reklama

Elisabeth Revol ocalała, Tomasz Mackiewicz został na Nanga Parbat. Czasami góry żądają od swoich zdobywców największej ofiary

Dorota KowalskaZaktualizowano 

Wideo

Źródło: TVN

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
NANGA PARBAT | TOMASZ MACKIEWICZ | Historia światowego himalaizmu to nie tylko zdobyte ośmiotysięczniki, ale też setki ciał leżących przy drogach na szczyty, i dziesiątki historii o wielkiej odwadze ratowania innych.

O akcji pod Nanga Parbat powstało już kilkanaście artykułów, powstaną zapewne książki. Czterech polskich himalaistów, którzy uratowali Elisabeth Revol, to dla świata herosi, lodowi wojownicy. W nocy, w ekstremalnie trudnych warunkach, przy temperaturze sięgającej minus 40 stopni Celsjusza dotarli do Francuzki i sprowadzili ją na dół.

„Udało się niemożliwe. Razem z Elisabeth Revol i Denis Urubko FANS u podstawy ściany Diamir. Jestem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy. Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa. Przykro mi, ale nie mieliśmy żadnych szans pomóc Tomkowi” - napisał potem na Twitterze Adam Bielecki.

Akcja była arcytrudna, ale jak mówią himalaiści - są solidarnym, empatycznym środowiskiem i jeśli tylko mogą, ruszają na pomoc tym, którzy tego potrzebują. Nie zawsze się udaje.

ZOBACZ TEŻ | Martyna Wojciechowska o tragedii na Nanga Parbat

Źródło:
TVN

- W przypadku Nanga Parbat trzeba mieć świadomość wielu czynników, które wpłynęły na to, że uratowanie Elisabeth Revol było możliwe. To czynniki ważne przy każdej akcji ratunkowej. Przede wszystkim ważny jest sprawny zespół koordynujący, który ogarnie wszystkie jej aspekty. Począwszy od dotarcia do osób decyzyjnych - w tym przypadku do MSZ i attaché Zbigniewa Wyszomirskiego, a dzięki niemu do pakistańskich decydentów rządowych, którzy uruchomili armię dysponującą śmigłowcami. Kluczowy jest plan akcji, z założeniem wielu alternatyw uwzględniających decyzję armii, pogodę, warunki zastane, położenie ratowanych etc. Ważne jest zaplecze sprzętowe oraz medyczne, aż w końcu osoby doskonale znające topografię terenu, zajmujące się lokalizacją i naprowadzaniem ratowników na ratowanych, tu technologia sprawdziła się doskonale - tłumaczy Bogusław Kowalski, instruktor Polskiego Związku Alpinizmu, biegły sądowy w obszarze BHP i wspinaczki. - Jest jeszcze wiele aspektów, ale chyba najważniejszy to zespół ludzi, którzy mogą się podjąć zadania, to znaczy zdrowych i zaaklimatyzowanych wspinaczy. Szczęśliwie się złożyło, że odległość K2 od Nanga Parbat jest stosunkowo niewielka, co miało ogromny wpływ na powodzenie akcji. Należy pamiętać, że brali w niej udział nie tylko Bielecki i Urubko, ale także Jarosław Botor i Piotr Tomala, oni nieśli ciężki sprzęt, przede wszystkim medyczny - dodaje Bogusław Kowalski.

Denis Urubko w 2001 roku sprowadził do bazy znaną himalaistkę Annę Czerwińską, rok później wyrwał śmierci Marcina Kaczkana

Zresztą dla Denisa Urubko to nie była pierwsza akcja, w której ratował komuś życie, w 2001 roku sprowadził do bazy znaną alpinistkę i himalaistkę Annę Czerwińską, rok później wyrwał śmierci Marcina Kaczkana, który podczas wyprawy doznał obrzęku mózgu.

Bo wspinaczka w górach, zwłaszcza tych najwyższych, to zawsze ryzyko. Można je oczywiście minimalizować, ale czasami niesprzyjający zbieg okoliczności sprawia, że himalaiści muszą walczyć o życie. Swoje i innych.

Jedną z największych górskich tragedii, najlepiej opisanych i zekranizowanych, była ta z Mount Everestu. To góra śmierci, przy samej tylko drodze prowadzącej na szczyt leży ponad 200 ludzkich ciał. Część z nich himalaiści schowali pod śniegiem, inne pochowali w prowizorycznych mogiłach przykrytych kamieniami, ale niektóre leżą, ot tak, przy szlaku. Najbardziej znane to „Zielone Buty”, bo tak alpiniści nazywają ciało wspinacza, który zmarł pod szczytem góry, na wysokości około 8500 metrów. Ubrany był dość charakterystycznie: zielone buty, puchowa czerwona kurtka, niebieskie spodnie. Leży pod Everestem prawdopodobnie od 1996 roku. Niektórzy mówią, że to ciało 28-letniego himalaisty Tsewanga Paljora, który miał zginąć w partii podszczytowej najwyższej góry świata 10 maja 1996 roku, ale też ten dzień odcisnął piętno na światowym himalaizmie. W drodze na szczyt spotkały się wtedy trzy wyprawy, w tym dwie komercyjne. Przewodnicy - Rob Hall, Mike Groom i Andy Harris - wprowadzali na Mount Everest ośmiu klientów. Dołączyli do nich himalaiści z firmy Scotta Fishera Mountain Madness i ekspedycja sponsorowana przez rządy Tajwanu i Indii. Niestety, szybko zaczęły się kłopoty. Kiedy uczestnicy wspinaczki doszli do Uskoku Hillary’ego, odkryli, że nie ma żadnej poręczówki, które miały być wcześniej przygotowane. Musieli czekać godzinę, aż przewodnicy zamontują liny. Potem blisko czterdziestu amatorów próbowało zdobyć szczyt jak najszybciej, a ponieważ Hall i Fisher poprosili ich, aby trzymali między sobą odległość 150 metrów, siłą rzeczy na jednej z poręczówek na Uskoku Hillary’ego zrobił się korek. Wielu ze wspinaczy nie zdążyło dotrzeć na szczyt przed godz. 14.00, czyli ostatnią bezpieczną porą na zejście do obozu IV przed zapadnięciem nocy. Przewodnik Halla, Ang Dorje, wraz z innymi Szerpami czekał na wierzchołku na swoich klientów. Około godz. 15.00 rozpoczęli zejście. Schodząc, Ang Dorje natknął się na Douga Hansena, jednego z podopiecznych Roba, i rozkazał mu natychmiastowe zejście. Hansen odmówił, był już w bardzo złym stanie. Gdy Hall dotarł na miejsce, wysłał Szerpów na dół, by zajęli się innymi, a sam postanowił zostać przy Hansenie, który potrzebował pomocy, jego zapasowa butla z tlenem była już pusta. To jednak nie koniec kłopotów. O godz. 17.00 nad południowo-zachodnią ścianę Everestu nadciągnęła nawałnica, ograniczając widoczność i zacierając szlak do obozu IV. Niedługo potem Hall wezwał przez radio pomoc, informując, że Hansen stracił przytomność, ale ciągle żyje. O godz. 17.30 przewodnik Adventure Consultants Andy Harris rozpoczął wspinaczkę w stronę Uskoku Hillary’ego, niosąc ze sobą zapasowy tlen i wodę, ale na miejsce nie dotarł. Hansen zmarł w nocy w wyniku hipotermii.
Rob Hall późnym popołudniem skontaktował się z bazą, z prośbą o połączenie go z żoną, Jan Arnold. Podczas ich ostatniej rozmowy zapewnił ją, że czuje się całkiem dobrze, i dodał: „Śpij dobrze, kochanie. Nie martw się za bardzo”. Krótko potem zmarł. Ta wyprawa to także historia Becka Wheatersa. Amerykański lekarz na wysokości ponad 8 tys. metrów zaczął tracić wzrok. Niskie ciśnienie panujące na tej wysokości odwróciło skutki wcześniejszej operacji rogówki. Weathers skontaktował się z przywódcą swojej grupy, Rob Hall nakazał mężczyźnie pozostać na wysokości, na której się znajduje - miał po niego wrócić, ale, jak już wiemy, został na szczycie. Czekającego na pomoc patologa odnalazł przewodnik Mike Groom. Doprowadził mężczyznę do większej grupy. Po wielu godzinach spędzonych w trudnych warunkach Beck Weathers stracił przytomność. Około północy czterech członków wyprawy dotarło do obozu, wezwali ratowników - ci ruszyli po pozostałych uczestników. Pomagali głównie tym, którzy mieli największe szanse na przeżycie. Beck Weathers i Japonka Yusuko Namba zostali na górze - nie rokowali dobrze. 11 maja natrafiła na nich kolejna ekipa ratunkowa. Byli w bardzo złym stanie: Weathers miał liczne odmrożenia, ledwo wyczuwalny puls. Ratownicy nie byli w stanie sprowadzić w dół tej dwójki - podjęli jedną z najtrudniejszych decyzji -postanowili zostawić ich w miejscu znalezienia. Niedługo później Japonka umarła. Ale Beck Weathers po jakimś czasie odzyskał przytomność. Myślał, że jest w domu.

„Leżałem wygodnie w swoim ciepłym łóżku, przez okno świeciło światło” - wspominał ze łzami w oczach podczas przemowy w Oklahomie. - „I nagle zobaczyłem przed twarzą swoją nagą, martwą, siną rękę. Uderzyłem nią o lód - wydała głuchy dźwięk drewnianej belki. Wtedy zrozumiałem, że nie jestem w swoim łóżku. Jestem gdzieś na tej górze i nie mam pojęcia, gdzie. Przed oczami zobaczyłem swoją rodzinę” - opowiadał.

Kinga Baranowska: Mackiewicz i Revol wspinali się w stylu romantycznym

Źródło:
TVN

Postanowił walczyć.

„Nie jestem zbyt odważny, ale wcale się wtedy nie bałem” - mówił później. - „Tak silna była świadomość, że już nigdy nie pożegnam się ze swoją żoną. Że już nigdy więcej nie powiem jej: kocham cię. Że już nigdy więcej nie wezmę na ręce swoich dzieci”.

11 maja 1996 roku na Mount Everest zginęło osiem osób - najwięcej jednego dnia, ale też w drodze na szczyt spotkały się trzy wyprawy

Ruszył w stronę obozu i po prawie dwóch godzinach dotarł do bazy. Ratownicy go nie rozpoznali, był potwornie poodmrażany, ale żył.

11 maja 1996 roku na Mount Everest zginęło osiem osób - najwięcej jednego dnia.

Siedem lat wcześniej - w 1989 roku - po tym, jak na Mount Evereście lawina zebrała sześciu Polaków, odbyła się tu jedna z najbardziej dramatycznych akcji górskich w Himalajach. Zejście lawiny przeżył jedynie Andrzej Marciniak i praktycznie skazany był na pewną śmierć. Uratował go Artur Hajzer, a raczej jego niesamowity upór.

Ale po kolei: Polacy zorganizowali wyprawę na najwyższą górę świata, poszli na nią starzy wyjadacze, najlepsi z najlepszych, a wśród nich debiutant Andrzej Marciniak, w zastępstwie chorego kolegi.

Wieczorem 24 maja 1989 r. Eugeniusz Chrobak i Andrzej Marciniak stanęli na szczycie, zeszli do obozu V, potem na przełęcz Lho La na wysokości 6026 m, gdzie spotkali się z czwórką swoich kolegów. I tu ich dobra passa się skończyła: przyszło załamanie pogody, wycieńczeni himalaiści zostali odcięci od świata. Polacy nie chcieli czekać w nieskończoność, zdawali sobie sprawę, że aby przeżyć, muszą spróbować zejść do bazy. W drodze zeszła na nich lawina, zepchnęła sześciu wspinaczy w dół. Przeżyli tylko Marciniak i dwóch jego kolegów, którzy zmarli w nocy. Marciniak odnalazł radiotelefon, powiadomił o wypadku bazę. Był w kiepskim stanie: zapadł na śnieżną ślepotę, nie mógł samodzielnie chodzić. Mógł liczyć wyłącznie na pomoc ratowników. Był rok 1989 roku - komunizm. I tu do akcji wkroczył Artur Hajzer, przyjaciel Marciniaka. Postawił na nogi całą stolicę Nepalu, wydzwaniał do ambasadorów Włoch, Indii, USA, Rosji i korespondentów Reutersa, aby uruchomili oni swoje kontakty i zorganizowali pomoc.
Zareagowali Chińczycy, proszeni przez Amerykanów. Podstawili na granicę ciężarówkę, wskoczyli do niej Hajzer i wybitni wspinacze z Nowej Zelandii: Rob Hall (tak, tak, ten sam, który siedem lat później zginął pod szczytem) i Gary Ball. Marciniak nie wierzył, że ktoś po niego przyjedzie - zakładał właśnie raki i zbierał się do wyjścia z namiotu, oślepiony, wycieńczony, postanowił sam schodzić na dół, gdy usłyszał głos Hajzera. „To ja, Artur, przyszliśmy po ciebie. Jesteś uratowany”. Po kilku godzinach wszyscy byli bezpieczni w bazie.

Hajzerowi też pomagali inni: 10 lutego 2008 roku, po urwaniu nawisu śnieżnego na Tomano-wych Stołach, został porwany przez lawinę. Utrzymał się jakoś blisko jej powierzchni, miał nadajnikowy Pieps - ratownicy TOPR zdołali go odnaleźć i uratować. Trzy lata wcześniej na Broad Peak złamał nogę - koledzy bez zastanowienia ruszyli mu na ratunek.

W tym miejscu ciśnie się na język jedno nazwisko - Chris Bonington, to świetny wspinacz, podróżnik, najbardziej znany brytyjski alpinista o wielkim dorobku. Chris Bonington na stałe zapisał się w historii światowego himalaizmu, a ci, którzy wspinają się po górach, do dziś opowiadają jego historię.

ZOBACZ TEŻ | Tomasz Mackiewicz o wyprawach na Nanga Parbat: Góry były kontynuacją stanu, którego człowiek doświadcza po narkotykach

Źródło:
TVN

Bonington w 1977 roku wraz z Dougiem Scottem stanęli na dziewiczym, pakistańskim szczycie Ogre. W czasie zejścia doszło do wypadku, Scott złamał obie nogi. Podczas desperackiej próby sprowadzenia partnera Bonington połamał kilka żeber, ale mimo to cały czas niósł Scotta na swoich plecach. Ich sześciodniowe zejście, wsparte w odpowiednim momencie przez Mo Anthoine’a i Clive’a Rowlanda, zakończyło się szczęśliwie. Wspinacze uniknęli nawet poważniejszych odmrożeń.

Wspinanie to dla wielu ludzi sposób na życie. Dlatego góry oblegane są przez himalaistów i amatorów

Ale pisząc o wielkich akcjach ratowniczych, trzeba przyznać, że Polacy nigdy nie odmawiali innym pomocy. W lipcu 2014 roku w wyprawie Polskiego Himalaizmu Zimowego na Broad Peak brało udział osiem osób, ekipą kierował Jerzy Natkański. 24 lipca polscy himalaiści Agnieszka Bielecka, Marek Chmielarski i Piotr Tomala zdobyli główny wierzchołek Broad Peak. Kilkanaście godzin później „do polskiej messy w bazie wyprawy wszedł członek zespołu tajwańskiego z prośbą o pomoc umierającemu rodakowi. Shahim znajdował się w obozie IV, na wysokości około 7500 m” - pisał na facebookowym profilu Polskiego Himalaizmu Zimowego.

W tym czasie w obozie III odpoczywali Krzysztof Stasiak, Grzegorz Bielejec i Mariusz Grudzień, tyle co zeszli z wierzchołka Broad Peak. Grudzień jest ratownikiem medycznym i górskim, bez wahania zgodził się ruszyć na ratunek. „Próby zrekrutowania partnerów z innych wypraw do akcji ratunkowej zakończyły się fiaskiem, mimo że proszeni o udział byli również rodacy umierającego wyżej Shahima” - pisał PHZ. Do akcji włączyli się Grzegorz Bielejec i Marek Chmielarski, który „po akcji szczytowej nie zdążył nawet wysuszyć butów”. Dotarli do Tajwańczyka.

„Maniek zaaplikował mu niezbędne leki, a Grzesiek podał tlen. Nazajutrz w godzinach porannych wrócił po Shahima jego osobisty tragarz wysokościowy, który sprowadził go do obozu III, a wieczorem do „dwójki”, gdzie następnego dnia po raz kolejny dostał od Mańka dawkę leków” - czytamy na profilu PZH. Akcja ratowania Tajwańczyka splotła się z problemami zdrowotnymi członka polskiej ekipy Krzysztofa Stasiaka. 25 lipca rano stracił poczucie równowagi i czuł się coraz gorzej. „W tej sytuacji Maniek, który wrócił z nocnej akcji, bez zastanowienia zaaplikował koledze lek na obrzęk mózgu, a Piotr rozpoczął podawanie tlenu. Po około godzinie przygotowań Piotr rozpoczął sprowadzanie Krzyśka. Wszelkie zakłócenia w podawaniu mu tlenu, spowodowane poluzowaniem maski itd., natychmiast odbijały się na stanie chorego, który zaprzestawał współpracy z ratującym. Po 9 godzinach akcji Krzysiek, Piotr oraz Agnieszka znaleźli się pod ścianą, gdzie czekała na nich reszta polskiego zespołu z jedzeniem i piciem. W bazie stan Stasiaka poprawił się, a dzień później wrócił do normy” - informuje PHZ. Tyle tylko że Grzegorz Bielejec po akcji ratunkowej musiał zrezygnować z prób zdobycia Broad Peak - był zbyt zmęczony, aby atakować szczyt. Z kolei w 2008 roku media rozpisywały się o sukcesie polskich alpinistów Artura Hajzera i Roberta Szymczaka, którzy 11 maja w trudnych warunkach weszli na Dhaulagiri. O Hajzerze już było, Szymczak to lekarz, nie tylko się wspinał, ale też udzielał pomocy wracającym ze szczytu odmrożonym i wyczerpanym himalaistom. Na południowej ścianie Annapurny trwała od 20 maja akcja ratunkowa. Dzień wcześniej Hiszpan Inaki Ochoa de Olza, Rumun Horia Colibasanu i Rosjanin Aleksiej Bołotow wyruszyli z obozu V na szczyt. Jednak sto metrów poniżej wierzchołka Hiszpan i Rumun postanowili zawrócić, nie mieli już lin do poręczowania, a teren był trudny. Zaczęli schodzić do obozu IV na 7400 m. Rosjanin wspinał się dalej i doszedł do szczytu. W obozie IV Inaki Ochoa poczuł się źle i zaczął tracić przytomność. Pierwsi ruszyli na pomoc Szwajcarzy Ueli Steck i Simon Anthamatten, a potem także Rosjanie, Szerpowie i uczestnicy innych wypraw. Hajzer i Szymczak byli już w Katmandu, kiedy dowiedzieli się o sytuacji na Annapurnie. Pablo Ochoa de Olza, brat Inaki, zwrócił się do Szymczaka o pomoc. Ten nie wahał się ani chwili, wsiadł do helikoptera i razem z innymi wspinaczami poleciał do obozu II na stokach Annapurny, gdzie przygotowywali „szpital polowy”. Pomoc okazała się spóźniona. Inaki Ochoa zmarł 23 maja w obozie IV. Po tej tragedii Pablo Ochoa przysłał do Polski list z podziękowaniem dla Roberta Szymczaka: „Akcja ratunkowa była przykładem odwagi i współpracy między ludźmi, solidarności i dobrej woli... Robert Szymczak powinien być traktowany jak prawdziwy bohater... Chciałem złożyć gratulacje rodzinie Roberta, jego przyjaciołom, jego ojczyźnie, że byli w stanie wychować takiego człowieka. Powinniście być z niego dumni”.
Czasami nikt za pomoc himalaistom nie dziękuje. Dobro-sława Miodowicz-Wolf, dla znajomych Mrówka albo Mrówa, zginęła w masywie K2 w 1986 roku, najtragiczniejszym w dziejach zdobywania tej góry. Latem tamtego roku na szczyt K2 weszło 27 osób, ale aż 13 zginęło. Dobrosława na krótko przed wyruszeniem do ostatniego ataku zdecydowała odłączyć się od polskiego kobiecego zespołu Krystyna Palmowska - Anna Czerwińska, dołączyła do Alana Rouse’a, brytyjskiego wspinacza i jego ekipy w międzynarodowym składzie: Alan Rouse, Kurt Diemberger, Jullie Tullis, Willi Bauer, Alfred Imitzer i Hannes Wieser. Zamierzali atakować wierzchołek drogą wiodącą przez Żebro Abruzzi. Prawdopodobnie Mrówka myślała, że będzie miała większe szanse, by zdobyć szczyt. Polska ekipa, widząc nadchodzące załamanie pogody, wycofała się spod wierzchołka, drużyna Rouse postanowiła jednak atakować wierzchołek. Sam Alan Rouse zdobył K2, Dobrosława zdecydowała się jednak na odwrót. Schodząc, cała siódemka została uwięziona w obozie IV przez potężną nawałnicę, którą wcześniej widział polski zespół. Polka, choć sama mocno osłabiona, opiekowała się w obozie innymi, także Alanem Rouse’em, dwoma Austriakami, którzy mimo jej starań na zawsze pozostali pod szczytem K2. Kiedy wreszcie po pięciu dniach na niebie pojawiło się słońce, ocalała trójka dotarła do poręczówek. Pierwszy poszedł Willi Bauer, za nim Dobrosława. Osłabła. Minął ją Kurt Diemberger. Na wysokości około 7100 m Mrówka przysnęła na linach. Nikt jej nie obudził.

Małgorzata Sulikowska, krewna Tomasza Mackiewicza o akcji na Nanga Parbat

Źródło:
TVN

Tak, nie zawsze się udaje. Bogusław Kowalski opowiada taką historię: Jesienią 2016 roku w Himalajach Gharwalu odbywało się zgrupowanie unifikacyjne zorganizowane przez Polski Związek Alpinizmu. Na wyprawie działały trzy osobne zespoły zamierzające zdobyć bardzo trudne technicznie ściany. Na drodze Czeskiej, na szczycie Shivling, prawdopodobnie w wyniku ostrego przebiegu choroby wysokościowej, na wysokości ponad 6000 m n.p.m. zmarł Grzegorz Kukurowski. Jego partner Łukasz Chrzanowski podjął próbę wydostania się z ponad tysiącmetrowej ściany. Na pomoc ruszyli pozostali członkowie zgrupowania, znakomici alpiniści: Maciej Ciesielski, Janusz Gołąb, Paweł Kaczmarczyk, Piotr Sułowski, Kacper Tekieli i Andrzej Życzkowski. Niestety, w porównaniu z ostatnią akcją na Nanga Parbat koledzy nie mieli takiego zaplecza logistycznego. Wsparcie ze strony polskiej ambasady w Indiach było iluzoryczne, armia indyjska przez dwa dni wprowadzała w błąd Polaków, przekazując komunikaty, że posiada odpowiednie śmigłowce i pilotów potrafiących podjąć Łukasza ze ściany. Na domiar złego, w ścianie panowały fatalne warunki śnieżne - było bardzo lawiniasto. Pomimo tego na ratunek podążył zespół Ciesielski - Kaczmarczyk - Sułowski. Niestety, w momencie gdy byli od Chrzanowskiego mniej niż 200 metrów, on, odwodniony, zdeteriorowany, popełnił błąd i odpadł od ściany. Koledzy dotarli do niego, ale Łukasz Chrzanowski zmarł w wyniku obrażeń.

Góry czasami nie dają himalaistom szans, ale ci wciąż na nie wchodzą. Ta pasja, jak mówią, wciąga

- Dziś, porównując akcję ratunkową na Shivlingu i tę na Nanga Parbat, na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć śmierć Łukasza Chrzanowskiego. Jednak biorąc pod uwagę okoliczności, miał on zdecydowanie mniejsze szanse na przeżycie. Chcę wyrazić szacunek całej szóstce ratowników, którzy z narażeniem życia podjęli próbę ratowania kolegi - mówi Bogusław Kowalski, instruktor Polskiego Związku Alpinizmu.

Ale nawet jeśli nie zawsze się udaje uratować drugiego człowieka, warto podjąć próbę.

Piotr Pustelnik, alpinista i himalaista, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum, w 2006 roku dostał od Polskiego Komitetu Olimpijskiego nagrodę Fair Play za akcje ratunkowe, w których sprowadzał ludzi z gór. Tak o tym mówił:

„Alpiniście nie powinno się przyznawać nagrody za to, że zachował się w górach przyzwoicie, bo człowiek po prostu tak powinien się tam zachowywać. Ja raczej odebrałem tę nagrodę jako pewien symbol. (…) Ja się po prostu zachowałem zgodnie ze swoimi zasadami i uważam, że zrobiłem to, co każdy inny powinien zrobić. Dla mnie ważna jest - cokolwiek w życiu się robi - postawa spolegliwego opiekuna, człowieka, który ma w sobie wbudowaną niezbywalną empatię”.

POLECAMY:

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie