

Książka Piotra Zaremby „Demokracja na krawędzi. Ameryka Franklina Delano Roosevelta” jest już w księgarniach. Prezentujemy wstęp i fragmenty samego początku. mat. wydawnictwa Neriton

Co więcej, choć polska prawica jest coraz bardziej skłonna do przyznawania przemożnej roli państwu kosztem jednostki i wolnej przedsiębiorczości, to gdy mowa o Ameryce, bywa, że broni wciąż racji środowisk krystalicznie wolnorynkowych. Z tej perspektywy kupuje teorie o New Dealu jako nieudanym eksperymencie, choć poszczególne jego elementy, przy innym punkcie wyjścia, przypominają to, do czego doszedł obecny obóz rządowy w Polsce.

Dodajmy, że ziarno prawdy można znaleźć i w komunistycznym spisku w rządowych agendach w Waszyngtonie, i w pytaniach o etatystyczne przegięcia Nowego Ładu. A zarazem republikańska opowieść, w której praktycznie nie ma wielkiego kryzysu podważającego wiarę w logikę kapitalizmu, to czysta propaganda. Jest w tej narracji budżetowy deficyt, rosnący dług i uzależnienie milionów ludzi od państwowej pomocy, ale nie są one następstwem potężnej depresji, a produktem lewicowej ideologii, a może politycznego manipulatorstwa tej jednej postaci.

Tymczasem czy to się nam podoba czy nie, Roosevelt i ożywił gospodarkę po kilku latach totalnej beznadziei, i zmienił nawyki Amerykanów w kierunku większej wspólnotowości - co dziś też jest ważnym tematem światowej i polskiej debaty. Podobnie zresztą jak inne dylematy. Jego wojna z Sądem Najwyższym znakomicie pasuje do współczesnych dyskusji o rządach sędziów ponad demokratyczną wolą społeczeństwa.

Zanim rzucimy w niego kamieniem, zapoznajmy się z faktami i z całą tą arcyciekawą epoką. Tylko czy możemy spojrzeć spokojnie na kogoś, kto tak źle nam się kojarzy? I kto -uczciwie mówiąc - nie bardzo daje się lubić? Ale przecież nie ma historii bez komplikacji.

Jej częścią jest też sposób, w jaki wprowadził Amerykanów w politykę światową i w wielką wojnę. I znów - jednym problemem jest to, czy prowadził politykę bezbłędną. Z pewnością nie - bywała ona nie tylko cyniczna, ale momentami ślepa. Inną zaś sprawą jest proste spostrzeżenie, że to właśnie on zaczął realizować aspiracje Ameryki do bycia mocarstwem.

Inauguracja na krawędzi

Jak napisał obrazowo William Leuchtenburg, kronikarz czasów Roosevelta, 4 marca 1933 roku nawet kaniony wielkich gmachów amerykańskiej finansjery w Nowym Jorku pogrążyły się w złowieszczym milczeniu. Tego dnia Richard Whitney, prezes giełdy nowojorskiej, ogłosił, że zawiesza czasowo jej działanie.

Dzień wcześniej nowy gubernator Nowego Jorku, demokrata Herbert H. Lehman zarządził także czasowe zawieszenie działalności wszystkich banków na terenie swojego stanu. Od listopada 1932 roku zrobili to gubernatorzy 38 stanów (na 48), choć niektórzy wycofywali się ze swoich decyzji. Mieli nadzieję, że panika bankowa, masowe wycofywanie wkładów przez przerażonych obywateli, ustanie, a nie uważali, że ich władza sięga tak daleko, by mogli dyktować prywatnym instytucjom, co mają robić.

Banki padały, bo zgodnie z logiką trwającej od trzech i pół roku depresji zadłużone przedsiębiorstwa i farmy nie były w stanie się wypłacić. Na przykład w Michigan główne domy bankowe były sparaliżowane kompletnym krachem przemysłu samochodowego. Pewne środki zaradcze, jakie podjął poprzedni prezydent, republikanin Herbert C. Hoover, wydawały się działać. Rządowa Reconstruction Finance Corporation podtrzymała ileś tam zagrożonych banków, a liberalizacja kredytu i rządowe pożyczki dla stanów odrobinę ożywiły koniunkturę. Podczas kampanii wyborczej latem i jesienią 1932 roku ceny akcji lekko wzrosły, bezrobocie lekko spadło. Jednak katastrofa wróciła - z impetem domina. Na początku 1933 bez pracy pozostawało blisko 20 milionów Amerykanów - ponad jedna czwarta siły roboczej. (…)

Tego dnia, gdy prezes Whitney zamykał nowojorską giełdę, w Waszyngtonie władzę obejmował 51-letni Franklin Delano Roosevelt. W czerwcu 1932 roku wygrał demokratyczną nominację jako polityk ze wschodniego wybrzeża, który łatwo przekonał do siebie delegatów ze stanów zachodnich i południowych. I jako człowiek, który potrafił przekonać innych, że jeśli nawet nie ma recepty na walkę z kryzysem, to ma wystarczające pokłady energii i optymizmu. To dzięki temu pokonał w wyścigu do nominacji starszego o 9 lat poprzednika na urzędzie gubernatora Nowego Jorku Alfreda E. Smitha, a znów innego konkurenta, Teksańczyka Johna Nance Garnera przeciągnął na swoją stronę, oferując mu start na wiceprezydenta. I dzięki temu rozgromił w listopadzie Herberta Hoovera. Zdobył większość we wszystkich stanach z wyjątkiem sześciu.

Dopiero co, 15 lutego 1933 roku, o mało nie zabił go włoski robotnik Joseph Zangara. Dziś coraz częściej twierdzi się, że zamachowcowi chodziło tylko o burmistrza Chicago Anthony’ego Cermaka (który wówczas zginął, o czym szerzej w poprzednim tomie). Gdyby Zangara zabił nowego prezydenta, choćby i przypadkiem, kraj stanąłby wobec kryzysu konstytucyjnego. Amerykanie nie zapisali w swojej zwięzłej konstytucji, co ma się stać, gdy życie straci elekt. Czy władzę przejmuje wybrany z nim wiceprezydent? Był nim stary wyga Garner, ale on nie pełnił jeszcze nowego urzędu. A może wybory powinny zostać powtórzone? Tyle że konstytucja podawała terminy elekcji i nie przewidywała ich przesuwania.

Czy jednak Amerykanie wiedzieliby, kogo stracili? Świętowanie jego zwycięstwa w stolicy miało się odbywać w szczególnych okolicznościach - nieomal żałoby. Roosevelt obawiał się wrażenia zbyt dużej pompy. Wymusili to na nim demokraci. Ta partia wracała do władzy po 12 latach przerwy.

Jeśli brać pod uwagę okres po Wojnie Secesyjnej, ich politycy zasiadali w Białym Domu zaledwie przez 16 lat na 72 - Grover Cleveland i Woodrow Wilson, każdy po dwie kadencje. To republikanie uchodzili za prawdziwych gospodarzy tego kraju, zawdzięczając przewagę nie tylko pieniądzom od biznesu, ale też potędze tradycji, która kazała popierać ich w stanach północnych również farmerom czy pracownikom. Tę przewagę złamała dopiero depresja, a i to nie do końca. Hoover zwyciężył w Pensylwanii - stanie konserwatywnym, jankeskim, gdzie jedna trzecia ludzi nie miała pracy.

Niemniej siły tradycji nie wystarczyło. Na twarzy Herberta Clarka Hoovera jadącego autem ze zwycięskim rywalem wydarzenia wypisały poczucie klęski.

Ten 59-letni inżynier górnictwa i milioner był nie tylko promotorem prosperity, lecz także jej ideologiem - autorem książki „Amerykański indywidualizm”, w której opowiadał się za niskimi podatkami i nieskrępowaną przedsiębiorczością, wspomaganą przez państwo, ale tylko pośrednio. Jako szef Departamentu Handlu w ekipach Hardinga i Coolidge’a opracował naukowe metody rozpoznawania światowych rynków i kierowania na nie amerykańskich biznesmenów. Dopuszczał takie formy państwowej aktywności jak wspieranie lotnictwa czy floty handlowej, zasypywał biznesmenów informacjami, które ułatwiały im działalność, promował nowinki. Nieprzypadkowo to on pojawił się jako jeden z pierwszych na ekranie eksperymentalnego telewizora.

W kampanii wyborczej 1928 roku pokonał demokratycznego gubernatora Nowego Jorku Alfreda Smitha, który miał nieszczęście być katolikiem i oponentem prohibicji, czym zraził wciąż bogobojną, protestancką prowincję. Ale choć ta kampania jawiła się jako kulturowe starcie różnych Ameryk, to decydująca okazała się złożona przez Hoovera obietnica ostatecznego rozwiązania kwestii biedy i bezrobocia. „Tam, gdzie Theodore Roosevelt albo Wilson apelowali czy modlili się, tam Hoover planuje” - zachwycała się wkrótce po jego wyborze komentatorka Anne O’Hare McCormick.

Jednak kryzys stał się dla Hoovera - bez wątpienia lepiej przygotowanego do rządzenia niż Roosevelt - politycznym grobem i źródłem męki. Nie był zwolennikiem bierności rządu federalnego (tym różnił się od Coolidge’a, nazywającego go ironicznie „cudownym chłopcem”), ale omnipotencja państwowej machiny przerażała go bardziej niż bezradność wobec kaprysów koniunktury. W walce z kryzysem próbował różnych metod: od obniżania podatków do ich drastycznego podniesienia, od sztywnej polityki monetarnej po łatwiejszy kredyt. Zgodził się nawet na eksperymenty rewolucyjne, takie jak powołanie w 1932 roku wspomnianej już RFC, czyli publicznej korporacji ratującej pożyczkami prywatne banki, albo wprowadzenie ustawy po raz pierwszy pozwalającej pożyczać stanom pieniądze na organizowanie robót publicznych.

Wszystko to zbyt mało i zbyt późno. Hoover zrobił z minimalizmu cnotę, uznając zwolenników bardziej radykalnych rozwiązań za rewolucjonistów. Co więcej, choć narzekał na psychologiczne źródła kryzysu, problemem stała się jego własna psychika. Mimo że wykazał się przed laty talentami marketingowymi (podczas pierwszej wojny światowej jako szef administracji żywnościowej skutecznie apelował do Amerykanów o oszczędzanie jedzenia), to jego natura, nieco aroganckiego samotnika, sprawdzała się w czasach pomyślności. Trudności wpychały go w pesymizm i depresję.

Tego dnia, gdy Whitney zamykał nowojorską giełdę, w Waszyngtonie władzę obejmował51-letni Franklin Delano Roosevelt

Nie rozumiejąc, dlaczego kryzys nie kończy się tak jak poprzednie, w pamiętnikach zaczął tłumaczyć niepowodzenia spiskiem demokratów - choć ci nie zwalczali go tak mocno jak mogli - i progresywnego skrzydła własnej partii. Co gorsza, nie potrafił zaprezentować optymistycznego oblicza zwykłym Amerykanom. Stał się przedmiotem brutalnych żartów, miasteczka dla bezdomnych zaczęto nazywać „Hooverville”, a w kabaretach furorę robił dowcip: „Podobno kryzys ma się skończyć. Czyżby Hoover umarł?”. Odpłacał opinii publicznej coraz większym zamknięciem się w sobie. Jego największy błąd, rozpędzenie przy pomocy wojska w czerwcu 1932 roku pikietujących stolicę weteranów wojny światowej, wynikł z zatraty społecznego słuchu.

Przegrany, utwierdził się w przekonaniu, że jego zwycięzca to niebezpieczny radykał. Kampania nie potwierdzała tego. Owszem, Roosevelt zarzucał Hooverowi brak pomysłów na wyjście z kryzysu, ale potrafił jednym tchem piętnować go za bierność wobec bezrobocia i za szastanie pieniędzmi. Bazował na jednym: republikanie przedstawiali się jako ojcowie prosperity. Teraz nie sposób ich było oddzielić od depresji.

Republikanin wmawiał sobie, że lada moment wyciągnąłby Amerykę z kłopotów, gdyby nie zniesławiające ataki i mylące obietnice rywala. Podczas inauguracji prezentował się jako człowiek ponury i nieszczęśliwy. Po wspólnym przejeździe z Rooseveltem z Białego Domu na Kapitol śpiesznie opuścił Waszyngton. Progi Białego Domu miał przekroczyć ponownie dopiero w 1945 roku, po śmierci znienawidzonego „uzurpatora”. Nawet jego sekretarz stanu Henry Stimson, człowiek przytomny i pełen dystansu wobec partyjnej polityki, opisywał zmianę warty jako „zwycięstwo bezwartościowego elementu”.

Z tym większym triumfem czołowi demokratyczni politycy paradowali po głównej ulicy Waszyngtonu w odkrytych samochodach, gdzie tłum rozpoznawał ich i witał owacjami. Szczególnie zabawnym momentem ceremonii była scena, gdy grupka Murzynów popierających demokratycznego prezydenta przetoczyła środkiem Pennsylvania Avenue… kosiarkę. To kpina z ponurej zapowiedzi Hoovera z czasów kampanii, że kiedy jego rywal zrealizuje swój program (chodziło akurat o obniżkę ceł), ulice miast zarosną trawą.

Podczas trwającego cztery miesiące interregnum Roosevelt odmawiał współpracy z poprzednikiem nie tylko w sprawie międzynarodowej konferencji ekonomicznej, która miała załatwić sprawę zadłużenia ciążącego nad światem, ale nawet w kwestii walki z kryzysem bankowym. Hoover miał świadomość, że to rząd federalny powinien coś zrobić, aby mu zapobiec, ale zgodnie ze swą wizją państwa bał się, że naruszy konstytucję.

W rezultacie nowy prezydent stanął do przysięgi przed prezesem Sądu Najwyższego Charlesem Evansem Hughesem z czystą kartą. Po raz ostatni kadencja szefa państwa i Kongresu rozpoczynała się w marcu, a nie w styczniu. Podczas długiego interregnum Roosevelt zdołał ukryć większość swoich planów, możliwe zresztą, że sam ich nie znał.

Doszło do tego, że senator Thomas Connally z Teksasu, który za kilka lat będzie się buntował z pozycji konserwatywnych, teraz narzekał, iż prezydent-elekt jest za bardzo zapatrzony w wizję zrównoważonego budżetu, a za mało myśli o prostym człowieku. Jeszcze bardziej denerwował się senator Huey Long z Luizjany, który łączył pozę klowna z radykalną demagogią socjalną. Long, który poparł Roosevelta podczas kampanii, ale szybko stygł w entuzjazmie, opowiadał: „Przychodzę do niego, a on mówi mi: tak, tak. Ale potem przychodzi Joe Robinson i jemu też mówi: tak, tak”.

Bo Franklin Delano Roosevelt zbudował karierę raczej na braku wyrazistości niż na klarownym przesłaniu. Syn arystokracji w amerykańskim znaczeniu tego słowa, absolwent Harvardu i kuzyn republikańskiego prezydenta Theodore’a Roosevelta, zarówno na stanowisku podsekretarza floty w administracji Wilsona, jak i potem w roli kandydata na wiceprezydenta w demokratycznym tickecie w 1920 roku był gładkim, młodym politykiem czekającym na okazję.

Amerykanie dzielili się ponad granicami partyjnymi na konserwatystów mocniej akcentujących obronę własności i prawa kapitału, oraz progresistów mówiących więcej o odpowiedzialności władzy publicznej za wspólne dobro. Wielu prezentowało mieszane recepty lub chwiało się ze strony na stronę. Roosevelt chwiał się w wielu kwestiach. Owszem, po wyborach 1924 roku zachęcał demokratów, aby przyjęli progresywny kurs, ale jako gubernator Nowego Jorku prowadził dość konwencjonalną politykę, mówiąc swoim wyborcom jeszcze w 1930 roku: unikajcie zasiłków. Zaangażowany w obronę Ligi Narodów i internacjonalizmu, porzucił ten temat przed kampanią 1932 roku, uznając, że mu się on nie opłaca. Dodawano do tego tolerowanie korupcji, choćby burmistrza miasta Nowy Jork, Jima Walkera.

Wiele gazet przyjęło jego nominację jako triumf oportunisty, „nowego Buchanana” - co było nawiązaniem do słabego szefa państwa, który nie przeciwdziałał wojnie secesyjnej. Walter Lippmann, jeden z najbardziej znanych komentatorów, kwalifikował go jako „sympatycznego człowieka bez żadnych kwalifikacji, który bardzo chciałby być prezydentem”. Nieokreślona, choć zręczna kampania, podczas której nawet w sprawie ewentualnej obniżki ceł Roosevelt zajmował różne stanowiska, zdawała się potwierdzać schemat człowieka bez drogowskazów.

POLECAMY:

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3