Eksperci prokuratury szukali w Tu-154m śladów, BOR - ładunków

Witold Głowacki
Czy na pokładzie prezydenckiego tupolewa w momencie wylotu do Smoleńska mogły znajdować się ślady materiałów wybuchowych? "Polska" ustaliła, że istniała możliwość, by stało się tak bez złamania prawa, naruszenia procedur BOR, a także - bez przekroczenia reguł sztuki obowiązujących w służbach całego świata.

Wyjaśnienia nie zobaczymy gołym okiem. Bo zaczyna się ono tam, gdzie kończy się węch psa.

Dziesięć dni temu Dorota Kowalska przeprowadziła w redakcji "Polski" eksperyment z użytym przez biegłych i ekspertów prokuratury wojskowej w Smoleńsku podczas badania wraku tupolewa detektorem MO-2M.

Eksperyment "Polski" potwierdził, że MO-2M to niezwykle czułe - pod wieloma względami najbardziej precyzyjne z użytych przez ekspertów prokuratury - urządzenie. I że choć może ono błędnie zareagować na niektóre substancje, to jednak na ogół dość łatwo jest taki rodzaj niejednoznacznych wskazań odróżnić od tego, który jednoznacznie identyfikuje podstawowe materiały wybuchowe.

Natychmiast po publikacji "Polski" NPW ogłosiła wyniki kolejnego badania - tym razem przeprowadzonego na drugim, bliźniaczym wobec rozbitego w Smoleńsku, tupolewie 154 o numerze bocznym 102. Ten zaś od ponad roku nie lata już z VIP-ami na pokładzie. Przekazany Agencji Mienia Wojskowego stoi na lotnisku w Mińsku Mazowieckim.

"Urządzenia reagowały w analogiczny sposób jak w Smoleńsku, podając sygnały mogące wskazywać na obecność materiałów wysokoenergetycznych, w tym wybuchowych" - napisał w dotyczącym tupolewa nr 102 komunikacie rzecznik NPW. Zdawało się to uprawdopodobniać domysły, że jakaś ilość materiałów wybuchowych mogła się znaleźć na pokładzie prezydenckiego tupolewa przed wylotem do Smoleńska.

- Samolot był bardzo dokładnie sprawdzony przez grupę funkcjonariuszy BOR. W sprawdzeniu użyto także psa. Nie zostały wykryte żadne niebezpieczne substancje - mówił jednak mjr Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR, tuż po publikacji przez "Rzeczpospolitą" pamiętnego materiału "Trotyl na wraku tupolewa". Już po drugim komunikacie prokuratury wojskowej niemal to samo powtarzał szef BOR generał Marian Janicki.

Stanowiska NPW i BOR mogły się więc wydawać rozbieżne. Szczególnie, jeśli wyłączymy - nieco mniej prawdopodobne po ostatnim komunikacie NPW - hipotezy o kontakcie samolotu z materiałami wybuchowymi tuż po zderzeniu z ziemią (trotyl z czasów wojny itp.) lub już całkiem po katastrofie (transport wojskowymi pojazdami, zanieczyszczenie wraku).

Postanowiliśmy sprawdzić, z czego ta rozbieżność może wynikać. Na początku roku Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie działania BOR w zakresie przygotowywania lotów z VIP-ami na pokładzie. Później w biurze odbyła się kontrola zarządzona przez ministra spraw wewnętrznych. Zapytaliśmy MSW o to, czy w ramach obu kontroli stwierdzono jakiekolwiek nieprawidłowości dotyczące sprawdzeń pirotechnicznych przeprowadzanych przez BOR. - Zarówno wystąpienie pokontrolne NIK na temat BOR, jak i wyniki kontroli przeprowadzonej przez MSW pozostają niejawne - odpowiedziała rzecznik MSW Małgorzata Woźniak.
Przede wszystkim jednak zwróciliśmy się do samego BOR. Mogliśmy porozmawiać z dwoma doświadczonymi pirotechnikami biura. Żaden z nich nie odpowiadał za sprawdzenie pirotechniczne tupolewa w czasie poprzedzającym wylot do Smoleńska. Obaj wykonują na co dzień analogiczne zadania. Nie możemy ujawnić ich personaliów - w spotkaniu uczestniczył natomiast także rzecznik BOR mjr Dariusz Aleksandrowicz.

Eksperci i biegli, którzy na zlecenie prokuratury wojskowej przeprowadzili przed niemal dwoma miesiącami badanie wraku prezydenckiego tupolewa pod kątem obecności śladów materiałów wybuchowych, używali bardzo czułych spektrometrów ruchliwości jonów.

Urządzenia podobnego rodzaju (choć niekoniecznie tych samych marek) znajdują się na wyposażeniu grupy rozpoznania pirotechnicznego BOR. Pirotechnik BOR: - To niezwykle czuły sprzęt. Niektóre z naszych urządzeń zaliczają się do najbardziej zaawansowanych generacji na rynku.

Myli się jednak - i to kompletnie - ten, kto sądzi, że właśnie ze spektrometrem w ręku pracują służby, które rozpoczynają typowe sprawdzenie samolotu.

Pierwszą - i często jedyną - instancją zawsze jest pies. Pirotechnik BOR: - To absolutna norma. Tak jest w służbach całego świata, także w lotnictwie cywilnym. Wszędzie tam, gdzie bada się obiekty pod kątem ewentualnej obecności zagrożenia pirotechnicznego, profilaktycznie, najlepiej sprawdzają się psy.

Rzeczywiście. Nieco różnią się tylko akty prawne, na podstawie których określa się normy skuteczności psów w wykrywaniu materiałów wybuchowych. W BOR reguluje to wewnętrzna instrukcja, a wyszkoleniem psów zajmuje się policyjna szkoła w Sułkowicach. Swoją - dość podobną do BOR-owskiej - instrukcję ma policja. Jeszcze inne regulacje obowiązują straż graniczną. W lotnictwie cywilnym natomiast określa tę kwestię niejawny dodatek do jednego z rozporządzeń Komisji Europejskiej.

Nie tylko więc w BOR, ale właściwie wszędzie, gdzie w grę wchodzi profilaktyczna kontrola pod kątem obecności zagrożenia pirotechnicznego - w amerykańskiej Secret Service również - to pies jest podstawowym "narzędziem" pirotechników. Nie tylko dlatego, że by użyć spektrometru, trzeba umieścić w nim wyizolowaną próbkę z danego miejsca czy przedmiotu, pies zaś radzi sobie samodzielnie w niemal dowolnym obiekcie.

Także dlatego, że szkolone za pomocą tzw. markerów (w tym wypadku skrawków materiałów przetrzymywanych przez dłuższy czas w bliskości konkretnych materiałów wybuchowych) starannie selekcjonowane psy są w stanie wykryć praktycznie każdy ładunek wybuchowy.
Nie są przy tym nieomylne. Choć zagrożenia nie pominą, bywa, że wszczynają alarm na wyrost. Nie tylko wtedy zresztą, gdy ich węch mylony jest przez niektóre środki chemiczne.

Co dzieje się w takim wypadku? Pirotechnik BOR: Jeśli w miejscu wskazanym przez psa nie widać gołym okiem zagrożenia, właśnie wtedy sięgamy po urządzenia w rodzaju spektrometru. Jeśli i ich wskazania są niejednoznaczne, trzeba działać dalej - mówi pirotechnik. I opowiada o sytuacji sprzed około dwóch lat, sprzed wylotu premiera Donalda Tuska do Azji z lotniska w Łodzi. - To był lot czarterowanym samolotem. Podczas sprawdzenia pirotechnicznego pies siadał (to sygnał możliwości istnienia zagrożenia - red.) przy kilku fotelach. Także urządzenia techniczne dawały pewne wskazania, że coś tu jest. Wylot został wstrzymany, podejrzane fotele wymontowane i zabrane do prześwietlenia. Nic konkretnego nie znaleziono. Ale okazało się, że tym samym samolotem również w ramach czarteru wracali niedawno z misji żołnierze - opowiada pirotechnik.

Oficerowie BOR nie mieli natomiast podobnych problemów z tupolewami. Przed wylotem do Smoleńska również. Pirotechnik BOR: - W żadnym wypadku nie było najmniejszych podstaw do wątpliwości. Psy nie reagowały, samolot został sprawdzony i stał na wojskowym Okęciu strzeżony przez żołnierzy. Nie było też żadnych doniesień o zagrożeniu.

Podczas sprawdzeń tupolewa bezpośrednio przed wylotem do Smoleńska nie używano spektrometrów. Dlaczego BOR nie sięgnął po tę klasę urządzeń? Służby nie mając nawet cienia podejrzeń, nie muszą sięgać po całą gamę dostępnych urządzeń. Po prostu - wystarcza im pies.

Psy do wykrywania materiałów wybuchowych, określane w nomenklaturze służbowej mało romantycznym skrótem PWMW, ze swej natury nie podlegają równie precyzyjnej specyfikacji jak spektrometry. Specjaliści od ich szkolenia bardzo niechętnie odpowiadają na pytania o ilościową czułość psiego węchu. Zwłaszcza że różni się ona znacznie w zależności od charakteru danego materiału. Przy tym zaś należy do całkiem pilnie strzeżonych tajemnic. Jak jednak mówi nieoficjalnie "Polsce" jeden z policyjnych trenerów, dobrze wyszkolony pies potrafi zidentyfikować nawet jedną dziesięciomilionową część (10-⁷) grama niektórych najbardziej wonnych substancji w centymetrze sześciennym powietrza.

Wprawdzie dla materiałów wybuchowych te progi są zwykle wielokrotnie wyższe, jednak dla uproszczenia można przyjąć nawet tę graniczną wartość. To rzecz jasna ilość mikroskopijna - tym bardziej w porównaniu z najmniejszym nawet ładunkiem.

Właśnie dlatego pies, który potrafi wykryć tak nieznaczną ilość materiału wybuchowego, słusznie uważany jest za absolutnie pewnego gwaranta wykrycia najmniejszego nawet ładunku wybuchowego. O ile tylko właściwie kontroluje się jego skuteczność. Pirotechnik BOR: Pies przechodzi co roku rodzaj egzaminu. Musi uzyskać tzw. atest, czyli spełnić wyśrubowane normy egzaminacyjne. Na ogół BOR-owskie psy dają sobie z tym radę przez pełny ośmioletni okres regulaminowej służby. I tak jednak w ostatecznym rozrachunku zawsze przegrają ze spektrometrami.
Bo te potrafią wykryć materiał wybuchowy w ilości nieporównywalnie mniejszej niż psy - wręcz mikrośladowej. MO-2M wykrywa nawet jedną dziesięciobilionową (10-¹³ ) grama materiału wybuchowego w centymetrze sześciennym powietrza. To zaś dokładnie milion razy mniej niż - przyjęta tu i tak grubo na wyrost - maksymalna "czułość" wyszkolonego psa.

O ile więc BOR przed lotem z VIP-em na pokładzie szuka ewentualnego ładunku wybuchowego, o tyle prokuratorscy eksperci badający wrak prezydenckiego tupolewa dopiero rozpoczęli swoje znacznie bardziej z założenia szczegółowe badania. Bo właśnie jakościowe badanie spektrometrem pozwala wykryć nawet najdrobniejsze - w ścisłym tego słowa znaczeniu - ślady materiałów wybuchowych. Fakt, że przed wylotem do Smoleńska nie reagowały psy, byłby zaś wskazówką, że ślady takie mogły się mieścić w zakresie, którego już nie wyczuwa nos psa, a który wciąż wykrywa spektrometr. Czyli gdzieś między jedną dziesięciomilionową a jedną dziesięciobilionową grama na centymetr sześcienny. Tak nieznaczne ślady nie oznaczałyby nawet cienia ewentualnego zagrożenia pirotechnicznego. To właśnie zaś jego szukało i szuka - jak za każdym razem przed wylotem VIP-a - BOR.

- Naszym zadaniem jest określenie ewentualnych, ale realnych zagrożeń. I oczywiście w razie ich wykrycia zapobieżenie im. Nasze procedury właśnie na takie potrzeby zostały skrojone. Przed lotem do Smoleńska w żadnym wypadku nie doszło do ich złamania - mówi mjr Aleksandrowicz.

BOR-owcy natomiast zgodnie rozkładają ręce pytani o ewentualne ślady na tupolewie o numerze 102. Rzecz w tym, że jego ostatni lot z VIP-em na pokładzie miał miejsce 5 sierpnia 2011 r. Polska delegacja rządowa z szefem MSZ na czele leciała wtedy z Termez w Uzbekistanie, był to ostatni etap powrotu z wizyty w Afganistanie. Eksperci prokuratury badali natomiast tupolewa nr 102 dopiero po 15 miesiącach od tego ostatniego lotu nadzorowanego przez BOR.

Pirotechnik BOR: Nie mamy wiedzy o tym, co mogło dziać się z drugą "tutką" przez ten czas.

Gdzie więc należałoby szukać wyjaśnienia tajemnicy śladów materiałów wybuchowych na wraku tupolewa rozbitego w Smoleńsku? Najprawdopodobniej jednak na spodniach i bluzach polskich żołnierzy - a może nawet na garniturach oficjeli - wracających niejednokrotnie tupolewem nr 101 z Afganistanu. To samo zresztą może dotyczyć także śladów na tupolewie nr 102.

Inne ewentualności może odsłonić dopiero ujawnienie wyników szczegółowych badań laboratoryjnych próbek pobranych z wraku. Eksperci zweryfikują wtedy wskazania spektrometrów, po ewentualnym potwierdzeniu obecności śladów materiałów wybuchowych, rozpoczną ich analizę ilościową. Będą także prawdopodobnie próbowali określić w przybliżeniu czas ich pozostawania na wraku tupolewa. Nie będzie możliwe oczywiście stwierdzenie tego co do dnia ani nawet miesiąca, jednak raczej da się odpowiedzieć na pytanie, czy ślady te pochodzą sprzed ponad dwóch lat, czy np. sprzed pół roku.

Tyle tylko, że jak dotąd ten etap badań nawet się nie rozpoczął. NPW (cytaty z ost. oświadczenia prokuratury - red.) "finalizuje uzgodnienia ze Stroną Rosyjską" dotyczące przesłania pozostających w Rosji próbek pobranych w Smoleńsku przez ekspertów. I "liczy na to", że znajdą się one w kraju "jeszcze w grudniu 2012".

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

r
rob
No to jest autorytet! Ta gazeta ma z pewnością tylko jedną sprawdzoną informację na swoich łamach. Cena. A swoją drogą jeśli prokuratura stawia zarzuty sfałszowania dokumentu generałowi boru w sprawie fotografa (sic!), to na na pewno przeoczyłaby TAAAAKĄ okazję! Niedoszkoleni pirotechnicy... O naiwności!
G
Gość
Lepiej późno niż wcale "Polska" opublikowała tak obszerne opracowanie, tyle, że:
"W skład grupy dyżurnej BOR, która brała udział w rozpoznaniu pirotechnicznym Tu-154M przed wylotem do Smoleńska, wchodziło dwóch funkcjonariuszy, którzy nie powinni zostać do niej dopuszczeni - ustalił "Nasz Dziennik"..."

Tak w ogóle, to wyobrażasz sobie, że próbki pobrane przez polskich ekspertów w Smoleńsku z wraku TU 154M(M jak military) o numerze bocznym 101 muszą czekać około pół roku na wydanie przez rosyjską prokuraturę?
Dodaj ogłoszenie