reklama

Europa nie znalazła jeszcze sposobu na zacofane regiony

Maciej DomagałaZaktualizowano 
Fot. Adam Wrzawa
Unia Europejska nie może pochwalić się przykładami skutecznego pokonywania różnic gospodarczych między zacofanymi i bogatymi regionami. Nawet na poziomie krajów członkowskich, które nie żałują środków i uwagi dla biednych obszarów, kilkadziesiąt lat polityki zasypywania podziałów nie przyniosło spektakularnych rezultatów.

Rozmiary wyzwań dobitnie pokazuje ostatnie badanie ośrodka Eurostat. W stosunku do średniej unijnej każdy z mieszkańców londyńskiego City wytwarza 334 proc. średniej unijnej w PKB wyrażonym w parytecie siły nabywczej na głowę mieszkańca. Natomiast Bułgarzy z północno-zachodniej części kraju - tylko po 26 proc.

W statystykach tych kryją się ciekawsze rozbieżności. Okazuje się, że w parytecie siły nabywczej na każdego mieszkańca niemieckiego wschodniego landu Saksonii przypada mniej więcej tyle samo euro co w Estonii albo niektórych bogatszych regionach Grecji. W rejonie miasta Chemnitz w Saksonii na każdego mieszkańca przypada w parytecie siły nabywczej ok. 20 tys. euro rocznie (82 proc. średniej UE 27), a w Hamburgu - 47,8 tys. (192 proc. średniej).

Tak samo jest w Hiszpanii - ubogie południe kraju (Andaluzja Murcja) wytwarza rocznie ok. 82 proc. PKB na głowę mieszkańca, podczas gdy Madryt i gospodarczo prężna Katalonia - odpowiednio 136 i 123 proc. średniej unijnej.

W czołówce podzielonych państw UE są Włochy, gdzie PKB w przeliczeniu na głowę mieszkańca spada w miarę przesuwania się na południe półwyspu. W Lombardii i Piemoncie (Mediolan i Turyn) wskaźnik ten wynosi 134 i 119 proc. średniej unijnej. W Kampanii (Neapol) od lat utrzymuje się on nieco powyżej 65 proc. przeciętnej.
Bezsprzecznie najwięcej sił i środków na zasypywanie różnic regionalnych przeznaczył federalny rząd niemiecki. W ramach Funduszu Niemieckiej Jedności i Paktów Solidarnościowych wschodnie landy dostały łącznie w ciągu 20 lat około 1,5 bln euro. Dzięki tym środkom Berlin stał się największym placem budowy Europy. W ramach "Aufbau Ost" w landach byłej NRD ufundowano emerytury, zasiłki, zbudowano drogi, miejską infrastrukturę i zachęcono do inwestycji.

Ten rozwój, który widać gołym okiem, kiedy podróżuje się niemieckimi autostradami ze wschodu na zachód, posunął się tak daleko, że niektóre zachodnie landy (szczególnie wielkie ośrodki przemysłowe) zaczęły narzekać, iż zostają w tyle za dynamicznym wschodem.

A jednak, średnie PKB w landach wschodnich wynosi wciąż jeszcze tylko 71 proc. PKB na zachodzie. Podobnie przedstawiają się średnie zarobki. Największą porażką jest polityka zwiększania zatrudnienia: w dalszym ciągu bezrobocie na wschodzie jest dwa razy wyższe niż na zachodzie.

Politycy niemieccy z rządzącej koalicji prawicowej CDU/CSU i FDP mają już dość niekończącego wspierania wschodnich landów. Matthias Platzeck, lewicowy premier Brandenburgii, ostrzegł wczoraj, że nie ma politycznej większości dla kontynuowania paktu solidarności po 2019 r.

Hiszpańska Andaluzja stanowi ciekawy przypadek, ponieważ rząd autonomicznej prowincji postawił wyraźnie na rozwój poprzez środki unijne - podobnie jak polskie władze. Programy rozwoju południowej prowincji Hiszpanii prowadzone w latach 1980-2000 nie przyniosły radykalnej poprawy sytuacji. Jak wskazały badania ekonomistów z Malagi i Cadiz, środki rządu centralnego i fundusze europejskie nie przynosiły na południu tak szybkiego rozwoju jak na północy.
W ostatnich latach zostały one skoncentrowane jednak na rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw. Region ma nie być traktowany tylko jako baza turystyczna (goście generują tu 11 proc. PKB), ale zrównoważona gospodarka. W latach 2007-2013 Andaluzja otrzyma niemal 15 mld euro z funduszy europejskich. Na południe trafia aż 41 proc. wszystkich środków, które otrzymuje Hiszpania. Bruksela chwali się, że te środki mają wygenerować w Andaluzji wzrost PKB o 2,4 proc. Lecz na razie nie widać dramatycznych rezultatów tej polityki.

Jeszcze większe różnice między północą a południem widać we Włoszech. Piękne autostrady gospodarczego serca kraju, czyli Turynu i Mediolanu, w okolicach Neapolu stają się dziurawe jak polskie drogi. To wszystko, pomimo że rząd włoski w ramach funduszy dla południa (Cassa per il Mezzogiorno) wydał od 1951 do 1992 r. odpowiednik 140 mld euro. Program ten zakończył się klapą i rząd musiał się z niego wycofać pod naciskiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który obawiał się o zdrowie włoskich finansów publicznych.

Europejskie programy, które w pewnym sensie zastąpiły Cassa per il Mezzogiorno, również nie zachwycają. - Chociaż środki unijne mają pozytywny wpływ na wzrost PKB w przeliczeniu na głowę mieszkańca, wpływ ten jest niezwykle niski - ocenił ekonomista z Uniwersytetu w Kalambrii Francesco Aiello.

Bruksela boi się "syndromu mezzogiorno", czyli czarnej dziury, w której znikają fundusze publiczne. Pytanie, czy teraz, kiedy państwa członkowskie UE znów boją się o rosnące długi, ten i podobne programy wyrównywania różnic nie zostaną przycięte.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie