Emigracja obniżyła bezrobocie, sprawiła, że nasze płace wzrosły

Tomasz Dominiak

  • Polska
Fala emigracji zarobkowej ruszyła niemal natychmiast po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Skala tego zjawiska zaskoczyła polityków, socjologów i specjalistów od rynku pracy.

Z oficjalnych danych rządowych wynika, że w latach 2004-2008 za chlebem wyjechało ponad 2,2 mln osób. Takiego exodusu ludności nie zanotowaliśmy od II wojny światowej.

Najwięcej Polaków wyjechało do Wielkiej Brytanii oraz Irlandii, gdzie w wyniku szybkiego wzrostu gospodarczego szybko rosło zapotrzebowanie na ludzi do pracy. Zwłaszcza na pracowników do prostych prac budowlanych, polowych i porządkowych.

- W Polsce bezrobocie wynosiło wówczas ponad 20 proc., więc tysiące ludzi zostawiały rodziny i bliskich, by zarabiać pieniądze poza krajem - mówi Justyna Frelak, koordynatorka programu migracji Instytutu Spraw Publicznych.

W maju 2004 r. rynek pracy otworzyła również Szwecja. Jednak północny kierunek nie cieszył się tak dużą popularnością. W ciągu pięciu lat wyemigrowało tam zaledwie 27 tys. osób, mimo że emigrantom przysługują te same prawa do zasiłków i pomocy socjalnej co Szwedom. Polacy wybierali Wielką Brytanię, bo lepiej znali ten rynek. Wielu wyjeżdżających miało tam znajomych z wcześniejszych fal emigracyjnych: tej po II wojnie światowej oraz w latach 80.

Do czasu akcesji tysiące Polaków pracowały w Wielkiej Brytanii nielegalnie. Najczęściej jako pomoc domowa lub w knajpach. W maju 2004 r. wielu nielegalnych pracowników wyszło z szarej strefy, by skorzystać z przysługujących zarejestrowanym pracownikom praw do opieki medycznej, emerytury czy zasiłku. Z badań prof. Krystyny Iglickiej, eksperta od migracji i demografii z Centrum Stosunków Międzynarodowych, wynika, że aż 30 proc. zarejestrowanych na Wyspach w 2004 r. Polaków wcześniej pracowało tam nielegalnie.

Nowo odkrytym krajem dla polskiej emigracji okazała się też Irlandia. - Płace były tam takie jak w Wielkiej Brytanii, ale Irlandczycy są dużo bardziej wyrozumiali dla emigrantów zarobkowych niż np. Anglicy - mówi Iglicka. - W wielu rodzinach są przodkowie, którzy w latach 30. XIX w. wyjechali za chlebem do USA.

Mniej nas bez pracy
W kraju najbardziej odczuwalnym skutkiem masowej emigracji był spadek bezrobocia. W ciągu zaledwie czterech lat stopa bezrobocia spadła z 20 do poniżej 10 proc. Zdaniem prof. Iglickiej bez otwarcia rynków pracy na Zachodzie i fali wyjazdów bezrobocie nie miałoby szans spaść poniżej 15-16 proc. Przypomnijmy, że w maju 2004 r. najgorzej było wśród absolwentów - bez stałego zajęcia pozostało ponad 30 proc. To właśnie młodzi, często bardzo dobrze wykształceni ludzie decydowali się na opuszczenie kraju.

Paradoksalnie jednak ci, którzy zostali, też nie mogli narzekać. W wyniku odpływu fachowców na Zachód w Polsce zaczął rosnąć popyt na pracowników. Zwłaszcza że w unijnej już Polsce zaczęły masowo inwestować zachodnie koncerny. Motorola, Philips, ABM otwierały tu fabryki, centra księgowe i usługowe. Pracę w nich znalazły tysiące ludzi. Popyt na ręce do pracy sprawił, że nasze płace zaczęły rosnąć. W latach 2004-2005 wzrost ten wyniósł 4-5 proc. rocznie. Ale już w 2006 r. przyspieszył do 8 proc., w latach 2007-2008 do ponad 10. Najlepiej było w budownictwie, gdzie wzrost płac w latach 2004-2008 wyniósł ok. 20 proc. rocznie! Ci, którzy zostali, byli rozchwytywani i mogli dyktować warunki finansowe. Najcenniejsi okazali się inżynierowie, informatycy, a także wysokiej klasy menedżerowie.
Dokąd wyjeżdżamy
Z czasem kierunki emigracji zarobkowej Polaków zaczęły się zmieniać. Po początkowym zachłyśnięciu się Wielką Brytanią i Irlandią coraz bardziej popularna stały się Norwegia i inne kraje skandynawskie. Pracodawcy oferowali tam płace wyższe niż na Wyspach i wysoki socjal.

Do czasu akcesji z Unią Europejską Polacy wyjeżdżali głównie do pracy sezonowej na kilka miesięcy, czasem na pół roku. Za granicą koncentrowali się gównie na zarabianiu pieniędzy i oszczędzaniu. Nie próbowali się asymilować, mało konsumowali. Emigranci po 2004 r. jechali ze świadomością, że zostaną tam na dłużej. Często, gdy dostawali dobrą pracę, zabierali współmałżonków, dzieci, organizowali sobie tam życie. Większość z nich zakłada jednak, że prędzej czy później wróci do kraju. Jak się dorobią, odłożą jakiś kapitał, a dzieci skończą szkołę.

- Najczęściej po pięciu latach następuje moment, kiedy trzeba podjąć ostateczną decyzję co dalej - mówi prof. Iglicka. - Jeśli ktoś po tym okresie nie zdecyduje się wrócić, to raczej wątpliwe, żeby później dopasował się do polskich realiów - uważa Iglicka. Oznacza to, że ten krytyczny moment ma przed sobą jeszcze wielu emigrantów, którzy wyjechali w latach 2004-2005.

Strumień pieniędzy
Jednym z podstawowych kryteriów powrotu jest stan oszczędności. Nieławto jednak uzbierać satysfakcjonującą kwotę, bo emigranci bardzo często lwią część zarobków wysyłają do rodziny w kraju. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w latach 2004-2008 do Polski emigranci przesłali ok. 80 mld zł. To zaledwie kropla w naszym PKB wynoszącym grubo ponad bilion 100 mld zł, ale z pewnością pieniądze te pomogły ograniczyć obszary biedy chociażby w rejonach silnie dotkniętych bezrobociem na wschodzie kraju. Znacząco wspomogły też konsumpcję, a tym samym przyczyniły się do szybszego wzrostu PKB.

Tanie latanie
Branżą, która najbardziej skorzystała na emigracji zarobkowej, jest lotnictwo. Na naszym niebie zaroiło się od samolotów tanich linii lotniczych, które wcześniej szerokim łukiem omijały Polskę. Zaczęło im się opłacać wozić emigrantów i ich rodziny. Wizz Air, Ryanair czy easyJet dla setek tysięcy osób będą się kojarzyć z pierwszym w życiu lotem samolotem. Przewoźnicy niskokosztowi agresywnie weszli na nasze lotniska, a w ciągu pięciu lat opanowali połowę rynku lotniczego. To fenomen na skalę europejską, bo wszędzie w Unii tanie linie mają najwyżej 30-40 proc. rynku. Dzięki temu wreszcie zaczęliśmy masowo latać. W ciągu pięciu lat ponaddwukrotnie wzrósł ruch lotniczy na polskich lotniskach; z niecałych 9 mln pasażerów w 2004 r. do ponad 20 mln w 2008 r.
Nic dziwnego, bo tanie linie, walcząc o polskiego pasażera, ostro cięły ceny. W promocjach oferowały nawet bilety za złotówkę do największych portów w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Po doliczeniu obowiązkowych opłat często okazywało się, że faktycznie bilet kosztuje 200-300 zł, ale to i tak był duży postęp w porównaniu do cen sprzed naszego wejścia do Unii. Wcześnie taryfy np. British Airways z Polski na Wyspy również kosztowały 200-300, ale... dolarów.

Współpraca Wojciech Taras

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3