Europa i wszystkie nieszczęścia płynące z faktu jej zjednoczenia

Marcin Król
Czy sprzeczności tkwiące w idei wspólnej Europy doprowadzą w końcu do jej upadku - pyta filozof, Marcin Król w swojej nowej książce

Mamy do czynienia z umiarkowanym kryzysem gospodarczym, poważnym kryzysem politycznym, dramatycznym kryzysem cywilizacyjnym i być może śmiertelnym kryzysem duchowym.

Wiemy, że Europa niemal zawsze była w stanie kryzysu, a już na pewno często kryzys taki myśliciele najrozmaitszych proweniencji ogłaszali lub wieszczyli, czasami słusznie. Różnica między nieustającym poczuciem zagrożenia kryzysem a sytuacją obecną polega na tym, że Europa zachowywała zawsze zdolność do autorefleksji, a zatem do samokrytyki, która miała charakter twórczy, więc kolejne kryzysy były przezwyciężane. Obecnie Europa zdolność tę zatraciła. Jak to się mogło stać, co się dzieje i jak z tej sytuacji wybrnąć - o tym jest niniejsza książka. Jak, innymi słowy, sama zasada działania kultury i cywilizacji europejskiej została zatracona, chociaż - o czym pod koniec - może niebezpowrotnie. Bez nieustannej autokrytyki niemożliwe są ani zmiana, ani rozwój, ani stabilizacja. Dotychczasowej Europy po prostu nie ma.

Dlaczego Europy, a nie świata? Po części dlatego, że nie wierzę w naszą umiejętność zrozumienia przemian zachodzących w odległych i obcych kulturowo krajach, po części dlatego, że dotknął je (z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych, o ile są "europejskie") kryzys gospodarczy, który ogarnął cały świat, ale nie inne formy kryzysu, a w każdym razie niewiele umiemy na ten temat powiedzieć. Dlaczego Europa? Także dlatego, że tutaj mieszkam, tu patrzę i słyszę, tu widzę i czuję i o moją duchową ojczyznę troszczę się w szczególności. Dlaczego Europa? Bo trudno nam sobie wyobrazić przyszłość świata bez Europy, może nie w roli przywódczyni, ale w roli dostarczyciela podstawowych norm i standardów obowiązujących nas samych i następne pokolenia. Europa jest naszą formą egzystencji i innej nie mamy. To nie jest kwestia wyboru, to jest fakt. Dlatego nie wiemy, co czynić, kiedy Europa ucieka, zanika, słabnie do granic ostatecznych.

Padają najczęściej trzy odpowiedzi. Pierwszy typ odpowiedzi polega na apelowaniu o powrót do rozwiązań już wypróbowanych, najczęściej rozmaitych form państwa opiekuńczego czy socjaldemokratycznego. Ale są także zwolennicy posunięcia dalej państwa neoliberalnego czy tylko wycofania się państwa na rzecz przedsiębiorczości prywatnej czy grupowej. Listę tych propozycji można mnożyć, ale nie warto, gdyż - przy najlepszych intencjach ich autorów - wszystkie polegają na przywołaniu form ustrojowych lub form życia publicznego, jakie - wśród innych powodów - przyczyniły się do obecnego kryzysu. A nie ma takiego wyjścia z kryzysu, które polegałoby na cofnięciu czasu.

Drugi typ odpowiedzi autorów świadomych, że kryzys ma nie tylko i nie przede wszystkim ekonomiczny charakter, to propozycje zmian politycznych, jakie - z niewiadomych powodów - miałyby skutkować zmianami także duchowymi. Najbardziej charakterystyczna jest wizja Europy federacyjnej połączonej silnymi wewnętrznymi więzami. Sympatyczna ta wizja jest jednak stara jak Europa i zawsze okazywała się chybiona. Jej podstawowy mankament polega na tym, że Europy federacyjnej nie chce żadne społeczeństwo europejskie, a to dlatego, że taka Europa byłaby - jeżeli nawet udałoby się ją powołać, co bardzo mało prawdopodobne - czymś zupełnie innym niż Europa, jaką uważamy lub uważaliśmy za formę naszej egzystencji.
Wreszcie trzeci typ odpowiedzi jest najbardziej prymitywny, chociaż najbardziej rozpowszechniony, a polega na przeświadczeniu, że poprawa sytuacji gospodarczej automatycznie spowoduje poprawę wszystkich ważniejszych dziedzin europejskiego życia. Taki radykalny racjonalizm ekonomiczny można uznać za bezczelność, skoro nikt nie może już udawać, że kryzys ma charakter przede wszystkim gospodarczy. Marna jest zatem sytuacja ekonomistów, którzy w znacznej mierze odpowiadają za nieszczęścia, jakie miały miejsce w trakcie minionych dwu stuleci, a którzy teraz chcą leczyć lub oczekuje się od nich lekarstwa.

Wszystkie te odpowiedzi mają jedną cechę wspólną: w poszukiwaniu rozwiązania sięgają do teraźniejszości. Jest to rozumowanie, jakie cechuje nas często, kiedy mamy kłopot. Pragniemy go rozwiązać tu i teraz, najlepiej stosując środki już nam znane, ale stosując je lepiej. Czasem to się udaje w skali indywidualnej, ale nie jest wykonalne w skali życia publicznego społeczeństw Europy. A to dlatego, że powierzchowna diagnoza - na przykład Grecja i inne kraje nazbyt sobie pofolgowały, jak je przywołamy do porządku, to stan rzeczy się poprawi - prowadzi Europę ku ślepemu zaułkowi. Europa zachowuje się jak ten, kto chociaż wielokrotnie się sparzył, zaryzykuje raz jeszcze, pod warunkiem że napięcie prądu będzie słabsze, ale ma tylko obietnicę, że rzeczywiście będzie słabsze.

Twórcy wspólnej Europy nie wzięli pod uwagę kilku ważnych czynników, m.in. siły nacjonalizmów, roli tradycyjnych religii, niedociągnięć demokracji, wreszcie dążenia ludzi do... wolności

Środki dobrze już nam znane stosujemy nie dlatego, że brak nam wyobraźni czy odwagi, ale dlatego, że nie wiemy, co też innego moglibyśmy uczynić. Gdyby zastanowić się nad tym, patrząc z pewnej odległości, można by powiedzieć, że Europę cechuje obecnie przede wszystkim strach. I nie jest to strach przed ewentualnym upadkiem waluty, a w konsekwencji rozpadem wspólnoty polityczno-gospodarczej (chociaż także), ale przede wszystkim strach intelektualny i duchowy. Dojmująca obawa przed cieniami przeszłości i widocznymi zagrożeniami dla przyszłości. Strach nie tylko jest złym doradcą, ale także sprawia, że zaczynamy się kręcić w kółko, gdyż pójście jakąkolwiek drogą wymaga decyzji, do jakich strach nie dopuszcza.
Strach sięgnął dalej niż tylko ostrożność. Nikt nie podważa zalet takich cnót jak roztropność i rozwaga, jednak niesłychanie krótka pamięć społeczna (i indywidualna) powoduje, iż nie ma na czym roztropności oprzeć. Że szuka się jedynie rozwiązań z zakresu rozumu teoretycznego, czyli rozwiązań racjonalnych o charakterze doraźnym. Że zatem nie próbujemy odszukać korzeni obecnego kryzysu i dzięki temu spróbować pójść inną drogą, nim nie jest za późno. Opiszemy cztery wielkie wewnątrzeuropejskie spory, które - chociaż ich listę można by zapewne wydłużyć - doprowadziły do obecnego stanu bezradności. (…) Cztery wielkie pęknięcia duchowości i myśli nowożytnej Europy to: religia i tajemnica jako klucz do rozumienia świata przeciwko uznaniu religii za przesąd; nacjonalizm i państwo narodowe przeciwko wartościom i praktykom uniwersalizmu, utylitaryzm, czyli dążenie do przyjemności przeciwko ograniczonym i roztropnym celom stawianym sobie przez jednostki, i wreszcie demokracja czyli wspólnota i liberalizm jako forsowanie wolności prywatnej. Jestem przekonany, że te cztery pęknięcia są odpowiedzialne za obecny kryzys duchowy i intelektualny. (…)

Przecież na temat obecnego kryzysu w zasadzie wszystko było wiadomo i to nie tylko i nie przede wszystkim na poziomie ekonomicznym, ale także na innych poziomach życia społecznego. Mądrzy ekonomiści i finansowcy wiedzieli, że nie da się utrzymać takich długów publicznych, że Grecja już dawno przekroczyła wszystkie granice, że zezwolenie na spekulacje finansowe zupełnie niekontrolowane przez rządy musi doprowadzić do nieszczęścia. Wiedzieli to doskonale ci, którzy ten bezwład rządów zachodnich skutecznie wykorzystywali. Jednak wiedziano także o niżu demograficznym, o tym, że nieuchronne są katastrofy w dziedzinie emerytur, służby zdrowia i edukacji. Wiedziano także, to znaczy wiedział ten, kto cokolwiek rozumiał, że spór religii z tradycją postoświeceniową nie rozejdzie się po kościach, że upadek filozofii pociągnie za sobą obniżenie poziomu humanistyki i myśli ludzkiej w ogóle, że dominacja mediów elektronicznych doprowadzi do takich form konkurencji politycznej, z jakimi mamy do czynienia. Wszystko to było wiadome, chociaż politycy często nie chcieli słuchać lub nie byli intelektualnie zdolni do ogarnięcia tych problemów. Jakakolwiek poważna reakcja wymagałaby podjęcia niepopularnych decyzji, a tego politycy w obecnej demokracji boją się najbardziej. Przykładów jest tak wiele, że oszczędzimy sobie ich przytaczanie.
Wystarczy powiedzieć, że wprowadzana ostatnio niemal we wszystkich europejskich krajach reforma emerytalna powinna być wprowadzona dziesięć lat wcześniej, żeby jej skutki były realne. Oraz że unijni specjaliści od edukacji pchają europejską edukację w kierunku zastąpienia uniwersytetów szkołami zawodowymi, co świadczy o kompletnym niezrozumieniu tego, że humanistyka stoi na filozofii, a nauki ścisłe na matematyce. Te właśnie dziedziny są obecnie najmniej dotowane.

Mieliśmy zatem do czynienia nie z niezdolnością przewidywania, lecz z niechęcia do przewidywania. W dodatku liczni ekonomiści podsuwali techniczne metody wybrnięcia z kryzysu, metody nieskuteczne gospodarczo, ale - co ważniejsze - dalekie od usunięcia zasadniczych, duchowych i intelektualnych źródeł tego kryzysu. Przecież jeżeli 400 najbogatszych Amerykanów ma tyle pieniędzy, ile cała reszta społeczeństwa - niektórzy sami zaczynają na ten fakt reagować - to coś jest zasadniczo nie w porządku. I nie mówię tego w celu postulowania socjalistycznej równości, ale motywowany elementarnym poczuciem przyzwoitości. Demokracje, które do tego dopuściły, nie mają racji bytu.

Demokracja jako idea z natury wspólnotowa musi odwoływać się do wszystkich obywateli danego organizmu politycznego. Z tego zaś wynika, że nie może mieć charakteru elitarystycznego, ale równocześnie musi uwzględniać irracjonalizm zarówno w skali jednostkowej, jak i zbiorowej. Połączenie tych wątków wymaga albo wyjaśnienia wspólnocie demokratycznej tego, na czym polega jej wspólny właśnie interes, albo wytworzenia takiego stanu emocji zbiorowych, kiedy to ten interes jest jasno widoczny (kiedyś nazywano to patriotyzmem). Wspólny interes, a nie dobro wspólne, znakomicie łączy obywateli mimo ich odmiennych w wielu kwestiach przekonań. Wiedział to znakomicie już James Madison. Jednak żeby określić, na czym polega wspólny interes, musimy rozumieć, na czym polegają nasze grupowe czy partykularne interesy. Musimy także umieć skonstruować priorytety, czyli hierarchię interesów. Dopiero trudna zgoda na taką hierarchię umożliwi posunięcie się naprzód, które nie będzie miało charakteru tylko korekty stanu bieżącego. Obecnie jest to niemożliwe (...).

Marcin Król,"Europa w obliczu końca", wyd. Czerwone i Czarne,
Warszawa 2012, cena 39,90 zł

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
AMBER GOLD
Wszystko wskazuje na to ze kryzys UE dopiero się zaczyna a narastające problemy uderzą w nas z podwójna siłom - najgorsze jest to ze wojny walutowe miedzy poszczególnymi krajami zarówno w samej UE oraz miedzy USA i Chinami będą dodatkowymi dopalaczami nie wspomnę już o czynnikach demograficznych oraz socjalnych w państwach UE -tak czy owak Polska stój w kolejce do skopania przez rynki finansowe tak niestety kończy się sen o budowie państwa na kredyt oraz wiara ze biurokracja zrobi to za ludzi !SZKODA TYLKO POLSKI I POLAKÓW !i wyrzeczeń ostaniach 20 lat !
Dodaj ogłoszenie