„Fizycy” w Akademii Teatralnej. Bardzo czarna komedia i ważna metafora. Sukces

Piotr Zaremba
od lewej Bartosz Bednarski (Einstein), Mariusz Urbaniec (Murillo), Piotr Kramer (Möbius), Sebastian Figat (Sievers), Jędrzej Hycnar (Newton) Materiały prasowe/ fot. Bartek Warzecha
- Przekonałem się, że Akademia Teatralna dalej wykonuje dobrze swoją robotę – powiedział do mnie znajomy. Zabrałem go na „Fizyków” Friedricha Dürrenmatta, spektakl Teatru Collegium Nobilium prowadzonego przez AT.

To przedstawienie dyplomowe czwartego roku studentów aktorstwa. Reżyserował Marcin Hycnar, wybitny aktor, a ostatnio dyrektor teatru w Tarnowie. O tym roku czwartym pisałem już kilka razy, niezmiennie w pochlebnym tonie. Teraz także mój znajomy zobaczył, jak sprawnie przygotowano ich do zawodu.

Ale zacząć wypada od czegoś innego, od wyboru samego tekstu. W latach 60. polskie elity intelektualne były zafascynowane Dürrenmattem, jego poczuciem humoru i jego moralistyką. Opieczętowano go bezpieczną w czasach PRL formułką krytyka mieszczańskich społeczeństw i delektowano się jego naprawdę dobrymi tekstami.

Premiera polska „Fizyków” to przedstawienie Ludwika Rene w warszawskim Teatrze Dramatycznym – styczeń 1963. Kto dziś pamięta takich wielkich aktorów jak Jan Świderski (Möbius), Wanda Łuczycka (doktor Matylda von Zahnd) czy Edmund Fetting (Newton), ba jedno z dzieci Möbiusa zagrał Wojciech Pokora.

Potem posypały się przedstawienia w całej Polsce. W latach późniejszych to teatralne objawienie, na początku czarna komedia zmieniająca się w polityczny dramat, funkcjonowało już rzadziej, ale czasem wracało. Po raz ostatni w Częstochowie w roku 1992. Po tej dacie głucha cisza.

Po premierze Hycnar był zadowolony ze swego odkrycia. Podzielam tę radość. Zacznijmy od walorów czysto teatralnych. Dla studentów aktorstwa to znakomity materiał ćwiczebny, dobrze napisany literacki tekst, zmieniające się konwencje, sensacja od razu podszyta groteskowym przerysowaniem, sporo czarnego humoru, wreszcie zaś starcie idei i postaw, całkiem już serio. Dla widzów to z kolei świetna rozrywka.

Ale jest coś więcej. Na pierwszy rzut oka tekst trochę trąci myszką. Nie zdradzając wiele z fabuły (choć każdy może ją znaleźć w internecie), dotyczy ona czasów rywalizacji mocarstw, kiedy to wiele rozprawiano o odpowiedzialności ludzi nauki także za rzeczy straszne, zagrożenia nieokiełznanym technicznym postępem, za zbrojenia. Dürrenmatt jawi się tu jako wrażliwy, globalny „symetrysta”, z którą to postawą ja akurat się nie zgadzam, choć pewne wymiary owego „symetryzmu” w kategoriach moralnych doskonale rozumiem. Tak czy inaczej tą tematyką buzował wtedy co drugi film. Dziś ona nadal jest obecna, ale prezentowana w mocno innej konwencji i realiach. I – co tu dużo mówić – po drodze zbanalizowana.

No tak, tylko mam wrażenie, że pan reżyser zaproponował nam zabawę pod tytułem: cofnijcie się wstecz i sprawdźcie co tu jest aktualne. Finał przedstawił nam jako klasyczny moralitet, pytanie o odpowiedzialność każdego twórcy za swoje dzieło i swój talent. Od studentów usłyszałem, że odnosił te pytanie nawet do relacji między światem polityki i sztuki. A zarazem przy tak szerokim potraktowaniu metafory wystrzegał się wszelkiej łopatologicznej aktualizacji. To jest subtelne, lekkie jak pianka, pomimo groteskowych paroksyzmów akcji. Każdy sam musi dojść do tego, jak stosować nauki moralne Dürrenmatta.

Bardzo mi się takie podejście podoba, zwłaszcza w świecie teatru wykrzykującego ze sceny różne zaklęcia zbyt wprost. Przypomnienie o istnieniu cienkiej metafory to dziś niemal odkrycie. To też wyzwanie dla ludzi inteligentnych. Ba, to zachęta do rozmowy, refleksji. Jestem zwykle dobrego zdania o inscenizacjach aktorów, bo z reguły nie przesłaniają tekstu swoim ego, nawet jeśli uzupełnią go tu i ówdzie swoimi scenicznymi pomysłami. Potwierdza mi się to w pełni.

W pierwszym akcie wszystko rozwija się brawurowo, bez zdradzania ku czemu zmierzamy. Mamy oto czarną komedię w realiach luksusowego psychiatryka, sugerującą, że jest on odwzorowaniem szalonego świata. Czasem młodzi aktorzy szarżują, ale mam wrażenie, że to wszystko jest jednak zawieszone na bardzo elastycznej wyobraźni pisarza.

Można by to grać spokojniej, posępniej, bardziej aluzyjnie, zderzać absurd zdarzeń z realistyczną konwencją zachowania, ale to wybór równoprawny. Zresztą czasem wraca się i do takiego tonu. Imponujące wydają mi się niektóre sztuczki związane z wyzwaniami czysto technicznymi. Scena konfrontacji osadzonego w domu dla obłąkanych fizyka Möbiusa z jego dawną rodziną: byłą żoną, trójką dzieci i nowym mężem żony pastorem Rose, to mistrzostwo świata w kreowaniu klimatu absurdalnego szaleństwa scenicznym ruchem.

Akt drugi jest spokojniejszy i bardziej serio, zgodnie z tekstem. Gdzieś pod koniec do głosu dochodzi nawet odrobina patosu. Wszystko w świetnych dekoracjach Martyny Kander, która umie z puzzli psychiatrycznych gadżetów zbudować świat ani do końca realny, ani całkiem odrealniony. W rozmaitych szczegółach scenografii znajdujemy sporo świetnego dowcipu. Na koniec ów dowcip zmienia się w grozę.

Dla młodych aktorów był to eksperyment, bo do tej pory uczestniczyli w trochę innych spektaklach, bardziej opartych na improwizacji niż zamkniętej fabule. Tu grają każdy na trochę różnych instrumentach, ale to jest na ogół zamierzone. Boskiemu przerysowaniu jednych postaci towarzyszy względna powaga innych. A też niektóre postaci galopują od jednego stylu do innego. Czasem wynikają z tego pewne straty. Bywa, że się w tych przeskokach z konwencji w konwencję gubią. Ale na chwilę.

Nieco zbyt jednostajnie przerysowany wydał mi się, przy świetnych warunkach do tej roli, komisarz policji Michała Dąbrowskiego. Miał jednak dobre momenty, budował klimat. Także kluczowa postać tej sztuki, doktor Matylda, grana przez Elżbietę Nagel na początku jawiła mi się jako trochę nazbyt rozbrykana. A widziałem ją w świetnej roli o wiele starszej od siebie kobiety w „Ustawieniach ze świętymi czyli rozmowach obrazów” Agaty Dudy Gracz.

Finał mi to jednak wynagrodził. Doktor Matylda szalona to istny koncert Nagel. Drugiego dnia, na premierze równoległej tę samą postać grała Ina Maria Krawczyk. Ciekawe, czy skonstruowała ją inaczej. Dnia pierwszego była widoczna w dwóch udanych epizodach.

Dźwigający na swoich barkach główne przesłanie utworu tytułowi Fizycy: Piotr Kramer (Möbius), Jędrzej Hycnar (Newton) i Bartosz Bednarski (Einstein) stworzyli bardzo dojrzałe role. Hycnar zaczyna od lekkiego błaznowania, zgodnie jednak z tekstem, pozostali są bardziej serio. Wszyscy trzej rozumieją świetnie co grają, co nam chcą powiedzieć. Słuchamy ich coraz uważniej i śmiech więźnie nam w gardłach.

Ich dużą siłę przekazu uzupełnia Justyna Fabisiak jako siostra Monika. Ona też doskonale pojmuje, co znaczy zagrać role tragikomiczną, niby umowną (wszystko tu jest mocno umowne), a jednak niemal wzruszającą. To da się także powiedzieć o Monice Cieciorze, która przed rokiem zachwyciła mnie jako biologiczna, ekspansywna Goplana w świetnym spektaklu „Grając Balladynę” w reżyserii Jana Englerta. Tu jako Lina, była żona Möbiusa, nie zapomina o tym aby być postacią z różnych konwencji równocześnie: farsy, groteski, melodramatu.

Na koniec wielkie pochwały dla aktorów-ozdobników. Sebastian Figat gra aż trzy postaci: lekarza sądowego, syna Möbiusa i groźnego pielęgniarza Sieversa. W każdej z nich daje się zapamiętać, bo jest po prostu zabawny. Młodym aktorom najtrudniej wychodzą role komiczne. Tu egzamin zdany jest celująco.

Pytanie jaką ocenę powinienem w takim razie postawić Mariuszowi Urbańcowi. Jego dziwaczny, odrealniony misjonarz Rose to po prostu mistrzostwo świata absurdalnej karykatury. I potem jeszcze wytatuowany, nakrywający do stołu pielęgniarz Murillo. Jego hiszpańskie monologi, jego harce po scenie, tak, po to chodzimy do teatru aby nas w ten sposób czarowano. – Chciałbym żeby mnie tak ktoś nakrył do stołu na imprezie – skomentował wyczyny showmana inny znajomy, krytyk teatralny.

Na koniec uwaga ogólna. Mamy do czynienia z rokiem nie tylko zdolnym, ale piekielnie zróżnicowanym. Różne fizjonomie, postury, głosy, nie mam wrażenia sprzed kilku lat, że dobrano zbyt wiele postaci pod kątem seriali i reklam. Czuje się w nich pasję i przyjemność czerpaną z zabawy w teatr. To jest krzepiące. To są już świetni rzemieślnicy, w czym zasługa Akademii, a zarazem nie tylko rzemieślnicy. Powinni być z nich artyści pełną gębą. Spektakl oglądałem kilka metrów od 92-letniej Barbary Krafftówny i ona z pewnością potwierdzi poczucie ciągłości.

Trzeba też podziękować Marcinowi Przybylskiemu, opiekunowi ich roku. Czuje się więź tego znakomitego aktora, obecnego na premierze, z wychowankami. A Marcinowi Hycnarowi trzeba złożyć hołd za to, że i aktorów i nas rzucił na głęboką wodę czegoś nieoczywistego, stanowiącego także temat do pomyślenia.

Ponad połowa Polaków wierzy w przesądy. Od lat w te same.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

L
Lena

Cześć! Nazywam się Lena, mam 27 lat. Chcę znaleźć mężczyznę do intymnych spotkań i komunikacji. Z przyjemnością odpowiem wszystkim, napisz do mnie na stronie randkowej, oto moja strona - http://loveto.one/lena92

Dodaj ogłoszenie