18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Ekranowe Śródziemie znów ściąga miliony. Czy "Hobbit" pobije rekord "Piratów z Karaibów"? [ZDJĘCIA]

Lucjan Strzyga
Twórca ekranowego "Hobbita. Niezwykłej podróży" Nowozelandczyk Peter Jackson to istny czarodziej kina. Sympatyczny brodacz, stroniący od Hollywood i celebryckiego blichtru. Przy okazji przeniesienia na ekran kolejnej powieści Tolkiena występuje w trzech rolach: reżysera, producenta i autora scenariusza. I pomyślcie tylko: książkowy "Hobbit" (historyczne wydanie z 1937 roku) liczył sobie niewiele ponad 300 stronic. Jackson zaś zamierza wycisnąć z tego materiał na trzy trójwymiarowe kobyły, naszpikowane akcją i efektami na miarę XXI wieku (będzie to trylogia). Czy mu to się uda? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jak najbardziej.

"Hobbit. Niezwykła podróż" wszedł na światowe ekrany pod koniec listopada. Najbardziej spektakularnie wyglądało to za oceanem - w pierwszy weekend pobił wszelkie rekordy oglądalności. Na konto producentów spłynęło 37 milionów dolarów, z czego blisko połowa pochodzi z pokazów o północy, obleganych przez największych maniaków X muzy. Analitycy runku prorokują, że w takim tempie film bez problemu przeskoczy do końca grudnia barierę 200 milionów. Kolejne dwieście spłynie ze świata i dopiero wtedy - zgodnie z wszelkimi regułami marketingu - "Hobbit" zacznie zarabiać na poważnie (Ostatnia część trylogii "Władca pierścieni", czyli "Powrót Króla", wyciągnął z kieszeni kinomanów ponad miliard dolców).

Innymi słowy, 250 milionów, które wydano na jego produkcję, zwróci się z nawiązką. Przy okazji trzeba zdementować krążące pogłoski, że to najdroższy film w historii kina. Nie, nie mieści się nawet w pierwszej dziesiątce kosztownych ekranowych tytaników (palmę pierwszeństwa dzierżą wciąż "Piraci z Karaibów: na krańcu świata" - 340 milionów, a zaraz potem plasuje się co nieco zakurzona "Kleopatra", na którą wydano 320 milionów). "Hobbit" rywalizować może raczej w innej konkurencji: ile razy zysk przebije budżet? Na razie jest w ścisłej czołówce faworytów. Bez takiego drobiazgu jak naręcze Oscarów też się pewnie nie obędzie (trylogia "Władca pierścieni" przyniosła ich - bagatela - 17).

W każdym razie, mówiąc o "Hobbicie", nie sposób pozbyć się gigantomanii. Niewyobrażalne pieniądze (za budżet filmu można by nakręcić ze dwa tuziny naszych "Bitew Warszawskich" i "Chopinów"), udoskonalona technologia 3D, nowoczesne kamery cyfrowe (zdjęcia powstawały z prędkością 48 klatek na sekundę zamiast standardowych 24), 850 speców od komputerowych efektów specjalnych czy 350 osób zatrudnionych przy scenografii. Każdy szczegół został tu dopieszczony, każdy drobiazg dopracowany: na planie znalazło się nawet 90 peruk dla aktorów, sprokurowanych ręcznie z ludzkich włosów, a stroje krasnoludów, zwłaszcza ich toporne buciory, zostały wyposażone w specjalny system chłodzenia zimną wodą.

Można zatem powiedzieć, że "Hobbit" podbił świat na długo przed tym, nim powstał film Jacksona. Jako pierwsza hobbitomani uległa Nowa Zelandia. Już od dłuższego czasu prezenterzy tamtejszych stacji radiowych witają się ze słuchaczami w tajemniczo brzmiącym języku elfów, gazety i czasopisma pełne są materiałów na temat filmu, sklepy pełne odwołujących się doń gadżetów i nawet nowozelandzkim hazardzistom nie oszczędzono zetknięcia z bohaterami publiki - maszyny do gry zamiast marchewek i jabłuszek pokazują dziś sylwetki Bilba Bagginsa i jego towarzyszy.

Można się zastanawiać, czy Tolkien, nawet w najśmielszych snach, wyobrażał sobie, jakiej sławy dostąpi jego bohater? I że literacka wyprawa podjęta przez niego i trzynastu krasnoludów plus czarodzieja Gandalfa do Samotnej Góry fascynować będzie miliony kinomanów? Pewnie nie, wszak współczesna popkultura chodzi własnymi ścieżkami. Ale i tak proroczo naszpikował powieść epizodami, które jak ulał nadają się na ekranowe fajerwerki - choćby spotkanie ze smokiem Smaugiem czy wizyta w jaskini Golluma, gdzie Bilbo znajduje swój magiczny pierścień. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że Jackson nie zrezygnował ze scen, które dotąd z lubością były wyśmiewane przez internautów, choćby wspólne śpiewanie krasnoludów przy kominku.
Triumfalnemu pochodowi "Hobbita" przez świat nie przeszkodzi też pewnie delikatne podszczypywanie ze strony dziennikarzy watykańskiego "L'Osservatore Romano". Otóż wedle nich najnowsze dzieło Jacksona nijak się ma do "Władcy pierścieni", nie przekonuje, a dążenie do technologicznej perfekcji powoduje, że realizm - zamiast być zaletą filmu - staje się jego ograniczeniem, odbierając scenom charakter epicki. Mocny cios, choć jak się zapewne niebawem okaże, zupełnie pozbawiony oddźwięku. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku "Harry'ego Pottera" czy obrazoburczych powieści Dana Browna. Cóż, uwagi estetyzujących krytyków gazety nijak się mają do mechanizmów rządzących kinowymi modami.

Czasu do spotkania z Bilbem Bagginsem, granym już tradycyjnie przez Martina Freemana, zostało bardzo niewiele. Dystrybutorzy przezornie ustanowili datę polskiej premiery na koniec grudnia (w czas świąt Polaków bardziej nęci suto zastawiony stół niż wyprawa do multipleksów), co sprawi zapewne, że pod koniec roku słupki kinowej frekwencji poszybują w górę. No i dobrze, no i na zdrowie, czyż może być większa radość dla kinomana niż ponowne odwiedziny w bajkowym Tolkienowskim Śródziemiu?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie