E-podręcznik - gospodarka czy biurokracja

Prof. Wojciech Cellary
Prof. Wojciech Cellary
Prof. Wojciech Cellary
Jednym z najciekawszych, a niedocenianych, sukcesów polskiej gospodarki ostatnich lat jest rozwój kreatywnego przemysłu gier komputerowych, który osiągnął poziom światowy. U podstaw tego sukcesu leży nie tylko oryginalna wizja jego twórców i doskonałość warsztatowa informatyków, grafików, scenarzystów itd., ale również zdrowy model biznesowy.

Produkty cyfrowe, będące wytworami tego przemysłu, podlegają ochronie wynikającej z praw autorskich i są przedmiotem sprzedaży. Dochody z tego tytułu są przeznaczane na pensje dla osób, które są zaangażowane w ich tworzenie, a zysk na rozwój. Wszyscy są zadowoleni: użytkownicy mają gry, które ich pasjonują, pracownicy mają pracę swoich marzeń - za dobre pieniądze robią to, co lubią - inwestorzy mają zwrot na zainwestowanym kapitale, państwo ma pieniądze z podatków i od przedsiębiorstw, i od pracowników, Polska jest przedmiotem podziwu i zazdrości innych narodów.

Aż by się prosiło, aby ten patent na sukces powtórzyć w innych sektorach, na przykład w sektorze edukacyjnym, który przeżywa fundamentalne zmiany wynikające z możliwości szerokiego zastosowania technik informatyczno-komunikacyjnych do nauczania. Nic bardziej mylnego. KTOŚ - oczywiście nie wiadomo kto, bo porażka jest zawsze sierotą - postanowił, że flagowy produkt tego sektora, czyli e-podręcznik, nie będzie podlegał gospodarce rynkowej.

Pomysł jest taki: zamiast narażać rodziców uczniów na wydatki na zakup e-podręczników, wyślemy do nich poborców podatkowych, którzy zabiorą im część dochodów, i z tych tak pozyskanych pieniędzy, my - urzędnicy - ufundujemy e-podręczniki i ogłosimy wszem i wobec, że one są za darmo. Lud to kupi, a tak naprawdę żaden rodzic nie będzie nam - urzędnikom - mówił, z jakiego podręcznika ma się uczyć jego dziecko. A żebyśmy my - urzędnicy - byli poza wszelkimi podejrzeniami, to ten e-podręcznik wybierzemy w przetargu kierując się najniższą ceną. Przecież wiadomo, że im coś jest tańsze tym lepsze - najlepszy dowód to najtańsza autostrada (nie)zbudowana przez Chińczyków.

Prawda o e-podręcznikach jest taka, że dzisiaj jeszcze nikt nie wie, co to jest e-podręcznik przyszłości. To jak wóz i wóz. Dawniej - wóz był drabiniasty, a dzisiaj wóz to Lamborghini. Jakby jakiś urzędnik kazał kołodziejowi z dawnych czasów wymyśleć na zawołanie nowy wóz, to ten pomyślałby o malowanych na kolorowo szczebelkach drabin, a nie o trzystukonnym silniku spalinowym.

W związku z jakością edukacji w Polsce, jak powietrza potrzebujemy rynku edukacyjnego, który na drodze twardej konkurencji zapewni rozwój i doprowadzi do podniesienia jakości nauczania przy wykorzystaniu nowych technologii, które dla dzieci są naturalne. Dajmy rynkowi edukacyjnemu taką samą szansę, jaką dostał przemysł gier komputerowych, który urzędników o zgodę nie pytał, ale też nie udawał, że pieniądze go nie interesują. Jakoś nikt nie wylewa krokodylowych łez, że rodzice muszą kupić gry komputerowe swoim dzieciom, a muszą, bo bez nich dzieci są nieszczęśliwe. To może obniżmy podatki i pozwólmy rodzicom samodzielnie kupić na wolnym, konkurencyjnym rynku e-podręczniki najlepsze dla ich dzieci.

Prof. Wojciech Cellary jest kierownikiem Katedry Technologii Informacyjnych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, członkiem Rady Informatyzacji przy Ministrze Administracji i Cyfryzacji i Rady ds. informatyzacji Edukacji przy ministrze Edukacji Narodowej.

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Adi Adiafora
[-=. Największe grzechy ludzi u steru władzy oraz armii pasożytniczych „nietykalnych”.
Zacznijmy od materii sprawiedliwości społecznej, która tak naprawdę to nie istnieje w Polsce. Silne grupy zawodowe, organizacje powiązane z władzą wykonawczą, ustawodawczą i sadowniczą traktują Polskę jak „krowę dojną”. W RP mamy do czynienia z przekładaniem interesu pewnych wpływowych środowisk nad dobro całego społeczeństwa. Tworzony jest cały system rożnej formy przywilejów, dla wybranych środowisk. Te grupy zawodowe, czy środowiska ze świata wielkiej finansjery i biznesu są jak pijawki „nienażarte” wysysające krew z „organizmu”. Przy przywilejach parlamentarzystów każde inne „wymiękają”.Niestety, kiedy mają zrobić coś namacalnego i dobrze, z zachowaniem wysokich standardów jakościowych i pełnego zaangażowania i poczucia odpowiedzialności oraz dobra społecznego, zaczynają się schody.To jak podchodzą do tworzenia prawa woła o „pomstę do nieba”, sprawia, że “krew w żyłach zaczyna buzować i nagła krew zalewa człowieka”. Jakość tworzonego prawa jest od lat “beznadziejna”, ale to co teraz się wyrabia z przepisami wykonawczymi to nie mieści się w głowie. Niby formalnie procedura tworzenia prawa ma jakieś tam powiedzmy znamiona standardów europejskich i na tym kończy się „normalność”. Gorzkie łzy i zgrzyt zębami, taka jest reakcja Polaków przy każdym padającym pytaniu o stabilność prawa w RP. System rozwiązań w zakresie tworzenia prawa przypomina u nas chwiejące (rozchwiane) się drzewo, które po kolejnym huraganie(niskiej jakości nowelizacji) upadnie z hukiem. Istnieją w Polsce grupy zapewniając sobie i „potomstwu” dostanie życie niezależnie od swego zachowania i jego następstw. Na ich utrzymanie, co stało się już wręcz prawidłowością, składa się całe społeczeństwo (a w największym stopniu szarzy ludzie, którzy muszą każdego dnia walczyć o przetrwanie). Zgodnie z teorią tak zwanych gier pasożytniczych, im bardziej te grupy rosną i się bogacą tym bardziej przeciętny zjadacz chleba w RP będzie miał “przerąbane”, i co nie mniej zatrważające (i wiejące grozą) jest to, że „nietykalni” będą działać tak źle jak tylko mogą, bo to nie przysparza im kłopotów, wręcz przeciwnie ( im bardziej przepisy zagmatwane tym lepiej, z premedytacją “psuje się” prawo dla “zamawiających” wpływowych grup interesu, nadmiernie rozbudowuje się i tworzy nowe komórki organizacyjne na potrzeby “nietykalnych” itp. itd.).
Każda partia polityczna powinna “czuć na gardle” presje społeczną, a opinia publiczna ( środki masowego przekazu) nie powinna dać jej zapomnieć, że każda wpadka, każda afera, każdy przejaw indolencji, nieodpowiedzialności, braku zaangażowania, zostanie szybko rozliczony w wyborach (albo jeszcze szybciej). C.d. na adiafora.pl
a
antymonopolista
„Tutaj będziemy mieli inwestycję rodziców w całe przedsięwzięcie” - właśnie o to chodzi. Wkrótce dowiemy się, że e-podręcznik będzie działać tylko na platformie sprzętowej jednej firmy, ponadto nie będzie to tanie. A co w przypadku, jak dziecku upadnie tablet (przypuśćmy, że to będzie rodzaj tabletu), albo mu ktoś ukradnie, tak jak to się dzieje teraz z telefonami komórkowymi?
A jeśli założymy, że tablety będą tylko na wyposażeniu klasy, to rodzice będą musieli kupić drugi do domu - korzyść dla firmy sprzętowej będzie podwójna.
Z
Zdumiony
Panie profesorze. Pana pomysł na wolnorynkowy podręcznik jest chybiony. Wdrożenie e-podręczników będzie wiązało się z zakupem urządzeń na których będzie można ów podręcznik odczytać. Tutaj będziemy mieli inwestycję rodziców w całe przedsięwzięcie. Obecna sytuacja na rynku podręczników drukowanych jest nie do zaakceptowania. Wolny rynek wcale nie powoduje lepszej jakości podręczników, lecz tylko drenowanie kieszeni rodziców. Triki wydawców polegające na zamianie kolejności rozdziałów, dodaniu jednego zadania, itp. powodują że podręcznik nie może być wykorzystany przez młodsze rodzeństwo. O wiele lepszym rozwiązaniem wydaje się być zamówienie przez ministerstwo podręcznika do danego przedmiotu. Koszt takiego przedsięwzięcia będzie znikomy, a wszyscy zadowoleni. Podręczniki to nie gry komputerowe!
A
Adi Adiafora
Co z ta Polską ?, a może co z nami „frajerami”?!

Największe grzechy ludzi u steru władzy oraz armii pasożytniczych „nietykalnych”.

Zacznijmy od materii sprawiedliwości społecznej, która tak naprawdę to nie istnieje w Polsce. Silne grupy zawodowe, organizacje powiązane z władzą wykonawczą, ustawodawczą i sadowniczą traktują Polskę jak „krowę dojną”. Są jak nienasycone pasożyty które żerując na „państwie” rozwijają się w zawrotnym tępię powodując stopniowy proces „obumierania dawcy”. W RP mamy do czynienia z przekładaniem interesu pewnych wpływowych środowisk nad dobro całego społeczeństwa. Tworzony jest cały system rożnej formy przywilejów, dla wybranych środowisk. Te grupy zawodowe, czy środowiska ze świata wielkiej finansjery i biznesu są jak pijawki „nienażarte” wysysające krew z „organizmu”.

Nasuwa się pytanie, gdzie w tym kraju do cholery zapodziała się zwykła przyzwoitość i sprawiedliwość?

Efekt jest taki, że na tą cześć społeczeństwa, która jest traktowana jak „dawca krwi” dla grup pasożytniczych , nakłada się coraz większe „obciążenia” ( m.in. wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat). Jednocześnie pojawiają się, pozorne i bijące kunktatorstwem, działania rządu na rzecz ograniczenia przywilejów (wydłużono czas pracy służb mundurowych od 1 stycznia 2013, ale tylko nowo zatrudnionym, nie likwidując proceder pompowania pensji przed odejściem aby uzyskać jak największa emeryturę).

W przypadków górników czy rolników przekładane są projekty ograniczeń przywilejów tych grup, prowadzone są konsultacje społeczne, wszystko zawieszone jest w “próżni niemocy”, kolejne rządy stronią od podejmowania prób jakichkolwiek ograniczeń przywilejów panicznie bojąc się konfrontacji z silnymi związkami zawodowymi i lobby. W grę wchodzi utrata znaczącego elektoratu czy spektakularne manifestacje, które mogą obniżyć poziom poparcia rządzących (uwidaczniający się w sondażach).

Skala kierowania szerokich strumieni pieniędzy, na „uprzywilejowane środowiska”, pochodzących od wy-drenowanego całego społeczeństwa polskiego, poprzez system ściągania danin społecznych (w formie podatków para-podatków itp.) jest ogromna.

Przykładowo górnicy mogą przejść na emeryturę po 25 latach pracy, każdy rok liczy się jak 1,8 roku pracy przy obliczaniu „upragnionej” emerytury. Górnicy skamlają, płaczą nad swoim losem jednocześnie śmiejąc się pod nosem jak tylko opinia publiczna nie patrzy (wracając z wysoka emeryturą do pracy w firmach zewnętrznych, mając emeryturę + wypłatę). Jest zdecydowanie w Polsce masę zawodów o wiele bardziej ”ciężkich” i niebezpiecznych pozbawionych przywilejów, np. w formie składowych wynagrodzenia (trzynastki, czternastki, piórnikowe itd..) oraz deputatów węglowych. Deputat węglowy, to dopiero pokazuje skale niesprawiedliwości społecznej, jeden z wielu przykładów, które utwierdzają w przekonaniu iż dochód państwa polskiego rozdrapywany jest przez „silne grupy nacisku” ( 10 proc. węgla najlepszego gatunku trafia do górników i emerytów, który jest w 90% przedmiotem handlu, nie obciążanego podatkiem. Tylko w Kompanii Węglowej w ten sposób trafiający na rynek węgiel ma wartość około pół miliarda złotych).

Rolnicy są traktowani jak grupa „specjalnej troski”, są “rozpieszczani”, “głaskani”, utworzony dla nich specjalny system emerytalny, zadbano aby nie musieli płacić podatku dochodowego, tylko symboliczny podatek rolny. Składki zdrowotne to dla nich abstrakcja, nam tłumaczy się, że oni tacy biedni, że działalność rolnicza ma swoją specyfikę, a KRUS jest „tanim systemem opieki społecznej na wsi”. Co jest śmieszne jeżeli się pomyśli co wspólnego z tą „teorią” maja posiadacze setek hektarów ziemi, czerpiący z samych dopłat z UE potężne profity, płacący żenująco niskie składki na KRUS.
C.D. na adiafora.pl
Dodaj ogłoszenie