Ewa Dałkowska: Staram się wiarę krzewić, ona bardzo ułatwia mi życie

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Czasem mam wrażenie, że dostaję zły tekst do grania. Boże kochany! Nikt by aktorowi tak złego tekstu nie dał. A potem, przez pracę nad tym tekstem, przez przerabianie tego na sensy i na napięcia, nagle zdarza się tak, że ten tekst staje się bardzo ważny. Ten niedobry tekst ożywia się i staje się twórczy - mówi Ewa Dałkowska

Poszła pani do szkoły aktorskiej, bo polonistyka to było dla pani za mało?

Inaczej było. Kiedy na maturze wybrałam biologię, moja profesorka powiedziała, żebym się nie wygłupiała i wybrała szkołę teatralną. Tata nie pozwolił. Powiedziałam więc, niech mi w takim razie wybierze jakieś studia dla panienek z dobrych domów. Wybrał filologię polską. Miałam okazję spotkać tam genialnych nauczycieli, na przykład profesora Czesława Hernasa i innych wspaniałych ludzi, ale za bardzo z tych studiów nie skorzystałam, bo od razu zaczęłam występować ze studenckim teatrem Kalambur, zagrałam w „Szewcach”…

Owianych legendą, słynnych „Szewcach” Witkacego.

W słynnych „Szewcach” z którymi objechałam całą Polskę i to za pieniądze. Nie miałam więc zbyt wiele czasu, by skorzystać z filologii polskiej, bo studiowałam też reżyserię teatrów amatorskich. Cały czas coś robiłam. Uważałam jednak, że muszę do szkoły teatralnej.

Dlaczego?

Tak czułam. Chciałam. Egzaminy zdawałam potajemnie – za pierwszym nie zdałam. Za drugim – a było to już za wiedzą rodziców – zostałam przyjęta.

Aha, za wiedzą rodziców. Nadal jak prawdziwa panienka z dobrego domu.

Ach, tak się wyraziłam, bo byłam zła na tatę, że najpierw nie chciał mnie na aktorstwo puścić, więc powiedziałam, by znalazł studia dla panienki z dobrego domu. Myślę, że rodzice po prostu wtedy nie wiedzieli, czym były studia teatralne. Nie znali tej szkoły, no i się zwyczajnie bali. Człowiek zwykle boi się niewiadomej. Ale już później wspaniale się zachowywali wobec mojej pracy artystycznej.

Będę się upierać, że faktycznie była pani panienką z dobrego domu. Tatuś adwokat, mamusia – szlachcianka. Jak Wam się żyło w PRL-U?

Najważniejsze było to, że mając dość marne pieniądze, rodzice co tydzień trójkę dzieci zabierali do kawiarni, żebyśmy wiedzieli, co to znaczy być w kawiarni. Każdego roku byliśmy w górach i nad morzem. Tatuś kupił Syrenkę na raty, żeby nas tam wozić, chociaż był bardzo marnym kierowcą. Mieliśmy namiot i dawaliśmy sobie radę. W zasadzie bez przerwy byliśmy przez rodziców zaopiekowani.

Nie biegaliście samopas, z kluczem na szyi.

Nie, nie. Moi rodzice są genialni; mama jest cały czas. Niespecjalnie dociekliwi, nie prowadzący za rączkę, ale wymagający od nas rzeczy poważnych.

Jakie były pani wyobrażenia, marzenia, ideały, kiedy już dostała się pani do szkoły teatralnej?

Marzenia, ideały? Tam nie ma ideałów, tam jest jedno wielkie, za przeproszeniem, zamieszanie. Dużo zależy od tego, do kogo się trafi, jakie się ma wykłady, jakich się ma kolegów. Zdawałam do szkoły krakowskiej, ale przeniosłam się do warszawskiej PWST, co oczywiście było zbrodnią w oczach ludzkości. Dlatego że krakowska, jak każdy wie, jest szkołą wspaniałą, a warszawska niszczy ludzi (śmiech). Tak się uważało za moich czasów. Nawet nie mogłam powiedzieć w Krakowie, że chce się przenieść, bo mam mizerne zdanie o tutejszych zajęciach.

Warszawskiej szkole nie udało się panią zniszczyć.

Była fantastyczna! Długo mogłabym wymieniać, jakich miałam kolegów.

Bardzo proszę!

No, to proszę bardzo: Jadzia Jankowska, Marek Kondrat, Jurek Radziwiłowicz, Joanna Żółkowska, Krzysiu Kolberger, Maciek Szary… Cały mój rok. Z wrażenia zapomniałam paru jeszcze ważnych nazwisk. Ale oni wszyscy byli i są wspaniałymi aktorami. Przyjęli mnie do swojego grona od razu. Bez żadnych wzdragań. Maciek Szary wziął mnie pod rękę i wprowadził na zajęcia. Naprawdę bardzo dobrze trafiłam, zmieniając szkołę. Choć nie chciała mnie Zofia Mrozowska przyjąć. Powiedziała: „E, uczeń jest jak aplagierka; tego się nie przesadza, bo drugi raz może się nie przyjąć.” Zapytałam: „A czy miłość może być argumentem?” Okazało się, że mogła – w Warszawie miałam już męża (śmiech). Dzięki temu udało mi się przenieść. Oczywiście znów musiałam zdawać egzamin, bardzo poważny. Miałam w warszawskiej szkole fantastycznego nauczyciela, Ignacego Gogolewskiego, miałam Aleksandra Bardiniego. Można powiedzieć, że bardzo dobrze zrobiłam, że się do Warszawy przeniosłam.

Po ukończeniu szkoły aktorskiej zderzyła się pani z rzeczywistością i przeżywała rozczarowania?

Wie pani, ponieważ mi się psim swędem udało wylądować w tym zawodzie, to cały czas mam takie poczucie, że ja wcale nie jestem taką pełną gębą aktorką. Cudem udało mi się w to wśliznąć.

Jasne! Muszę się wtrącić. Talent się liczył. Pani talent.

Nie, nie o to chodzi. Ja nie czekam na komplementy. Ja tylko mówię pani o tym, co sama w sobie czuję. A czuję, że psim swędem wśliznęłam się w coś, do czego nie miałam prawa. Wobec powyższego nie miałam żadnych strasznych załamek. Wręcz przeciwnie. Niedawno przeczytałam słowa pewnego aktora, nie wiem, kto to jest, bo było to na wyrwanym kawałku gazety, który twierdził, że ma sześćdziesiąt parę lat i w przeciwieństwie do innych swoich kolegów, którzy już tylko grają w golfa, został w zawodzie i uważa, że ten zawód spełniany do końca życia daje możliwości niezwykłe. Można odkryć rzeczy, których inni nie mają szans odkryć w tym starszym wieku. Wewnętrznie zgadzam się z tym i kocham tych ludzi, którzy spełniają tę swoją misję aktorską do końca życia. To naprawdę przepiękne, że coś tak niezwykłego czasem, czego inni nie odkryją, udaje się ludziom starym. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: Danuta Szaflarska. Umierając bardzo się martwiła, że zawala przedstawienie. Niebywałe, prawda? Cała była tym życiem artystycznym przesiąknięta.

A z drugiej strony mówi się, że dla aktorów w starszym wieku nie ma ról. Reżyserzy nie chcą ich angażować.

Czasem się role znajdują (śmiech). A, to się mówi, że dla kobiet nie ma ról, a to, że dla mężczyzn nie ma ról, ale to zależy. Zależy, jak się ułoży. Danusia Szaflarska miała role.

Pani również je ma. Co było dla pani ważniejsze – rola czy reżyser, z którym pani pracowała?

To też zależy od tego, jak się złożyło. Zawsze bardzo liczę na reżysera. Dlatego, trzeba wiedzieć, czego reżyser się spodziewa. A czasem znów trzeba się na niego zmierzwić, trzeba się z nim pokłócić i nie reagować na jego głupkowate uwagi. Tak też bywa. Najlepiej jednak jest, kiedy reżyser wie, o co chodzi.

Których reżyserów ceni pani najbardziej?
Jest ich cała masa, przecież ja żyję już tyle czasu! Teraz jestem w Nowym Teatrze.

U Krzysztofa Warlikowskiego.

Tak jest. W takim teatrze. Pracujemy zwykle kilka miesięcy nad naszymi zagadnieniami. Nikt mnie nie krępuje w moich przekonaniach, mogę się z nimi obnażać na naszych naradach teatralnych. Ponieważ im szerzej patrzymy na rzeczywistość, tym lepsze rzeczy z tego wychodzą. Wie pani, że ja czasem mam wrażenie, że dostaję na przykład zły tekst do grania. Boże kochany! Nikt by aktorowi tak złego tekstu nie dał. A potem, przez pracę nad tym tekstem, przez przerabianie tego na sensy i na napięcia, nagle zdarza się tak, że ten tekst staje się bardzo ważny. Ten niedobry tekst ożywia się i staje się twórczy. W ogóle mam wrażenie, jakbym była w takim teatrze, gdzie z jednego słowa można zrobić wszystko. A to jest niezwykle cudowne uczucie.

Mam właśnie przed oczami Macieja Stuhra w roli papieża w spektaklu Jana Klaty „Matka Joanna od aniołów”, w którym pani również gra. Stuhr powtarza tylko jedno słowo: „Zapomnieliśmy”. Robi to wiele razy, a za każdym razem to słowo znaczy co innego. Zatem wiem, że to jest możliwe.

(Śmiech). Tak, ale tu chodzi też o stworzenie całej aury dla słowa, żeby pokazać, czym jest teatr. Wracając do Nowego Teatru – nagle zdałam sobie sprawę, że jestem w takim miejscu i to na etacie – w miejscu, w którym mam taką możliwość.

Osobną możliwość mają pani koledzy, będąc w tym teatrze z panią.

Tak! Oczywiście (śmiech).

O tym szczególnym miejscu jeszcze porozmawiamy, bo teraz czuję niedosyt rozmowy o czasach PRL. Wtedy aktor był kimś takim, kto, w trudny do pojęcia sposób, ale, jednak, reprezentował społeczeństwo przed władzą. Czy dziś to się już zdegenerowało, czy nadal istnieje? Jak w ogóle pani postrzega dziś aktorów i ich rolę w rzeczywistości?

Hmm. No, miałabym chęć, żeby powstał teatr narodowy, w którym mogłabym grać ważne role. Mam cały stos rozmaitych dramatów, które chciałabym wystawić, mając taką możliwość oraz mając pewność, że ktoś by tego pragnął, że byłaby publiczność. Kręci mi się po głowie wiele rzeczy, które warto by było zrobić, a które są niejako odzwierciedleniem tego, co myślę o rzeczywistości i co jest ważne, wartościowe. W zasadzie tyle mam na ten temat do powiedzenia. Oczywiście łapię się na tym, że czasy są bardzo trudne i czasem mam wrażenie, że musiałabym wszystko zaczynać od zera. Wtedy przypominam sobie, co napisał Tomasz Mann w wykładzie profesora Settembriniego w „Czarodziejskiej górze”. A napisał, że to jest całkowicie nieważne, żeby mówić abc od abc, co i jak z czego się wywodzi. Wystarczy powiedzieć parę zahaczających, fascynujących rzeczy, a ludność sama sobie dośpiewa. Czy jasno się wyraziłam?

Jeśli tylko śpiewka tej ludności nie będzie zbyt odległa od tego, co chciał powiedzieć artysta.

Chodzi mi o to, że mamy zwyczaj tłumaczyć za każdym razem wszystko od początku.

I podawać wszystko na tacy, już przeżute – tak?

Tak! A Settembrini, o ile pamiętam z dawna, mówi, że nie trzeba niczego zaczynać od zera, że jakimiś wnioskami można już tak zafascynować ludzi, że sami sobie zrobią dalsze studia, aby się dowiedzieć, dlaczego tak było i co się na to złożyło. Mnie się to bardzo podoba, bo to uruchamia ludzi do samodzielnego myślenia. Ale nie zawsze – takie wrażenie też miewam. Czasami niestety denerwuję się tym, że mówię i zastanawiam się, czy wiem, do kogo mówię, czy ten ktoś jest przygotowany na to, co chcę powiedzieć. Zwykle staram się mówić skrótami. Nie nudzić (śmiech).

Oj, wydaje mi się, że publiczność na premierze „Matki Joanny od Aniołów” nie była przygotowana na pani monolog. To znaczy na monolog siostry Małgorzaty, jedynej zakonnicy wolnej od demonów. Podczas premiery, na której byłam, zdarzyło się tak, że swoimi słowami to pani te demony w niektórych ludziach na widowni obudziła.

Do tego stopnia to ja się na demonach nie znam (śmiech). Ale rzeczywiście ludzie mogli wtedy pomyśleć, że na koniec przedstawienia wychodzę na scenę we własnym imieniu, jako Ewa Dałkowska i mówię o konieczności okazywania szacunku kapłanom, nawet jeśli nie żyją przykładnie oraz o eliminowaniu przeciwników kościoła. A ja przecież mówię tekst świętej Katarzyny ze Sieny z 1370 roku! Zależało nam na tym, żeby użyć tego tekstu. Pani widziała to na premierze, ale na kolejne przedstawienia zostało to zmienione. Teraz gram ubrana w strój zakonnicy, stojąc w świetle, aby ludzie wiedzieli, że to jest dalsza część spektaklu, a nie moje prywatne słowa. Niemniej ten tekst zrobił na wielu osobach duże wrażenie. Poza różnymi awanturnikami, to mam też dowody, że ludzie zapamiętają to jako przesłanie przedstawienia. Dostałam list od Andrzeja Piaskowskiego, wspaniałego, młodego reżysera, który w Nowym Teatrze reżyserował „Jezusa”. Zacytuję: „Byłem wczoraj na „Matce Joannie”, chciałem podziękować za pani odwagę i szczerość. Najwspanialszy moment spektaklu to ten, gdy modli się pani za ojca i wszystkich ludzi, razem z chłopcami stajennymi. Nie uważam się ani za katolika, ani za osobę wierzącą charyzmatycznie tak, jak zazwyczaj się te słowa rozumie, ale to, co pani robi w tym spektaklu wbrew wszystkiemu i wszystkim, w imię tego, co dla pani jest najważniejsze, totalnie mnie porusza i za to chciałem pani podziękować.” Chyba o to nam z Klatą chodziło. No bo ten wariat Klata powiedział, że mnie postawi na straży…

…wiary. Jako siostrę Małgorzatę.

Tak. Między publicznością a sceną. Żeby publiczność się zastanawiała, o co chodzi Klacie, co ta Dałkowska tam robi? Można powiedzieć, że stoję na straży wiary, tak zresztą napisał to Piaskowski. I rzeczywiście ja się tak w tej sztuce czuję. Modlę się, naprawdę się modlę na różańcu, a potem tylko dwa razy coś mówię (śmiech). Ale wie pani, zmartwiliśmy się, kiedy ludzie pomyśleli, że to jest moje prywatne oszołomstwo, prywatny stand-up, że wariatka Dałkowska z pieczęcią PiS na czole coś bredzi. To nie tak. Tu chodziło o bardzo ważną myśl Katarzyny ze Sieny. Dlatego to uskromniliśmy.

Często już samo wystąpienie w danej sztuce czy filmie jest czytelnym sygnałem, że aktor opowiada się za konkretnymi poglądami bądź odkrywa własne poglądy. Tak chyba było w filmie „Smoleńsk”, w którym zagrała pani rolę pani prezydentowej Marii Kaczyńskiej. Ciekawa jestem, jak pani patrzy na to, co się stało z ludźmi w Polsce po katastrofie smoleńskiej. Czy rozumie pani ludzi, którzy stoją po tej drugiej – nie po pani stronie?

Rozumiem, że to są szkodnicy. Takie mam wrażenie, że są szkodnikami. Przepraszam za naiwność, ale kiedyś im to stanie w głowie i zrozumieją, że szkodzą. Ponieważ moje podejście jest takie, że idziemy w dobrym kierunku. Zaklinam los, żeby ten kierunek udało nam się utrzymać.

Mówiąc o dobrym kierunku ma pani na myśli politykę?

Mówię o tym, co się myśli o ojczyźnie; jestem taką patriotką, która uważa, że nasz rząd w tej chwili dobrze działa. Może to nie jest ideał, ale trzeba zaklinać, żeby to, co rząd planuje, doszło do skutku. Dlatego myślę o różnych ludziach, którzy są szkodnikami. Psujami. Nie chcę mówić o nich więcej (śmiech).

Wrócę więc do tego miejsca, w którym pani pracuje – do Nowego Teatru. To w gruncie rzeczy ewenement, że na etacie w tym teatrze jest aktorka, która właściwie jest aktorką pogranicza. Stoi pani na pograniczu dwóch światopoglądów. Dwóch światów, dwóch zwalczających się plemion. Jak z tej perspektywy widzi pani Polskę?

Ja nie patrzę z tej perspektywy. Ja tylko… mam czasem poczucie, że nie mogę się zwierzyć ze swoich radości i smutków we własnym teatralnym gronie. No, to staram się nie zwierzać.

Pani czuje się niezrozumiana?

Nawet nie czekam na zrozumienie. Raz zostałam zrozumiana. Zdziwi się pani.

Ciekawe…

Dwa lata temu wzięłam ślub z moim mężem. Po 40 latach życia w grzechu, to znaczy tylko po ślubie cywilnym. Uzyskałam unieważnienie sakramentu małżeństwa z poprzedniego małżeństwa, wobec tego wzięliśmy ślub. Udzielał nam go arcybiskup Dzięga. Świętej pamięci Antoś Krauze był naszym świadkiem. Po ślubie przyszłam do teatru i pomyślałam sobie, że trzeba się tym podzielić, tak jak dzielimy się swoimi urodzinami, imieninami, świętami. Zaprosiłam kolegów na przyjęcie ślubne. Zareagowali na to niesamowicie pozytywnie. Nieprawdopodobnie serdecznie. Uczestniczyli ze mną, pełni szacunku dla naszego ślubu, w uroczym przyjęciu. Mój mąż też był tym poruszony, tą serdecznością. Przyjęli to! Chociaż, być może, są niewierzący.

Dlaczego od 2001 roku zaczęła pani wspierać PiS? Wtedy w PO też była silna frakcja konserwatywna.

PiS mnie przekonało. Takie podejście do ojczyzny mnie przekonuje, z takim się zetknęłam i to jest coś, co chciałabym, żeby się spełniło. Co tu więcej mówić. Jest jeszcze wiara, że to jest właściwe, że tego nam brakuje.

Co dzisiaj stoi na górze pani hierarchii wartości? Do czego najmocniej jest pani przywiązana?

