Flis: Te wybory są nieprzewidywalne, bo Polacy dezinformują ankieterów

Redakcja
Andrej Banaś / Polskapresse
- Polacy nie ufają sondażowniom. A im mają więcej powodów, by im nie ufać, tym to zjawisko jest głębsze. A z kolei brak zaufania przekłada się na nieprecyzyjne sondaże. W ten sposób krąg się zamyka. Właśnie to w dużej mierze wpływa na niedokładność prognoz wyborczych - mówi dr Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w rozmowie z Agatonem Kozińskim

Tegoroczne sondaże podają wyjątkowo sprzeczne ze sobą przewidywania wyników wyborów parlamentarnych. Jak wyjaśnić przyczyny tego chaosu?
Ten chaos w dużej mierze bierze się stąd, że część respondentów nie przyznaje się do swoich preferencji politycznych. Dotyczy to przede wszystkim wyborców PiS i SLD. Proszę pamiętać, że ankieterami najczęściej są ludzie młodzi, studenci. Gdy ktoś taki przeprowadza badanie przez telefon, to respondent po głosie od razu rozpoznaje młodą osobę. Zakłada, zgodnie z obowiązującym stereotypem, że jest to wyborca Platformy, więc sam wstydzi się przyznać w rozmowie, że popiera inne ugrupowanie. Właśnie ten mechanizm sprawia, że tak trudno ocenić prawdziwą wysokość poparcia dla poszczególnych partii. W sondażach regularnie prowadzi Platforma, a zwolennicy PiS w internecie wypisują, że wyniki badań są fałszowane, żeby zdołować osoby popierające Jarosława Kaczyńskiego.

Czytaj też:Prof. Markowski: Platforma może być niedoszacowana w sondażach

Czy można w jakiś sposób skorygować te zafałszowane wyniki?
Właśnie w tym miejscu ukryty jest kolejny problem. Pewna część ankietowanych odmawia odpowiedzi na pytania. Wtedy, by uzupełnić wynik, badacze zaczynają je korygować. Takiego doszacowania dokonuje się na podstawie porównania z wynikami z poprzedniego badania. Tyle że uzupełnianie ich w ten sposób sprawia, że uzyskujemy wyniki spóźnione o jeden cykl - siłą rzeczy więc nie da się w nich wychwycić aktualnych trendów, zmian, jakie zaszły pomiędzy dwoma badaniami. Modelowym przykładem zgubności tej metody są badania nieistniejącego już ośrodka Polska Grupa Badawcza. Ta grupa swego czasu tak skorygowała niedoszacowane jej zdaniem poparcie dla PiS, że wyszło jej, że na tę partię głosować chce ponad 40 proc. Polaków, tymczasem w rzeczywistości poparło ją niewiele ponad 30 proc.

Czytaj też:Kaczyński: Mamy sondaż, w którym PiS prowadzi. To nie pierwszy raz

Jak wyjaśnić te błędy i chaos, nie zagłębiając się w kuchnię badań. Winne temu są ośrodki badające opinię, interpretatorzy? A może sami Polacy, którzy zwyczajnie oszukują ankieterów?
Polacy nie ufają sondażowniom. A im mają więcej powodów, by im nie ufać, tym to zjawisko jest głębsze. A z kolei brak zaufania przekłada się na nieprecyzyjne sondaże. W ten sposób krąg się zamyka. Właśnie to w dużej mierze wpływa na prognozy wyborcze. Przecież nie można na ich podstawie nawet dokładnie określić, ile osób weźmie udział w wyborach - a bez dokładnego określenia frekwencji inne szacunki biorą w łeb.

Czytaj też:Nowe sondaże: SLD traci, Ruch Palikota wyprzedza PSL, PJN tuż pod progiem

Niedawno wychwycił to CBOS. Jego badanie wykazało, że 61 proc. Polaków chce wziąć udział w głosowaniu - ale ośrodek podkreślił w komentarzu, że przy poprzednich wyborach różnica między deklarowaną a faktyczną frekwencją wynosiła 17 proc. To by wskazywało na to, że teraz do urn pójdzie 44 proc. Polaków.
Ale na jakiej podstawie zakłada pan, że teraz Polacy zachowają się tak samo jak cztery lata temu? Akurat w tym roku mam wrażenie, że od razu więcej osób twierdzi, że nie pójdzie głosować, niż w 2007 r. Wtedy spór polityczny był dużo gorętszy, więc i więcej osób angażowało się w politykę i deklarowało gotowość głosowania. Gdy jednak nadszedł dzień wyborów, okazało się, że duża część tych deklaracji była typowym słomianym zapałem. Ale ten scenariusz wcale nie musi się powtórzyć teraz. Na pewno zagłosuje mniej osób, niż deklaruje - ale wcale nie musi to znaczyć, że frekwencja będzie tak niska, jak to wynika z porównania z wcześniejszymi latami. Tym bardziej że trzeba pamiętać o jeszcze jednym czynniku, który ma duży wpływ i na frekwencję, i na wynik wyborczy, a którego sondaże nie mają szans wychwycić.

Czytaj też:Flis: Nie z każdego można zrobić lidera. Tusk ma dryg do komunikacji
To znaczy?
Uogólniając, wyborcy dzielą się na dwa typy - jedni utożsamiają się z partią, a drudzy z poszczególnym kandydatem. Innymi słowy, pierwsi głosują na podstawie informacji, jakie dostarczają im media, a drudzy dlatego, że znają polityka, którego mają zamiar poprzeć. Ten drugi typ głosowania całkowicie wymyka się z badań ankietowych. Właśnie to sprawia, że wyniki PSL są zawsze w sondażach niedoszacowane. Wyborcy ludowców nie głosują na Waldemara Pawlaka, tylko na lokalnych działaczy tej partii, których spotykają na co dzień. Ale podobnych wyborców mają wszystkie partie - i to jest kolejne utrudnienie dla sondażowni.

Czytaj też:Prof. Markowski: Platforma może być niedoszacowana w sondażach

Z sondaży dają się wyczytać dwa trendy. Pierwszy - zmniejsza się różnica w poparciu między PO a PiS. Drugi - Ruch Palikota dogania SLD. Na ile te sondażowe trendy są odbiciem rzeczywistości?
Wygląda na to, że i w jednym, i drugim przypadku wygląda na to, że sondaże pokazują prawdziwe preferencje wyborcze. Wcześniej Jarosław Kaczyński pozwalał Donaldowi Tuskowi trwać na pozycji obrońcy normalności. Sam podkreślał, że sytuacja jest nienormalna, szef PO z nim się nie zgadzał i to dawało mu dużą przewagę w sondażach. Natomiast teraz prezes PiS zaczął się zachowywać jako normalny, przewidywalny przywódca opozycji, który podkreśla, że trzeba zmienić rządzących, gdyż ci nie radzą sobie z kierowaniem państwem. Dalej ich oskarża o wiele grzechów - ale są to grzechy pospolite, nie śmiertelne. W ten sposób jednak Platforma nie może się ustawiać w pozycji obrońcy normalności. Tę strategię Kaczyński przetestował podczas ostatnich wyborów prezydenckich i okazała się ona dość skuteczna, dlatego teraz ją powtarza. I teraz pytanie, czy ona się znów sprawdzi, czy wtedy był to jego łabędzi śpiew.

Czytaj też:Kaczyński: Mamy sondaż, w którym PiS prowadzi. To nie pierwszy raz

Czyli wystarczy, żeby Jarosław Kaczyński zaczął się jawić jako polityk starszo-średniego pokolenia - by użyć jego retoryki sprzed roku - by słupki poparcia natychmiast wystrzeliły mu w górę? Przecież PiS bardzo długo nie zachowywał się jak typowa partia opozycyjna, której rolą jest kontrola działań rządu, zaczęła dopiero w ostatnich kilku tygodniach. Naprawdę to wystarczy?
Nie wiem - i tego nie dowiemy się przed 9 października, bowiem sondaże dają sprzeczny obraz. Sytuacja jest cały czas dynamiczna. Ciągle nie wiadomo, na ile skutecznie PiS mobilizuje osoby niezadowolone z rządów PO. Poza tym tę partię premiuje niska frekwencja. Gdyby sytuacja ułożyła się dla niej korzystnie, to temu ugrupowaniu wystarczy niecały elektorat, który poparł Jarosława Kaczyńskiego w pierwszej turze wyborów prezydenckich, by zdobyć samodzielną większość w Sejmie. Takie rozwiązanie też nie jest wykluczone. W wyborach prezydenckich prezes PiS zdobył 6 mln głosów. Jeśli na PO zagłosuje 4,5 mln Polaków, a pozostałe głosy się podzielą pomiędzy pozostałe partie, to taki wynik daje 232 mandaty dla PiS. Wiem, że są niewielkie szanse na taki scenariusz, ale też nie można go całkowicie wykluczyć - zwłaszcza w sytuacji, gdy frekwencja wyborcza jest tak niepewna. Trzeba pamiętać, jak ona się zmieniała pomiędzy 2005 a 2007 r. W ciągu tych dwóch lat wzrosła ona o 4 mln głosujących, czyli o jedną trzecią. Teraz pytanie, na ile te cztery miliony nowych wyborców chce głosować także teraz. Wygląda na to, że tak - ale tak naprawdę przekonamy się o tym dopiero 9 października.

Czytaj też:Flis: Nie z każdego można zrobić lidera. Tusk ma dryg do komunikacji
PiS swoje poparcie buduje w małych ośrodkach, miejscach, do których nie docierają wyniki sondaży, na które nie mają wpływu media centralne. Czy można w jakiś sposób oszacować, na ile wynik tej partii jest niedoszacowany?
Na pewno zgubne jest zapatrzenie mediów na Warszawę. One zgodnie uważają, że ciekawe rzeczy dzieją się tylko w stolicy, podczas gdy rzeczywistość jest zgoła odmienna. Przecież 95 proc. wyborców PO nie mieszka w Warszawie. Wybory wygrywa się tak naprawdę w niewielkich miejscowościach. Nie wiedział tego chyba tylko Andrzej Olechowski, który jeździł wyłączenie po dużych ośrodkach, wychodząc z założenia, że inne są poniżej jego godności. Ale wybory wygrywa się w powiatach.

Czytaj też:Prof. Markowski: Platforma może być niedoszacowana w sondażach

Premier, wsiadając do tuskobusu i jadąc do miast powiatowych, uratował zwycięstwo PO w tych wyborach? Czy zrobił tylko show dla telewizji, które z detalami transmitowały jego podróż?
W podobną trasę wyruszył premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown. Ale podczas spotkań powiedział kilka słów za dużo, mikrofony telewizyjne to wychwyciły i w ten sposób pogrzebał szanse Partii Pracy na wyborczy sukces. Ten przykład dowodzi, że podróż Tuska należy do wypraw podwyższonego ryzyka. W dodatku wcale nie ma pewności, czy przyniesie efekt. Na pewno byłaby bardziej skuteczna, gdyby premier wyruszył pół roku temu, wtedy wyglądałoby to bardziej wiarygodnie. Choć jedno nie ulega wątpliwości: lepiej prowadzić taką kampanię, niż jej nie prowadzić.

Podjąłby się Pan prognozy wyniku wyborów?
Nie. Jest on całkowicie nieprzewidywalny. Cały czas możliwy jest każdy scenariusz - począwszy od tego, że PO obejmie samodzielnie władzę po wyborach, aż po możliwość objęcia rządów tylko przez PiS. Przecież w 2007 r. wynik słabszy o 2,5 proc. sprawiłby, że PO i PSL nie stworzyłyby rządu. Naprawdę każde rozstrzygnięcie jest możliwe.

Czytaj też:Kaczyński: Mamy sondaż, w którym PiS prowadzi. To nie pierwszy raz

A czy można przewidzieć, jakie wyniki osiągną mniejsze partie? Czy Ruch Janusza Palikota może rzeczywiście wyprzedzić SLD?
Wszystko wskazuje na to, że ugrupowanie Palikota wzmocniło się kosztem Sojuszu. SLD w ostatnich miesiącach zajmował się głównie gierkami wewnątrz partii, wzajemnym podgryzaniem się. Partia zachowywała się tak, jakby była pewna, że będzie rozdawać karty w nowym Sejmie, postanowiła przygotować się do tego już teraz - tym bardziej że na Palikocie wszyscy już wcześniej postawili kreskę. Tymczasem on wykorzystał brak aktywności, letarg głównych partii, swoimi wygłupami skupił na sobie uwagę i w ten sposób przekroczył masę krytyczną. Pytanie, czy jego wzrost w sondażach rzeczywiście przełoży się na głosy 9 października. Zaskoczeniem dla niego nie będzie ani 9 proc. poparcia, ani 3 proc. Tak samo trudno ocenić, ile głosów dostanie Sojusz - tyle że on porusza się w widełkach między 9 a 13 proc.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Czytaj też:Flis: Nie z każdego można zrobić lidera. Tusk ma dryg do komunikacji

Wideo

Dodaj ogłoszenie