FBI i spadek po Hooverze: Chętnie walczyli ze szpiegami i... prezydentami USA [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Tim Weiner
J. Edgar Hoover
J. Edgar Hoover Fot. Wikipedia Commons
- Biuro walczyło z terrorystami i szpiegami równie chętnie co z amerykańskimi prezydentami - pisze znany dziennikarz Tim Weiner w swojej książce poświęconej historii FBI. OTO JEJ FRAGMENT.

Pod koniec 1945 r. Hoover założył kartotekę z tajnymi aktami wywiadowczymi. Brał jedyne kopie raportów przysyłanych mu przez współpracowników i wiecznym piórem notował uwagi na marginesach, tworząc rzędy wytycznych nakreślone niebieskim atramentem. Podpisane pierwszą literą jego nazwiska - H - stawały się one rozkazami. Czytając te odręczne zapiski Hoovera, jakby się słuchało jego myśli.

Gniew dyrektora FBI miał osobiste i polityczne podłoże, był pełen goryczy i nieprzejednany, agresywny i gryzący. Hoover miał wspaniałe pomysły, ale też napady złości. Jego poczucie humoru było sarkastyczne, a czasem napastliwe. Posiadł ogromną wiedzę, ale ograniczały go wąskie horyzonty. Te akta gromadził przez 27 lat. Są właściwie dziennikiem Hoovera i składają się na jego tajną historię zimnej wojny. Ukazują głównie jego nieustanną obawę, że Ameryka może przegrać wojnę z komunizmem. W 1946 i 1947 r. toczył walki na trzech frontach. Usiłował uzyskać kontrolę nad amerykańskim wywiadem.

Starał się przekonać przywódców Stanów Zjednoczonych, że zimna wojna może trwać do końca ich życia. I rozpoczął polityczną wojnę z prezydentem.

Hoover był wściekły, kiedy się dowiedział o planowanym przez Trumana stworzeniu nowego stanowiska dyrektora centrali wywiadu, która przejęłaby prowadzone dotychczas przez FBI operacje przeciwko szpiegom i zdrajcom. "Kompletnie bezużyteczny", napisał do prokuratora generalnego Toma Clarka 15 stycznia 1946 r. To "zniszczyłoby wszelkie istniejące agencje, włącznie z federalnym Biurem Śledczym". Prokurator generalny zgłosił zastrzeżenia do jego brutalnych sformułowań.

Hoover odpalił: "Z całą pewnością nie podzielam poglądów prokuratora generalnego… Polityka łagodzenia sporów może w rezultacie wywołać jeszcze większe problemy. H.".

Ku ogromnej konsternacji Hoovera 24 stycznia 1946 r. prezydent wybrał przeniesionego do rezerwy kontradmirała Sidneya Souersa, silnego człowieka demokratów z Missouri, na pierwszego dyrektora centrali wywiadu. Podczas zaimprowizowanej ceremonii w Gabinecie Owalnym Truman wręczył Souersowi czarny płaszcz, czarny kapelusz i drewniany sztylecik, mianując go szefem "grupy tajniaków spod znaku płaszcza i sztyletu". Nazajutrz Hoover wezwał Souersa do swojego gabinetu w centrali FBI. Niebawem admirał jadł mu z ręki. "Chciał jasno dać do zrozumienia, że ma zamiar w dużej mierze polegać na radach i sugestiach FBI", napisał Hoover do najbliższych współpracowników. Umieścił admirała na swojej liście użytecznych podwładnych.

Hoover sam nie mógł utrącić projektu tego, co stało się Centralną Agencją Wywiadowczą. Mógł jednak zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby bronić swojej władzy. Udał się do Pentagonu na konsultacje z generałem Dwightem D. Eisenhowerem, najpotężniejszym człowiekiem w amerykańskich siłach zbrojnych. Hoover argumentował, że tworząc nową centralę wywiadu, Truman zniszczy amerykańskie szpiegostwo. "Generał Eisenhower pytał, jak to wpłynie na Federalne Biuro Śledcze", zanotował Hoover. Dyrektor odparł: "Wygląda na to, że FBI wycofa się z operacji zagranicznych". Eisenhower "wyraził zdumienie i prawdziwą troskę".
Hoover wpisał generała na swoją listę wpływowych sprzymierzeńców. Hoover nie zdołał zapobiec utworzeniu stanowiska dyrektora centrali wywiadu, natomiast infiltrował i sabotował raczkującą agencję wywiadowczą. Pułkownik Bill Quinn, wojskowy usiłujący stworzyć w centrali wywiadu nowe wydziały tajnych operacji i szpiegostwa, wezwał Hoovera na pomoc.

Pułkownik napotkał zaciekły opór zawodowych wojskowych, którzy powiedzieli mu, że wśród jego ludzi roi się od komunistów. FBI miało w aktach mnóstwo pogłosek o tym, że centrala wywiadu zatrudnia czerwonych.

Quinn z kapeluszem w dłoni poszedł do dyrektora FBI. Tak wspomina to pułkownik:

- Co według pana mógłbym zrobić? - spytał Hoover.

- Panie Hoover - rzekł Quinn. - Odpowiedź na pańskie pytanie jest prosta: dowiedzieć się, czy w mojej organizacji mam
jakichś komuchów.

- Cóż, to mogę zrobić - powiedział Hoover.

- A sprawdzając ich pod kątem działalności wywrotowej, zechciałby pan może sprawdzić, czy nie popełnili żadnych przestępstw?

- Dobrze.

- Zanim zdecydujemy, jak to zrobić, dla pełnej jasności i współpracy chciałbym prosić, żeby przysłał mi pan swojego przedstawiciela, który byłby łącznikiem z moją organizacją.

Pułkownik wspomina, że słysząc to, Hoover o mało nie spadł z fotela. "Wiem, co działo się w jego głowie", napisał Quinn. "Zapewne pomyślał: Mój Boże, ten facet sam prosi, żeby bezpośrednio zinfiltrować jego agencję".

Quinn właśnie poprosił Hoovera, żeby szpiegował jego szpiegów. Łącznik był szpiegiem. Podawał prawą rękę, a lewą obrabiał kieszenie. Biuro sprawdzało lojalność polityczną dziesiątków oficerów centrali wywiadu, z których wielu zatrudniono głównie ze względu na to, że pochodzili z Rosji lub Europy Wschodniej, co w oczach Hoovera czyniło ich podejrzanymi. Pierwsi trzej dyrektorzy centrali wywiadu prosili Hoovera o doświadczonych agentów FBI, szkolenia operacyjne, sprawozdania, nazwiska i tożsamości zaufanych informatorów oraz zwerbowanych obcych agentów. Hoover z przyjemnością odrzucał ich prośby.

Jego uraza wywołana pozbawieniem go możliwości prowadzenia działań wywiadowczych za granicą nie gasła. Zamierzał odzyskać dawną władzę. Na żądanie Hoovera admirał Souers napisał do prezydenta Trumana w kwietniu 1946 r.: "Jest niezmiernie pilną sprawą, aby Federalnemu Biuru Śledczemu pozwolono kontynuować jego działania na rzecz bezpieczeństwa… w krajach półkuli zachodniej, w Londynie, Paryżu, Rzymie, Manili, Tokio oraz w amerykańskiej strefie Niemiec. Wykonywane przez nie zadanie może zilustrować kanadyjskie śledztwo w Ottawie, które prowadzi do Stanów Zjednoczonych, jak również do Anglii".
"Kanadyjskie śledztwo" miało niebawem ujawnić rozmiar zainteresowań sowieckich szpiegów amerykańskim arsenałem atomowym. Sprawa zaczęła się od nieostrożności trzydziestosześcioletniego porucznika Armii Czerwonej Igora Siergiejewicza Guzenki, który był jednym ze szpiegów Stalina w biurze sowieckiego attaché wojskowego w Ottawie, gdzie był szyfrantem.

Pewnej nocy wyrzucił do kosza dwie częściowo zaszyfrowane depesze wysyłane do Moskwy. Sprzątaczka, pracownica bezpieki, znalazła zgniecione depesze i zawiadomiła ambasadora. W stalinowskiej tajnej służbie karą za naruszenie bezpieczeństwa było zesłanie na Syberię lub śmierć. Guzenko zabrał wszystkie tajne depesze, jakie mógł wynieść, i uciekł, ratując życie. Ukrywał się przez trzy dni, zanim przekonał Kanadyjską Królewską Policję Konną, żeby go chroniła.

Attaché prawny FBI w Ottawie dołączył do przesłuchujących Guzenkę. Hoover przydzielił do tej sprawy 75 agentów. Sprawa Guzenki ujawniła cztery fakty: Ottawa była ośrodkiem dowodzenia sowieckiego wywiadu w Ameryce Północnej. Sowieci umieścili swojego szpiega w Departamencie Stanu. Brytyjski fizyk jądrowy Allan Nunn May rozpracował projekt "Manhattan" dla Moskwy. Kradzież tajemnicy bomby atomowej miała dla sowieckiego wywiadu najwyższy priorytet.

W rękach FBI znalazła się inna osoba z kręgów sowieckiego wywiadu. Nazywała się Elizabeth Bentley i była zagorzałą amerykańską komunistką. Po raz pierwszy skontaktowała się z FBI w 1942 r., ale wtedy Biuro jej nie uwierzyło. Była niezdecydowana, intelektualnie i ideologicznie, co do tego, dlaczego przechodzi na drugą stronę. "Była zwariowana. Naprawdę stuknięta", powiedział agent specjalny FBI Jack Danahy, który pracował nad tą sprawą kilka lat. "Miała szereg szalonych kochanków, faszystów we Włoszech, a komunistów w Stanach Zjednoczonych". Kiedy przyszła do FBI, "podrywała każdego agenta, z którym rozmawiała… Niepokoiło nas to. Jednak, no cóż, jak wiecie, nie znajdowaliśmy informatorów w zakonach".

Biuro zawsze miało wątpliwości co do Bentley. Tęgo piła, ale na trzeźwo wydawała się mieć dobrą pamięć. Jej opowieść była dziwna, ale przynajmniej tyle w niej było prawdą: Bentley była kurierem sowieckiej siatki szpiegowskiej. Podała nazwiska - łącznie 80, chociaż żadna z tych osób nigdy nie miała pójść do więzienia za szpiegostwo i tylko dwie skazano za jakieś przestępstwa. Hoover postanowił zaakceptować zeznania tej ekscentrycznej zdrajczyni. Jej rewelacje pozwoliły FBI dostrzec zarysy sowieckiego systemu wywiadowczego, którego celem od kilkunastu lat była infiltracja rządu Stanów Zjednoczonych.
Kiedy FBI uwierzyło w zeznania Bentley, Hoover przydzielił do tej sprawy 227 agentów.

Jednak już zdążył podzielić się najważniejszymi informacjami z przedstawicielem brytyjskiego wywiadu w Waszyngtonie, który przekazał wiadomość do Londynu. A Moskwa dowiedziała się o tym dzięki uprzejmości Kima Philby'ego, sowieckiego kreta w brytyjskim wywiadzie. Rosjanie szybko zareagowali na ogłoszony przez Philby'ego alarm. Odwołali ze Stanów Zjednoczonych większość swoich oficerów wywiadu umieszczonych tam podczas wojny i zerwali kontakty z wieloma swoimi siatkami szpiegowskimi. Kiedy FBI zaczęło szukać agentów, odkryło, że ugania się za cieniami.

Prezydent Truman z niedowierzaniem czytał następny raport Hoovera przysłany do Białego Domu 29 maja 1946 r. "W Waszyngtonie działa ogromna sowiecka siatka szpiegowska", napisał Hoover w oznaczonej jako "prywatna i poufna" wiadomości dla prezydenta i prokuratora generalnego. "Zamieszanych jest w to wielu urzędników rządowych, których tożsamość zostanie poniżej podana". Niektóre z nazwisk na tej liście były szokujące.
Do podejrzanych Hoovera należał podsekretarz stanu Dean Acheson i były zastępca sekretarza wojny John J. McCloy, dwa filary amerykańskiego establishmentu, których antykomunizm nie był kwestionowany. Prokurator generalny też w to nie wierzył. "Wybuchła jakaś histeria", powiedział Clark. Jednak przekonywał się, że tajne informacje Hoovera należy traktować poważnie. Odkrył, że Hoover obserwuje także jego. "Ilekroć jakaś uwłaczająca mi informacja dotarła do Departamentu, no cóż, umieszczali ją w aktach", powiedział Clark. "To było oburzające".

Hoover nadal próbował przekonać Biały Dom, że szpiedzy Stalina usiłują wykraść atomowe tajemnice Stanów Zjednoczonych. Zachęcał go szef wywiadu FBI Mickey Ladd, syn senatora z Dakoty Północnej. Ladd wzywał do powszechnej i bezkompromisowej wojny z komunizmem - włącznie ze zbiorowymi aresztowaniami i internowaniem podejrzanych wywrotowców - w imię przeciwdziałania szpiegostwu. Ladd chciał umieścić każdego z około 80 tys. członków Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych na tajnej liście FBI. Dzięki temu można by ich aresztować w ogólnokrajowej łapance na podstawie zbiorowego nakazu "w nadzwyczajnej sytuacji".

Hoover zgadzał się z nim. Nie ujawniając istnienia Indeksu Bezpieczeństwa, powiedział prokuratorowi generalnemu Clarkowi, że FBI zamierza "zintensyfikować śledztwo w sprawie działalności partii komunistycznej" i "sporządzić spis wszystkich członków tej partii oraz innych, którzy mogliby być zagrożeniem w razie zerwania stosunków dyplomatycznych ze Związkiem Sowieckim". Hoover w najprostszych słowach napisał, że kryzys polityczny spowodowałby konieczność "natychmiastowego internowania znacznej liczby amerykańskich obywateli".

Wojna Hoovera z Białym Domem zaostrzała się. Dyrektor FBI zażądał pieniędzy na zatrudnienie setek dodatkowych ludzi do śledztwa w sprawach sowieckiego szpiegostwa i wywrotowej działalności komunistów. Zamiast tego Truman w pierwszym projekcie budżetu przesłanym Kongresowi zredukował liczbę agentów Hoovera o 600, niemal jedną siódmą personelu FBI.

Biuru nie obcięto tak funduszy, od kiedy Hoover został dyrektorem. Hoover zareagował na cięcia budżetowe, odwołując do kraju swoich agentów zagranicznych. 8 lipca 1946 r. Hoover kazał swoim agentom w Ameryce Łacińskiej i w rejonie Morza Karaibskiego natychmiast zakończyć działalność. Obiecał nowemu dyrektorowi centrali wywiadu, generałowi Hoytowi Vanderbergowi, rok na gładkie przejęcie operacji. Jednak pod koniec lata FBI pozostawiło za sobą puste biura i rozzłoszczonych ambasadorów.

"Działajcie szybko i wynoście się jak najprędzej", nakazał. Siedem tygodni później FBI niemal zupełnie opuściło Amerykę Środkową i Karaiby, a niebawem również Amerykę Południową. "Wszystkie akta spraw, zarówno prowadzonych, jak i zakończonych, zostały spalone", zameldował centrali agent operacyjny Hoovera C.H. "Kit" Carson likwidujący działalność w Meksyku, Gwatemali, Kostaryce, Nikaragui, Salwadorze, Hondurasie, Wenezueli, na Haiti i Kubie (...).

Tim Weiner, "Wrogowie. Historia FBI", Rebis, Poznań 2012

Skróty od redakcji

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Krzysztof
U nas kwity na wszystkich, na przykład na rząd PO potrafiła zebrać CBA. Tak p.Kamiński podziękował premierowi aferą hazardową. Wcześniej zrobili aferę gruntową.
b
bolo
dzisiaj ameryka jest drenowana przez komuchów syjonistów i wielu innych. Hoovera już nikt nie zastąpi.
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu FBI i spadek po Hooverze: Chętnie walczyli ze szpiegami i... prezydentami USA [FRAGMENT KSIĄŻKI]
p
polo
jak Hoover przetrzepał im skórę.
Jeszcze dzisiaj słychać jęki rozpaczy i narzekania amerykańskich bolszewików.
Dodaj ogłoszenie