"Financial Times" w rękach japońskich. Czy utrzyma renomę

    "Financial Times" w rękach japońskich. Czy utrzyma renomę

    Dominic O'Connell

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Globalne ambicje i prestiż "Financial Timesa" przyciągnęły japońską spółkę, która zapłaciła ogromne pieniądze za brytyjską gazetę. Snobistyczna i wpływowa gazeta jak magnes przyciąga na łamy przywódców świata
    W każdy czwartkowy wieczór metalowe wózki barowe z ciastkami i chromowanymi termosami z herbatą i kawą wjeżdżają do newsroomu "Financial Timesa" w Londynie.

    Wózki z ciastkami są pozostałością dawnych zwyczajów Fleet Street, jak symbolicznie określa się brytyjski przemysł prasowy, chociaż "FT" nigdy do końca nie był jego częścią. Przez lata, wraz z kurczącym się bogactwem tej branży, malała liczba i wielkość oferowanych ciastek. "Dzisiaj musisz być dość szybki, żeby załapać się na jakiś kawałek", mówi jeden z wieloletnich reporterów.

    W ubiegłym tygodniu uwagę dziennikarzy rozpraszało jednak co innego. Na kilka godzin przed wwiezieniem ciastek Pearson, wchodzący w skład indeksu FTSE 100 brytyjski gigant wydawniczy i właściciel "FT", zaskoczył pracowników, potwierdzając plotki, że finalizuje sprzedaż gazety. W redakcji wybuchły gorące spekulacje, kto będzie nabywcą; od dawna uważano, że zapewne będzie to Bloom-berg, wielka amerykańska spółka medialna specjalizująca się w informacjach biznesowych.
    Jednak tym razem dziennikarze "FT" uznali, że kupcem będzie raczej Axel Springer, koncern medialny z siedzibą w Berlinie, wydający bulwarówkę "Bild", która jest niemieckim odpowiednikiem brytyjskiego "The Sun".

    Serwis internetowy "FT" wrzucił tę historię na pierwszą stronę: wygląda na to, że Niemcy przejmą brytyjską gazetę. Dziennikarze żartowali na temat swojej znajomości niemieckiego - i przez moment byli bardzo blisko prawdy. Źródła zbliżone do negocjacji mówią, że szefowie Springera lecieli już do Londynu, aby sfinalizować transakcję, gdy japońska spółka medialna Nikkei w ostatniej chwili przebiła ich ofertę.

    O godzinie 15.13 Pearson ogłosił sprzedaż "FT" spółce Nikkei za 844 mln funtów, chociaż Pearson zatrzyma z tego trochę poniżej 700 mln, po wniesieniu 90 mln funtów do programu emerytalnego i po zapłaceniu 60 mln funtów podatku.

    Cena sprzedaży jest naprawdę duża - około 35 razy większa od ubiegłorocznych dochodów FT Group, według szacunków firmy konsultingowej Enders Analysis, a przedmiot sprzedaży nie obejmuje dwóch cennych składników aktywów: biur gazety nad brzegiem Tamizy oraz połowy udziałów w tygodniku "The Economist". Wczoraj Pearson potwierdził, że prowadzi odrębne rozmowy na temat sprzedaży udziałów w tym tygodniku. W ubiegłym roku "The Economist" wypłacił Pear-sonowi dywidendę w wysokości 21 mln funtów.

    Jeśli cena była zaskakująca, to podobnie niespodziewana była tożsamość nabywcy. Nikkei jest potentatem na swoim rynku krajowym, publikuje indeksy giełdowe i codzienną gazetę ekonomiczną, która ma ponad 3 mln subskrybentów. Jednak dotąd nie brał udziału w globalnym wyścigu mediów.

    Podobnie jak inne japońskie spółki próbujące wyjść poza pogrążony w stagnacji rynek krajowy - japońska firma reklamowa Dentsu kupiła brytyjską agencję marketingową Aegis, a koncern Toshiba nabył należącą do Brytyjczyków spółkę Westinghouse, działającą w branży energetyki jądrowej - spółka Nikkei szukała marki, która wyniosłaby ją na rynek międzynarodowy.
    Pracownicy "FT" byli całkowicie zdumieni. Zebrano ich pospiesznie w newsroomie, gdzie wysłuchali wyjaśnień dotyczących transakcji od redaktora naczelnego Lionela Barbera.

    Niektórzy w duchu odczuli ulgę; obawiali się, że Axel Springer lub Bloomberg mógłby szybko zburzyć nieco uczelniany, akademicki świat "FT" i wprowadzić bardziej bezwzględną kulturę. W piątek rano zaczęto już żartować na temat przejęcia; Paul Murphy, doświadczony dziennikarz prowadzący serwis Alphaville na stronie ft.com, przywitał czytelników ciągiem japońskich znaków kanji - dzień dobry, jak się macie?

    Jak to często bywa w przypadku gazet, pojawiły się pewne zbiegi okoliczności, które wskazują, że niektórzy w redakcji mogli wiedzieć więcej o tym, co się kroi, niż otwarcie mówili. W czwartek na pierwszej stronie gazety znalazła się zapowiedź dużego artykułu w środku: "Bez paniki - Jak dodać otuchy swoim pracownikom w momencie dużej zmiany".
    W marcu Lionel Barber przeprowadzał wywiad z premierem Chin Li Keqiangiem. "Panie premierze", zaczął Barber, według zapisu tej rozmowy, który ciągle jest dostępny na stronie internetowej "FT", "bardzo się cieszę, że jestem znowu w Pekinie i możemy wznowić nasz strategiczny dialog".
    Ten ton dobrze oddaje szczególny charakter "Financial Timesa". To gazeta, która traktuje siebie bardzo serio, jest tak ambitna i wzniosła, że czasami ociera się o snobizm - ale ma autentycznie globalne wpływy, do tego stopnia, że światowi liderzy zabiegają o to, by pojawić się na jej stronach.
    "FT" zaczął swój żywot na znacznie mniejszej scenie. Powstała w 1888 roku, aby donosić o sytuacji na wiktoriańskich rynkach finansowych, a pięć lat później zaczęła być wydawana na charakterystycznym łososiowym papierze, aby zaoszczędzić na kosztach druku. "Gazeta finansowa dla londyńskiego City z mottem: »Bez lęku i bez faworyzowania«, zawsze będzie miała rację bytu", napisano na pierwszej stronie pierwszego numeru. W drugim tekście wytknięto konkurencyjnej gazecie "Financial News", że popełniła istotne błędy w wydrukowanym wcześniej materiale na temat kolei.
    Tamten przytyk wobec konkurenta był bardzo w stylu Fleet Street. Jednak później "FT" wybił się ponad utarczki słowne z rywalami. Newsroom "FT" jest bardzo cichy, "najcichszy na tej planecie", jak to ujął Murphy przed ogłoszeniem sprzedaży, a artykuły potrafią być trudne i skomplikowane.
    "FT" przerósł swoje londyńskie korzenie, ku rozczarowaniu niektórych czytelników. "30 lat temu, gdy zaczynałam pracę w City, każdy musiał mieć »FT«, bo to była biblia doniesień na temat brytyjskich spółek. Teraz już tak nie jest", mówi Lorna Tilbian, szefowa Numis Securities, wieloletnia analityk mediów i specjalistka od bankowości.
    W zamian za to "FT" stał się medium globalnym i cyfrowym. Typowe brytyjskie wydanie drukowane zawiera cztery strony krajowych informacji politycznych i ogólnych, pięć stron informacji międzynarodowych i dwie strony raportów o brytyjskich spółkach. Wydanie drukowane sprzedaje się w nakładzie około 70 tysięcy egzemplarzy w Wielkiej Brytanii, a 220 tysięcy na całym świecie. "FT" ma obecnie 520 tysięcy subskrypcji cyfrowych.
    Pearson, konglomerat, który w ciągu swego 171-letniego istnienia miał w portfelu najróżniejsze aktywa - w tym udziały w banku inwestycyjnym Lazard Brothers, francuskiej winnicy Château Latour, wydawnictwie Penguin i Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds - był właścicielem "FT" przez 58 lat. W ciągu ostatniej dekady systematycznie ograniczał swoje portfolio, aby skupić się na wydawnictwach edukacyjnych; jest największym graczem na świecie w tej branży.
    "FT" był jednak traktowany jak święta krowa. Choć krytycy wskazywali, że podręczniki szkolne i informacje finansowe mają ze sobą niewiele wspólnego, "FT" nie był na sprzedaż. Marjorie Scardino, która zarządzała Pearsonem przez 15 lat, mówiła, że zbycie gazety jest możliwe "tylko po jej trupie".
    Jej następca John Fallon przejął stery w firmie trzy lata temu. Ten były rzecznik prasowy rady miasta Gateshead w północnej Anglii przez dwa lata pracował dla Johna Prescotta jako ministra transportu w gabinecie cieni. Gdy stanął na czele Pearsona, nie bał się podejmować trudnych decyzji i zwolnił setki pracowników w ramach cięcia kosztów.
    Trzymał się ściśle wcześniejszej strategii dotyczącej "FT" - ale tylko do pewnego momentu. W rozmowie z "The Sunday Times" w maju tego roku zasugerował możliwość sprzedaży gazety: "Tak jak w przypadku każdej części Pearsona, będziemy regularnie stawiać sobie pytanie, czy jesteśmy najlepszym właścicielem". Za zamkniętymi drzwiami Fallon przygotowywał się już wtedy do sprzedaży.

    W ubiegłym tygodniu przyznał, że dziewięć miesięcy wcześniej wraz z innymi członkami zarządu postanowił szukać kupca. Pearson przez lata hojnie wspierał gazetę, ale zmiany w sposobie dostępu do publikacji, przechodzenie z pecetów na smartfony wymagały kolejnych działań. "Przejście z komputerów biurkowych na urządzenia przenośne to zmiana innego rzędu i będzie wymagała transformacji innego rzędu", powiedział Fallon.

    Dyrektorzy Pearsona obawiali się też, że "FT" będzie zanadto odciągał ich uwagę od podstawowego biznesu firmy, jakim są wydawnictwa edukacyjne. Fallon zaczął szukać kupca, który zapłaciłby dobrą cenę - ale który byłby też "dobrym domem" dla gazety. Fallon, jego doradcy bankowi z firm Evercore, Goldman Sachs i JP Morgan Cazenove oraz inni członkowie zarządu odbyli w czwartek w porze lunchu telekonferencję, na której postanowili przyjąć ofertę grupy Nikkei. Pearson nie chciał komentować negocjacji.
    Transakcja była wielkim wydarzeniem w Japonii, wywołała komentarze ministrów rządu. "Bardzo się cieszę, że dokonany przez Nikkei zakup »Financial Timesa« z jego światowymi wpływami umożliwi przekazywanie reszcie świata bardziej rzetelnych informacji o sytuacji gospodarczej w Japonii", powiedział Akira Amari, minister rewitalizacji gospodarki.

    John Ridding, dyrektor generalny FT Group, powiedział, że nowy właściciel zobowiązał się na piśmie do zachowania niezależności redakcyjnej gazety. Tę intencję potwierdził Naotoshi Okada, szef Nikkei. "Nie będziemy ingerować w zarządzanie »FT«. I nie będziemy dokonywać redukcji zatrudnienia", powiedział Okada.

    Jednak dziennikarstwo ekonomiczne w Japonii odbiega od twardych brytyjskich standardów. Michael Woodford, "samuraj z Southend", który ujawnił gigantyczny skandal korporacyjny w firmie Olympus, zauważył, że dziennik "Nikkei" przez wiele tygodni po opublikowaniu demaskującego materiału przez "FT" utrzymywał linię japońskiej spółki. "Oni działali jak biuro PR Olympusa", stwierdził Woodford. "Media w Japonii dbają o własny interes i są uległe wobec silnych podmiotów, a dziennik »Nikkei« nie jest postrzegany jako medium niezależne od korporacyjnej Japonii".

    W Pearsonie dyrektor Fallon zainwestuje wpływy ze sprzedaży w branżę edukacyjną; nie wyklucza też pewnych przejęć. Chce zrobić więcej w dziedzinie "usług cyfrowych" - chodzi o kursy internetowe dla szkół i uniwersytetów oraz usługi administracyjne dla instytucji akademickich.

    "Rynek edukacyjny na całym świecie jest wart 5 bln dolarów. Jesteśmy największym graczem, a mamy obroty na poziomie 8 mld dolarów. Możliwości ekspansji są ogromne", powiedział szef Pearsona.
    W redakcji "FT", pomimo pewnych różnic kulturowych w stosunku do japońskich standardów, dziennikarze oczekują, że pozwoli im się swobodnie pracować. Ridding powiedział, że priorytetem inwestycyjnym będzie zwiększanie liczby subskrybentów, szczególnie w Azji.

    Grupa Nikkei liczy na to, że powiedzie jej się lepiej niż innej japońskiej spółce, która niemal trzydzieści lat temu chciała ubić interes z "FT". W 1987 roku firma budowlana Obayashi zakupiła byłą siedzibę gazety Bracken House, ulokowaną tuż obok katedry św. Pawła w Londynie, za wówczas niesłychaną sumę 143 milionów funtów. Firma Obayashi chciała zburzyć budynek i zbudować na jego miejscu biurowiec - jednak plany te zablokowała brytyjska organizacja rządowa English Heritage, zajmująca się ochroną angielskiego dziedzictwa kulturowe-go.
    Dziennikarze "FT" mają nadzieję, że nowy właściciel gazety zapewni im podobną ochronę.
    Tłumaczenie: Witold Turopolski

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo