Egzotyczny świat pełen świątyń

Michał Micor
Świątynię Ta Prohm w kompleksie Angkor pochłonęła dżungla
Świątynię Ta Prohm w kompleksie Angkor pochłonęła dżungla Michał Micor, Polska
Nazwa Indochiny odnosi się do wschodniej części Półwyspu Indochińskiego. Obejmuje Laos, Kambodżę i Wietnam. Wprowadzili ją Europejczycy, którzy w ten sposób zwrócili uwagę na przenikanie chińskiej kultury na te tereny.

W Indochinach najważniejszy jest Mekong. Ta rzeka jest główną arterią komunikacyjną regionu. Spaja Laos, Kambodżę i Wietnam. Dzięki niej istnieje życie. Nad jej brzegami rozłożyły się największe miasta, jej wody nawadniają pola ryżowe i dają pożywienie. Mekong bowiem bogaty jest w ryby.

Indochiny zostały mocno doświadczone przez historię. Zwłaszcza Kambodża sporo przeszła. Najpierw francuska okupacja, potem okrutne rządy Pol Pota i jego Czerwonych Khmerów. Wielki Brat, bo taki nosił tytuł Pol Pot, do władzy doszedł w latach 70-tych ubiegłego wieku. Chciał stworzyć idealne społeczeństwo oparte na rolnictwie. Zamiast szczęścia przyniósł jednak strach i śmierć. W kilka lat doprowadził kraj do upadku, a przy okazji wymordował przeszło półtora miliona ludzi.

Większość podróżników poznanie Indochin rozpoczyna od... Bangkoku. Do stolicy Tajlandii bowiem loty oferuje większość szanujących się linii lotniczych, a tutejsze lotnisko należy do największych i najbardziej zatłoczonych na świecie. Nic dziwnego, więc że Bangkok często zwany jest "Bramą do Indochin". Miasto jest ogromne. Zatłoczone i chaotyczne. Hałas jest obezwładniający. Atakuje z każdej strony. Wielopasmowymi autostradami płynie masa wszelkich pojazdów: samochodów, minibusów, rikszy i skuterów. Co chwila ktoś nagabuje, chce gdzieś zaprowadzić, coś sprzedać, służyć za przewodnika lub po prostu pogadać, pomóc, doradzić. Po ulicach wałęsają się koty i szczury.

Mimo tłoku i hałasu, Bangkok ma swój urok, zwłaszcza gdy wieczorem budzi się do życia. Zapełniają się wówczas kawiarenki i uliczne bary. Są także sprzedawcy drinków. Ustawione na chodniku trzy plastikowe stoliczki, barek z tekilą, wódką, piwem, koniakami i likierami. Do tego głośna muzyka z głośników i można się bawić. W Bangkoku zwiedzamy Świątynię Złotego Buddy, Wat Doi Suthep, z której roztacza się widok na miasto, Wat Pra Kaeo ze Szmaragdowym Buddą oraz Pałac Królewski.

Największą atrakcją Indochin są świątynie Angkoru. Znajdują się w Kambodży. Są odległe o około 6 km od Siem Reap. Dostać się tam łatwo. Z Bangkoku możemy polecieć samolotem lub pojechać autokarem. Angkor to pozostałość po dawnym imperium Khmerów. Rozkwitło ono na terenach dzisiejszej Kambodży pomiędzy IX a XV w n.e. Czas jego świetności przypadł na okres panowania króla Suryavarmana II (XII wiek). To on postanowił wybudować stolicę, którą nazwał Angkor, czyli miasto.

Kompleks liczył ponad 300 kilometrów kwadratowych powierzchni. Ludzie go zamieszkujący mieszkali w drewnianych domach zbudowanych na palach, władcy natomiast wzniesionych z kamienia pałacach. Powstały też potężne i wyniosłe świątynie. Gdy w 1431 roku imperium upadło Angkor został zapomniany. Budowle będące dowodem dawnej świetności pochłonęła dżungla. O dawnej stolicy pamiętali jedynie miejscowi. Opowiadali o tajemniczym "Mieście Umarłych", które kryje się gdzieś w dżungli. Najważniejszą ze świątyń jest Angkor Wat. Jej potężne wieże widać już z daleka. Najwyższa z nich liczy 55 metrów. Jest to podobno największa świątynia na świecie. Ozdobiona niezwykłymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi sceny z życia dawnej Kambodży oraz zdarzenia z mitologii, należy do arcydzieł światowej architektury.

Cudem architektury jest też świątynia Ta Prohm. Budowla jest niezwykle tajemnicza. Jest "pożarta" przez dżunglę. Jedynie część roślin usunięto. Niektórych bowiem nie można było wyciąć. Wrosły tak w budowlę, że ich usunięcie groziło zawaleniem świątyni. Ta Prohm to istny labirynt wąskich korytarzy, komnat, i rozpadających się kamiennych bloków. Podobno przy jej wznoszeniu pracowało blisko 80 tysięcy robotników. Warto dodać, że w jej wnętrzach kręcono sceny do filmów Indiany Jonesa oraz Tomb Raider. Inną perłą Indochin jest laotańskie miasto Luang Prabang. Tak jak Angkor wpisane jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Luang Prabang jest przepiękne. Stare miasto składa się z średniowiecznych świątyń oraz wybudowanych przez Francuzów, w XIX i na początku XX wieku, willi. Obecnie znajdują się w nich ekskluzywne restauracje i hotele. Luang prabang olśniewa nie tylko wspaniałymi zabytkami i otaczającymi je górami, ale także - a może przede wszystkim - ludźmi. Są niezwykle przyjacielscy. Nie nachalni, jak w Tajlandii. Zawsze się uśmiechają, zapraszają do siebie i są skorzy do pomocy. Mimo, że zwykle nie znają języka, starają się z całych sił pomóc. Ostatni na liście, rządzony przez komunistów Wietnam zmienia się w ekspresowym tempie. Kiedyś biedny, zacofany kraj, dzisiaj ostoja kapitalizmu. Wszędzie reklamy największych światowych korporacji, jednoznacznie kojarzące się ze "zgniłym" amerykańskim imperializmem: Coca Coli, McDonalds'a i Pepsi.

Domy murowane. Na dachu każdego z nich antena. Czym większa tym lepiej. Z daleka wyglądają jak gęsty las. Sajgon, największe miasto Wietnamu. Jest wielkie, prawie tak duże jak Bangkok, ale jeszcze bardziej zatłoczone i chaotyczne. Wszędzie mnóstwo skuterów. Można odnieść wrażenie, że mieszkańcy nie robią nic innego, tylko jeżdżą na motorach. Ruch jest ogromny, a przejście przez jezdnię to igranie ze śmiercią. Trzeba iść powoli, ale stanowczo. Każde zawahanie, nagłe zwolnienie lub przyśpieszenie może skończyć się tragicznie. Trzeba dać czas kierowcom na ominięcie nas.

Obowiązkowym punktem każdej wizyty w Wietnamie jest zatoka Ha Long. W Hanoi chyba wszystkie agencje turystyczne organizują wycieczki do tego miejsca. Cena za dwudniowy pobyt i rejs statkiem po zatoce wynosi 35 dolarów. Płyniemy. Pierwszy postój po około pół godzinie, aby zobaczyć wyspę z jaskiniami. Mnóstwo wspaniałych nacieków i form skalnych, stalagmitów i stalaktytów. Prawdziwy raj dla miłośników grot i jaskiń.

Płyniemy dalej wśród wysp. Jedne duże, drugie małe, ale wszystkie wspaniałe. Niektóre z nich mają nawet po 200 metrów wysokości. Wyglądają jak niedostępne fortece o postrzępionych wieżach. Krajobrazy iście magiczne. Podczas rejsu zatrzymujemy się na fermie rybnej. Zwierzątek tu bez liku. Ryby, skorupiaki, węże morskie, i wszystkie do zjedzenia.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Andrzej

Last minute są normalnymi wycieczkami takie same prawa masz jak na zwykłej. Różnica tylko taka że kupujesz w ostatniej chwili taniej niż normalnie. Sam kilka razy byłem na takich z travelplanet i jestem zadowolony.

M
Marcin

Ciekawy kierunek podróży nie często wybierany przez turystów. Może kiedyś się tam wybiorę. Coś innego niż Egipt czy Hiszpania. Teraz będę zwiedzał Turcję, w końcu coś się należy od życia dzieci poza domem czas wolny trzeba czymś zabić. Szukam właśnie jakiś wycieczek ale tyle tego że już sam nie wiem. Co możecie powiedzieć o last minute, czy warto?

Dodaj ogłoszenie