reklama

Film "Hiszpanka", czyli wielkopolskie "Gwiezdne wojny" - rzecz o spirytyzmie [RECENZJA]

Zuzanna WierusZaktualizowano 
materiały promocyjne/www.facebook.com/HiszpankaInfluence?fref=ts
Grupa poznańskich spirytystów próbuje na odległość ocalić życie Ignacego Jana Paderewskiego. I robi to za pomocą pozostawionej przez niego w hotelu podwiązki. Żart? Nie. To streszczenie fabuły najnowszej polskiej superprodukcji.

Zapowiadana od kilku (a nawet kilkunastu) miesięcy "Hiszpanka" jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć była reklamowana przyszłym widzom jako (bądź co bądź samozwańcze) arcydzieło współczesnej sztuki filmowej. Trzeba przyznać, że twórcy filmu mieli warunki, żeby tę obietnicę spełnić - zrealizowano go bowiem z hollywoodzkim niemal (jak na polskie realia) rozmachem - budżet "Hiszpanki" osiągnął rekordowy wręcz pułap 24 mln zł. A wydatków było co niemiara - od strojów z epoki począwszy (zwożono je do Poznania z magazynów rozsianych po całej niemal Europie), poprzez efekty specjalne i charakteryzację, na scenografii kończąc. Scenografowie pracowali w pocie czoła, aby jak najwierniej odtworzyć plenery z czasów powstania wielkopolskiego, dzielnie pomagali im w tym graficy komputerowi - w filmie pojawia się około 450 ujęć z wykorzystaniem efektów specjalnych. "Hiszpankę" oprócz rodzimych aktorów (m.in. Jan Frycz, Jakub Gierszał, Magdalena Popławska) swoją grą zaszczycili także aktorzy z USA, Francji, Austrii i Niemiec. Reżyser filmu Łukasz Barczyk postawił na takie gwiazdy jak Crispin Glover (znany z roli w "Alicji w krainie czarów" Tima Burtona) czy Karl Markovics (kilkakrotnie nagradzany "Grand Budapest Hotel"). A wszystko po to, aby jak najwierniej przedstawić wizję reżysera. Trzeba przyznać, że dość niezwykłą.

"Historia, która przekracza granice wyobraźni" - możemy wyczytać na plakatach promujących "Hiszpankę". I rzeczywiście - do głów większości z nas raczej nie wpadłby pomysł, że tematykę powstańczą można... pożenić z telepatią i spirytyzmem. Twórcy "Hiszpanki" zarzekają się, że w strukturze filmu można dopatrzyć się elementów rodem z "Gwiezdnych wojen". - Jest w nim szlachetna, uduchowiona wróżka, jest młody książę czystego serca, jest stary król, jest waleczny awanturnik, jest zły Mag i jest jego Zły Cień. Wreszcie jest skarb, którego należy za wszelką cenę strzec - Wieszcz Paderewski - Symbol Ojczyzn - przekonuje Łukasz Barczyk, reżyser filmu.

"Hiszpanka" to opowieść o grupie poznańskich spirytystów, którzy u schyłku I wojny światowej regularnie spotykają się na seansach prowadzonych przez medium (w tej roli Florence Thomassin). Podczas jednej z takich sesji nasi bohaterowie odkrywają, że narodowy przywódca, premier Ignacy Jan Paderewski (Jan Frycz) znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie, i przy pomocy nie do końca konwencjonalnych metod próbują na odległość ocalić mu życie. Ma im to umożliwić przechowywana z ogromną atencją pamiątka po wieczorze spędzonym z premierem, którą jest nic innego jak... należąca do niego podwiązka z monogramem. Paderewski może paść ofiarą mentalnego ataku wyjątkowo silnego medium - diabolicznego (i nieco przerysowanego) doktora Abuse (Crispin Glover) - dlatego nasi bohaterowie łączą wszystkie siły (i pieniądze), żeby odnaleźć doktora Rudolfa Funka, odwiecznego rywala utalentowanego spirytysty.

Ile w tym wszystkim powstania wielkopolskiego? Dość niewiele jak na film, który w swoim zamyśle miał przypominać o tym jedynym zwycięskim dla Polaków zrywie. Owszem, "Hiszpanka" jest pozbawiona powstańczego patosu charakterystycznego dla innych polskich produkcji tego typu, jednak z historii nie zostało w niej już prawie nic. Cały wątek powstańczy koncentruje się głównie w ostatniej scenie, w której przed hotel Bazar nadciągają tłumy poznaniaków, aby wysłuchać pokrzepiającego przemówienia premiera Paderewskiego. Samo powstanie pozostaje dość odległym tłem dla pierwszoplanowych wydarzeń. Niewiele tu historii, nawet jak na historię alternatywną, bo właśnie tak przedstawia "Hiszpankę" jej reżyser. Zamiast powstania wielkopolskiego w tło równie dobrze można by wmontować jakiekolwiek inne wydarzenie historyczne - taka zmiana nie miałaby raczej większego wpływu na całość obrazu.

Zapożyczeń rodem z "Gwiezdnych wojen" w "Hiszpance" doszukać się jest zgoła łatwiej niż śladów powstania. Walka dobra ze złem, nadprzyrodzone moce, stawianie w jednym rzędzie powstańców walczących fizycznie z tymi działającymi na poziomie ducha, próby ocalenia narodowego skarbu za wszelką cenę - to wszystko rzeczywiście można zakwalifikować do fantastycznych elementów fabuły "Hiszpanki". Niestandardowość całości podkreślają groteskowe sceny, które - wydawać by się mogło - nie do końca współgrają z pełną tajemniczości konwencją filmu - fragmenty alternatywnych sztuk odgrywanych w polskim teatrze, nieco komiczna w formie walka premiera z wyjątkowo złośliwą muchą oraz dość zaskakujące zakończenie całości. Z jajem (czy może raczej "z jojem").

Między scenami spirytystycznych batalii pojawia się (a jakże!) nieco nijaki wątek miłosny, który - według zamysłu reżysera - miał sprawić, że film nabierze cieplejszego charakteru. Bojownikami o bardziej przystępne oblicze "Hiszpanki" zostali Jakub Gierszał i Patrycja Ziółkowska. Tworzona przez nich filmowa para - Krystian Ceglarski (syn wielkopolskiego fabrykanta) i Wanda Rostowska (starsza od niego rozwódka) - to wręcz wzorcowy przykład mezaliansu. Kochankowie nie wyłamują się z tej wzorcowej konwencji przez całość filmu - mamy więc wzorcowe zaręczyny, wzorcowe sceny miłosne i wzorcową śmierć w obronie ukochanej. Ten nadmiernie uładzony wątek miłosny może nieco nudzić, jednak reżyser, znany z dokładnego planowania wszystkich swoich filmowych projektów, zapewne miał swój cel w jego wprowadzeniu.

Barczyk w "Hiszpance" mocno eksperymentuje z formami. Znajdziemy tu cechy kilku filmowych gatunków - od typowego romansu aż po fantasy. Co uważniejsi widzowie dostrzegą też nawiązania do kilku mniej lub bardziej znanych zagranicznych filmów. Kwestią dyskusyjną pozostaje jednak to, czy jest to na pewno udany mariaż.

Czy "Hiszpanka" może się podobać? Rzecz gustu. Na pewno warto przekonać się, czy odpowiada nam właśnie ten sposób mówienia o historii, stojący w opozycji do dotychczasowych propozycji polskich reżyserów. Czy po jednym spotkaniu z "Hiszpanką" będziemy mieć ochotę na kolejne? To zależy od naszej odporności na bakcyla absurdu, którego (z różnym skutkiem) próbują zaszczepić nam jej twórcy. "Są filmy, które wymykają się definicjom, a o których wiadomo, że na zawsze zapiszą się w historii kinematografii" - głosi odważna deklaracja zawarta w materiałach promujących film. Widzowie zdecydują, czy "Hiszpanka" aby na pewno będzie jednym z nich.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Hiszpanka jest zdecydowanie warta obejrzenia ze względu na innowacyjne podejście do historii, a także ze względu na efekty specjalne, scenografię i grę aktorską, które mnie wręcz urzekły. Właśnie dzięki temu, że film częściowo jest fikcją, nie pozwala widzowi się nudzić ani przez chwilę.

Dodaj ogłoszenie