Facebook? Prędzej zainwestuję w gołębie

Giles Coren
Fot. Polskapresse/archiwum
Portale społecznościowe świetnie nadawały się kiedyś do podrywania dziewczyn. Dziś to śpiewka przeszłości. Przynajmniej dla mnie.

Gdy chodzi o gospodarkę światową, można dziś zadać tylko jedno pytanie: kupić akcje Facebooka czy nie?

To jak, młodziak?

Mała i trudna zagwozdka finansowa. Jak Fred Goodwin - facet, który spowodował katastrofę bankową w Wielkiej Brytanii. Nawet ja sam świetnie kumający tajniki tej zabawy sprzedawca i nabywca akcji, uważny analityk rynku i człowiek współczesny aż po szyję zanurzony w rewolucję technologiczną, zawahałem się przez krótką chwilę, gdy usłyszałem w radiu, że wiosną Facebook wchodzi na giełdę. A przecież jak nikt znam wszelkie zalety portali społecznościowych. Spółka chce zgarnąć ze sprzedaży akcji 5 mld dolców. Zabili nam ćwieka.

Pierwsza myśl, jaka wpadła mi do głowy, gdy wyglądając przez okno na mroźny poranek, wciągałem gatki, była równie zimna, co głowa kalkulującego zyski spekulanta - Facebook na sprzedaż! To potężna spółka, która Zuckerberga uczyniła miliarderem. Czemu nie uszczknąć kawałka tego tortu? Miałbym skończyć jak ci frajerzy bracia Winklevoss? Lepiej skoczyć do bankomatu i jak najszybciej się przyspawać.

CZYTAJ TEŻ: Współpracownicy do szefa Facebooka: Dziękujemy ci, że zrobiłeś z nas milionerów [GALERIA]

Chwile później jednak pojawiła się refleksja zaprzeczna. - Hola, poczekaj chwilę stary skurczybyku. A co, jeśli nie jesteś jedynym, który zwietrzył tę małą okazję? Idę o zakład, że inni też siedzą z nosem w telewizorze i śledzą, co robi Facebook. Może kompletnie przesadzili z ceną? W dodatku Facebook już się bardziej nie rozpleni. Kto miał na nim być, już jest. Oprócz paru kolesi w Afryce. To trochę jak papierosy. Na Zachodzie już się kończą, to teraz trzeba je wcisnąć naiwnym członkom plemienia żyjącego gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. I modlić się do Boga, żeby goście zbyt szybki nie skumali, jaki to okropnie niszczący nałóg. W dodatku grożący rakiem! Jak nic mamy do czynienia ze szczytem i apogeum zasięgu Facebooka. Po jego wejściu na giełdę wybuchnie wielka bomba - okaże się, że wszyscy kupili udziały w złym momencie, a teraz muszą patrzeć, jak ich forsa znika jak poranna mgła. Jasne. Każdy sam winien się nad wszystkim głębiej zastanowić. Spojrzeć na zestawienia bilansowe, pomyśleć, czym w ogóle jest ta spółka… O, patrzcie, wróbel. Nie, przepraszam to zięba. Zaraz, chwileczkę. To tylko listek.

Podobne myśli kołatały mi w głowie, gdy wciągałem łachy, bezmyślnie gapiąc się okno.

Tak zaczął się ranek.

Nie miałem jednak spokoju. Myśl o możliwym przegapieniu takiej okazji czepiała się mnie cały dzień jak rzep psiego ogona. Nie podchodzę do kupna akcji z namysłem i precyzją naukowca. Jeśli już w nie inwestuję, cel wybieram jak ktoś, kto raz na rok zagra na koniach na dorocznej gonitwie w Liverpoolu. - Ach, papiery Glaxo - jasne, ludziska zawsze będą kupować pastę do zębów. Royal Bank od Scotland - jak nie dziś, to kiedy? Może Aviva? Zawsze dobrze się kojarzy z Norwich Union. Ed Balls, były doradca ekonomiczny premiera Gordona Browna, wspiera kopaczy z klubu Norwich City.
Zazwyczaj jednak w ogóle nie inwestuję, bo pod koniec roku finansowego spietrany i tak topię kasę w bezsensownym funduszu prowadzącym prywatne ubezpieczenia emerytalne, aby uniknąć płacenia podatku. Najwyraźniej wolę, gdy ten upadnie na dzień przed moimi 65. urodzinami, stracić dużo i od razu.

Przy takiej postawie odpowiedź na pytanie dotyczące Facebooka jest prosta: nie kupować. Ten portal to śpiewka przeszłości. Jakbyś inwestować w gołębie pocztowe. Swój profil na Facebooku założyłem już w 2005 r., gdy chodziłem na randki z dziewczyną młodszą od mnie o 13 lat. Jej współlokatorka wymieniała z przyjaciółkami fotki z wakacji. Moja sympatia powiedziała, że jeśli chcę sobie pooglądać, muszę założyć konto. Założyłem i już nawet zaczynałem jako tako kumać, o co w tym wszystkim chodzi, gdy znowu zostałem singlem. Mogłem więc tylko wykorzystywać je jako serwis randkowy. Podszykować jakąś dziewczynę do przygodnego seksu? Czemu nie. Do tego zresztą Facebook służył na samym początku, gdy zakładali go ci kujoni z Harvarda.

Napisałem "podszykować", ale przecież wszystkie te młode panie z Facebooka próbowały już seksu. Chciałem po prostu, aby uprawiały go ze mną. Dlatego w tagu status związku wpisałem "złożony". Nic tak nie rozbudza zainteresowanie jak odrobina tajemniczości. Rzuciłem parę banałów jakimś niewiniątkom i poleciało w Anglię. Z żadną się nie zaprzyjaźniłem. One pewnie też tego nie chciały. A potem wszystko samo ruszyło.

Najlepsze? W końcu mogłem uwolnić się od zmory bzdurnej wymiany telefonów. Spotykasz kilka dziewczyn na balandze, krzyczysz, ile razy się da, swoje imię i każda, którą kręci seks, już następnego ranka kontaktuje się z tobą przez Facebooka. - To ty? - pyta nieco obronnym tonem. - Nie, ale w czym problem? Zróbmy to i tak.

Ech, było jak w latach 60. Tyle że bez tych wszystkich durnych ubrań i tańców do kitu. Gdybyś wtedy zaoferował mi akcje Facebooka, odgryzłbym ci rękę i z radości puknął nią po głowie.

W tym czasie jednak trochę się w moim życiu zmieniło. Po pierwsze, wziąłem ślub. Żonę spotkałem zresztą na Facebooku. Po drugie, na wiosnę 2009 r. spotkałem felietonistkę "The Times" Caitlin Moran. Ta zaś wypaliła mi prosto z mostu: - Facebook? No, co ty, stary? Mamy Twittera. Będę go UŻYWAĆ, ŻEBY ZDOBYĆ WŁADZĘ NAD ŚWIATEM! Naprawdę mówiła dużymi literami i z wykrzyknikiem. Zapytajcie tych, którzy ją znają.

Poszedłem jej śladem jak owca za stadem. Zresztą - poszliśmy wszyscy. I to, mimo że Twitter jest bez użytku, gdy chodzi o szukanie seksu. Poszukiwacze zaczęli korzystać z aplikacji Grindr. Od tego czasu nie zaglądałem do swojego profilu na Facebooku. Ale nie zlikwidowałem go, żeby ludzie, których znałem w dzieciństwie, mogli się ze mną skontaktować. Nie odpowiem - niech zobaczą, że mam ich w nosie.

Więc jeśli chcesz, kupuj akcje Facebooka. Ale pamiętaj o filmie "Social Network". Wybulicie 5 mld dolców, a później Zuckerberg i jego kumple doprowadzą do tego, że akcje będą warte tyle co połówka nadgryzionego batona Mars. Wymienią zamki w drzwiach i pójdą sobie pić dietetyczną colę z pęczkiem seksownych japońskich panienek.

Facebook zemścił się na Zuckerbergu, ujawniając jego sekrety

Nie, zaraz - wyrzuć ten akapit. Kupię akcje portalu, traktując zakup jak rodzaj zakładu Pascala. Ledwie tydzień temu na jej pierwsze urodziny otworzyłem mojej córeczce Kitty konto oszczędnościowe dla dzieci, a już jej babcia uprzejmie napełniła je niezłą kasą. Całą wydam na akcje Facebooka.

Załóżmy, że firma będzie kwitnąć, a w przyszłości my sami jak analfabeci i durnie nie będziemy nawet wychylać nosa z sieci. Trochę jak dwunożne gnu skubiące z głową przy ziemi suchą trawę na obrzeżach informatycznych superautostrad. Wtedy dorosła już Kitty stanie się bogaczką. Ich królową.

Ale jeśli jakimś cudem wszystko to padnie. Jeśli Facebook, Twitter, Google, wyszukiwarka LinkedUp, serwis MyArseForHire i cała ta reszta znikną na zawsze. Nie mówiąc już o iPhone'ach, tabletach z Androidem i komórkach BlackBerry. Świat bez komputerów. My, ludzie przyszłości, beztrosko włóczymy się pośród stokrotek i jaskrów. Życie znowu opiera się na prawdziwym doświadczeniu i namacalnych jak dotyk ludzkich interakcjach społecznych. Taka przyszłość warta by była całej kasy, którą w imieniu Kitty jak ostatni pierdoła straciłbym na akcje Facebooka. A nawet więcej. O niebo więcej!

Giles Coren

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
spokojny
Ekspert za dychę się znalazł. „Nie kupować” co? Cwaniaczek rozpowszechnia kit, bo nie chce żeby cena szła w górę a sam zamierza nakupić tych akcji do oporu i zarobić kasę. A jak był bank Leman-Braders splajtowany to jeszcze w dniu plajty tacy bankowi „eksperci” wciskali naiwnym „kupować” a sami już siedzieli na spakowanych walizkach z biletami w ręku na Bermudy gdzie czekały już ich wille zakupione za kasę zgarniętą od durniów co im wierzą.
A
Agnieszka
Wiecej o facebooku na blogu :Dziennik gajowego Maruchy
Dodaj ogłoszenie