Nie wiem, co na to powiedzieć. Jestem bardzo przywiązana do domu rodzinnego, do mojej mamy. Jak to rozważam, to rzeczywiście padam na twarz przed tym, co mi dali rodzice. To było ważne. Staram się wiarę krzewić, co wcale nie jest łatwe, ale bardzo mi ona ułatwia życie. Przepraszam, jeśli zabrzmi to cynicznie, ale z wiarą łatwiej żyć. Nie wiem, co więcej mogłabym powiedzieć.

Nie zawsze była pani wierząca.

Po 40 latach niewiary to jest coś. Księża spowiednicy, którym mówię, że wróciłam właśnie do wiary, każą mi czytać psalmy. Jeden zapytał, czy jestem po szkołach i czy będę umiała psalmy przeczytać (śmiech).

Jak było z pani nawróceniem?

Ciężko. Mój mąż jest bardzo wierzący. Jeżeli nie ma się ślubu kościelnego, to nie można przystępować do komunii, spowiedzi. Można tylko chodzić do kościoła. Ale jest się pozbawionym paru łask. Miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Tylko że proces o unieważnienie sakramentu małżeństwa trwa bardzo długo.

Nie pytam o zewnętrzne sprawy. Pytam o to, co w środku. Co się stało, że pani uwierzyła?

Mam przyjaciela, księdza Mariusza Cywkę, z którym troszkę współpracowaliśmy, budowaliśmy szpital. Bez przerwy uczestniczyłam w mszach, w rozważaniu wiary. To bardzo wierzący ksiądz, bardzo mi pomógł i chyba trochę mnie pchał w tę zdecydowaną drogę. Byliśmy z nim i u papieża, zawożąc mu figurę. Teraz ksiądz Cywka jest w Szczecinie u arcybiskupa Dzięgi. Uczy młodych, ma pod sobą pięć parafii. I to on powiedział, że musimy pojechać do Smoleńska. To było tuż po katastrofie. Wsiedliśmy w busik, osiem osób ze społeczności kościelnej i pojechaliśmy do Smoleńska. Udało się odprawić tam mszę, na tej łące smoleńskiej. To było coś niezwykłego zupełnie. Niesamowite wrażenie. Stąd inaczej dziś podchodzę do tej całej historii.

Jak pani podchodzi?

Dotknęłam tego. To się stało namacalne. Nie jestem taka mądra, żeby wiedzieć, co się stało. Ale zobaczyłam, co znaczy katastrofa.

Jaka będzie pani wigilia w tym roku?

Dawniej wigilie spędzałam w gronie rodzinnym we Wrocławiu, w którym się urodziłam. Teraz spędzamy ją w Warszawie, z moim synem, jego narzeczoną, z siostrzenicą mojego męża. Będzie to całe zamieszanie związane z przygotowaniem wigilii, będzie modlitwa. Będzie nadzieja, że święta spędzimy rodzinnie i będzie miało to sens.

Co w życiu ma sens? Co jest najważniejsze?
O Boziuniu kochana! Widzę, że to nie przelewki, tylko jakaś spowiedź (śmiech). Jak mogę mówić o sensie, kiedy mam dziś zadecydować, co zagram w dwóch filmach, właśnie przeczytałam scenariusze. Siedzą w mojej głowie. Mam też przemyśleć coś, co będzie punktem wyjściowym do opowieści o moim życiu, bo ludzie mnie do tego zachęcają, mówiąc, że jestem już czystą, żywą historią (śmiech). Mam tyle różnych rozmaitych rzeczy do zrobienia.

Może to jest sensem – praca. I żeby z niej coś dla innych wynikało.

Może tak. Teraz, po premierze jestem wyczerpana. Czuję się tak, jakby szatany piły ze mnie krew (śmiech). Muszę odetchnąć. Ale zaraz znów trzeba coś robić. Jestem bez przerwy obłożona książkami. Chciałabym mieć rozum, żeby to wszystko, co czytam, zapamiętać. Dlatego, kiedy pyta mnie pani, co jest w życiu najważniejsze, to ja milczę.

Spod Ekranu. 365 recenzja wideo

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie