Europejska Konwencja Żonglerska: Co się dzieje w parku...

    Europejska Konwencja Żonglerska: Co się dzieje w parku Ludowym? (ZDJĘCIA,WIDEO)

    fgjh

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    Europejska Konwencja Żonglerska: Co się dzieje w parku Ludowym? (ZDJĘCIA,WIDEO)
    1/37
    przejdź do galerii

    ©Tomek Koryszko

    Witajcie na Europejskiej Konwencji Żonglerskiej w Lublinie, największej takiej imprezie na świecie, miejscu, gdzie dziwacznie jest być zwyczajnym.
    Kryjąca się za wysokim ogrodzeniem w parku Ludowym Europejska Konwencja Żonglerska to państwo w państwie. W jego konstytucję wpisano życzliwość, wszechobecny uśmiech i pogardę dla konwenansów, a prawo do dobrej zabawy jest niezbywalne i przestrzegane na każdym kroku.

    W kraju EJC języka polskiego praktycznie nie słychać. Kiedy zostawiam drobny pakunek w depozycie i okazuje się, że jestem Polakiem, budzę niemałe zdziwienie. Przeważają przyjezdni z Niemiec. O ile dla Polaków żonglerka to wciąż egzotyka, nasi sąsiedzi uczą jej w szkołach, wiele z nich prowadzi pozalekcyjne kółka żonglerskie.

    Nie brakuje też uczestników z Australii, Japonii, Kanady, Stanów Zjednoczonych. Łącznie trzy tysiące osób. Niektórzy są posunięci w latach, najstarszy uczestnik, żongler z Holandii, ma po siedemdziesiątce. Inni mają góra kilkanaście miesięcy i przyjechali z rodzicami. Bywa, że już w tym wieku zaczynają przygodę ze sztuką cyrkową - widok pięciolatka żonglującego jednocześnie pięcioma piłeczkami nie powinien dziwić. Większość przytaszczyła ze sobą namioty i wszelki możliwy ekwipunek turystyczny. Warunki są spartańskie. Ktoś mający w pogardzie warunki pogodowe zamieszkuje w hamaku rozpiętym między drzewami, tuż przy ul. Piłsudskiego, budząc zaciekawienie przechodniów.

    Choć są i tacy, którzy przyjeżdżają z dalekiej zagranicy z niczym. Dosłownie. Dotarli autostopem, nie mają ani namiotu, ani ubrań na zmianę, ani pieniędzy, nie mają też biletu wstępu. I proszą, żeby ich wpuścić. Obiecują, że bilet odrobią pracą: zmywając, sprzątając, serwując jedzenie, pomagając w budowie terenu konwencji, pracując jako ochroniarze (EJC to impreza samowystarczalna, jej koszt pokrywają uczestnicy z biletów, sami organizują też ochronę i inne usługi).

    - Zapewniają, że jeśli trzeba, będą pracować 24 godziny na dobę. No cóż, przeważnie takich wpuszczamy - mówi Joanna Reczek, jedna z organizatorów EJC. - Żeby zarobić na piwo, czy jedzenie idą na Stare Miasto i żonglują kilka godzin. I jakoś sobie radzą.











    Jako "obcokrajowiec" wciąż dopytuję się o reguły rządzące tym państwem. Dowiaduję się na przykład, że największą zbrodnią jest rozrzucenie szkła. Butów prawie się tu nie nosi, bo i po co, skoro zaraz trzeba będzie boso wskoczyć na slackline (taśma rozpięta między drzewami), lub poćwiczyć akrobatykę. Ale plastik jest równie źle widziany. To już z innych powodów, ekologicznych. Dla przyjezdnych z Niemiec, czy Szwecji niesegregowanie śmieci i używanie jednorazowych naczyń i sztućców to barbarzyństwo.
    Niektórzy uczestnicy przyjeżdżają na konwencję bez grosza przy duszy, prosząc, by pozwolono im odrobić bilet pracą

    Są i inne niuanse. Kamila z Niemiec, która żongluje maczugami mówi, że każdego żonglera do pasji doprowadza jedno: Pierwszym pytaniem, jakie zadaje osoba z zewnątrz, gdy dowiaduje się o moim hobby jest: czy żonglujesz ogniem? Jakby to była jakaś ważniejsza, wyższa sztuka - irytuje się dziewczyna.

    Mimo to sam nie unikam wpadki. Rozmawiając z Janem Gałkiem, jednym z pionierów slackliningu w Polsce, używam zwrotu "linoskoczek", co spotyka się z natychmiastowym sprostowaniem: "linoskoczek i slackliner to dwie różne osoby!".
    Jan, na którego lewym przedramieniu widnieje pięknie wytatuowany napis "slacklife", próbuje wtajemniczyć mnie w historię tego sportu między kolejnymi próbami na żółtej taśmie rozciągniętej między drzewami przyogrodzeniu. Tłumaczy, że chodzenie po taśmie niewiele ma wspólnego z cyrkiem, wzięło się ze wspinaczki górskiej. Opowiada też o nowych trendach i kultowych dla środowiska filmach, jak "Sketchy Andy" o słynnym Andym Lewisie.



    Po rozmowie z Janem i jego kanadyjskim kolegą, Julienem Desforgesem, mam wrażenie, że slacklinerzy są nieco na uboczu całej EJC. Oni sami zaprzeczają, ale coś mi mówi, że chodzenie po wysokościach nadaje ich zachowaniu specyficznego rozmarzenia, jakby stąpanie po ziemi traktowali jako nędzny substytut taśmy. Kto zna jakiegoś pilota lub alpinistę, ten wie, o co mi chodzi.
    W ogóle zrozumienie relacji między poszczególnymi grupami w kraju EJC może przysparzać laikowi kłopotów.

    Zdążyłem zorientować się, żenajbardziej nosa zadzierają żonglerzy kontaktowi. Być może traktują swoją profesję jako prawdziwą sztukę, w pogardzie mając sztuczki kolegów od maczug i piłeczek.Joanna Reczek opowiada o jednym ze zjazdów w Niemczech, na którym "kontaktowcy" zaczęli irytować żonglerską społeczność noszeniem kul na głowie dosłownie wszędzie - do łazienki, na koncert, do stołu. Wszystko po to, by ćwiczyć równowagę. Robili to z takim nadęciem, że cała konwencja postanowiła im dorównać, paradując non stop z przyczepionymi do głowy gumowymi kaczuszkami.

    Harmonogram dnia to tutaj indywidualna sprawa. Ktoś może ćwiczyć w hali Międzynarodowych Targów Lubelskich przez cały dzień. Prym w tym wiodą Japończycy. Niczym w transie opanowują kolejne tricki w kendamie, grze zręcznościowej, polegającej na wrzuceniu piłeczki na sznurku na przyczepiony do niej kawałek drewna. Ktoś inny przesiaduje w prowizorycznej restauracji z wegetariańskim jedzeniem orientalnym. Jeśli ktoś ma ochotę po prostu włóczyć się między namiotami, podrywając płeć przeciwną i testując smak piwa Perła - proszę bardzo. Jego sprawa. EJC nie jest państwem policyjnym.

    Zachwycony tutejszym nastrojem zastanawiam się, czy nie zacząć uprawiać którejś z cyrkowych dyscyplin. Jest kilka przeszkód. Pół biedy z kosztami. Co prawda, ceny maczug i piłek, które przeglądam na stoiskach w hali MTL mogą odstraszać. Za jedną, dobrą maczugę trzeba zapłacić nawet 130 zł, flowersticki i poi to też kilkadziesiąt, kilkaset złotych. Sto metrów dobrej taśmy kosztuje prawie 4 tys. zł. Gorzej jednak, że zawroty głowy mam nawet na huśtawce, a sam widok karuzeli powoduje u mnie mdłości. Daruję więc sobie aktywne uczestnictwo, pozostanę cudzoziemcem i pooddycham tylko atmosferą państwa EJC. Drugiej takiej szansy mogę nie mieć. Prawo do organizacji imprezy ma co roku inne miasto w Europie. Pierwsze było Brighton w 1987 roku. Przybyło na nią ledwie 11 osób, choć podobno klimat był świetny. Jakoś mnie to nie dziwi.

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo