Egzorcyzmy Superniani

Ewa Drzazga
Superniania to czasem jedyny lek na całe zło
Superniania to czasem jedyny lek na całe zło Maciej Jeziorek/POLSKA
Udostępnij:
Po wizycie Niani Doroty Zawadzkiej dzieci może są i grzeczniejsze, ale za to dorośli czasem popadają w kłopoty. Rozbite małżeństwa, plotki wśród sąsiadów. Zastanówcie się dobrze, ile możecie zyskać, a ile stracić, zapraszając ją do domu.

Żeby się z pociechami pokazać w telewizji, żeby nie odebrali ci dziecka, żeby nie zwariować... Powody, dla których zgłaszają się do programu "Superniania", są różne. Ale pewnego dnia Superniania zamyka za sobą drzwi i trzeba zapłacić rachunek: zmierzyć się ze spojrzeniami sąsiadów, z wpisami w internecie, ze świadomością, że kilka milionów ludzi widziało, jak nie radzisz sobie z dzieckiem, że nie układa ci się w małżeństwie - no i że na karnym jeżyku to ty sama powinnaś przesiedzieć dobre pół roku bez przerwy.

Ewa Klimczak w maleńkim Działo-szynie między Łodzią a Częstochową stała się bardziej popularna niż burmistrz. Każde dziecko potrafi wskazać drogę do jej zakładu fryzjerskiego. Magiczne hasło "to ta z >>Superniani<<" rozwiązuje języki. - Jezu, te jej dzieci to diabły wcielone - opowiada pani Krysia, jedna z mieszkanek miasteczka. - Ale dopiero w telewizji wszyscy zobaczyliśmy, że tam było piekło na ziemi. Musiała mieć odwagę, żeby się zdecydować to pokazać.

A teraz? Pani Krystyna, żeby trzymać się biblijnej nomenklatury, mówi: "czyściec". - Do normalności to jeszcze tam trochę brakuje, ale jak z nimi matka wejdzie do sklepu, to przynajmniej się wstydu nie naje - tłumaczy.

Ewa Klimczak ma 32 lata. Sama wychowuje 10-letniego dziś Kubę i 7-letniego Adasia. Kiedy dwa lata te-mu zobaczyła reklamę programu, siedziała w dużym pokoju, a Adaś na dole darł się jak opętany. - Potrzebowałam pomocy - opowiada. - Nie mogłam dać sobie z nimi rady.

Zgłoszenie wysłała bez większych nadziei na to, że ktoś się do niej odezwie. Ale ekipa przyjechała i zaczęły się ich dwa tygodnie życia pod okiem kamer. Chłopcy ani na moment nie wychodzili z roli: krzyk, uciekanie na ulicę, histeria; pasek szedł w ruch. I nakręcało się samo. Nikt nad ni-czym nie panował, czyli domowa norma. Dziś, gdy mama o tym opowiada, chłopcy są trochę zażenowani. Kiedy w telewizji pokazywali "ich" odcinek, w zapowiedzi nazwany zresztą "koszmarem z Działoszyna", Adaś już po chwili nie chciał oglądać.

- Producent programu powiedział mi, że właśnie ten odcinek miał największą oglądalność spośród pierwszych - mówi Ewa. - Odpowiedziałam: "A dziwi się pan?".

W jej głosie oprócz śmiechu pobrzmiewa trochę goryczy. Nie zamierza ukrywać, że było strasznie, że miała chwile załamania. Raz Adaś odepchnął ją tak, że się przewróciła. Dziadkowi, który pomagał jej w wychowywaniu chłopców, też puszczały nerwy. Chciała tę terapię rzucić w diabły. I wcale się nie liczyło, co powiedzą sąsiedzi, jak w małym miasteczku zareagują na taki występ w telewizji. Dopiero kiedy niania wyjechała, gdzieś w głowie zapaliła się czerwona lampka: co ludzie powiedzą?

Będzie mnie tu jakaś baba pouczać

- My niczego nie podkręcamy - mówi o materiale, który jest emitowany w telewizji, sama Superniania, czyli Dorota Zawadzka. Zdarza się, dodaje, że rodzice w pierwszym odruchu proszą nawet, by czegoś nie emitować, bo świat zobaczy i skrytykuje. Ale nie ma wybacz. - Wiele razy powtarzałam rozżalonym ludziom, że ich emocje mnie średnio interesują - dodaje Zawadzka. - Najważniejsze są dzieci i to, co one czują. I jeśli ucierpi na tym miłość własna mamy czy taty, trudno.
- Część matek i ojców, z którymi pracowałam, nie była jeszcze gotowa do roli rodziców, kiedy na świat przyszły dzieci - dodaje Superniania. - Wielu z nich podchodziło do tego na zasadzie "jakoś to będzie".

Później to "jakoś będzie" Superniania obserwuje dzień w dzień przez dwa tygodnie. I wychodzi: złość, krzyki, czasem przemoc, czasem słowa, których nie chciałoby się słyszeć. W spojrzeniu rodziców na zmianę niechęć i wołanie o pomoc.

Bo uświadamianie dorosłym, że zachowanie dzieci to w dużej mierze wypadkowa ich zwyczajów, do przyjemnych nie należy. - Wiele razy, szczególnie w spojrzeniu ojców, czytałam: "Będzie mnie tu jakaś baba pouczać" - wspomina Dorota Zawadzka. - Przechodziło im, gdy widzieli, że moje metody jednak działają. Czy tylko na krótką metę - to już zależało od nich.

- Było potwornie - tata jednej z gromadek, nad którą Superniania musiała zapanować, po kilkunastu miesiącach od programu jeszcze nie wyszedł z traumy. W pracy docinki kolegów, w domu wrzaski. Metody, które z żoną stosowali do tej pory, czyli zaspokajanie wszystkich zachcianek dzieci, w grę nie wchodziły.

- Były chwile, że jej nienawidziłem - mówi o Superniani. - Widziała nasze kłótnie z żoną i to, że z dziećmi sobie nie radzimy. To ciężko przełknąć. Takie egzorcyzmy nie są przyjemne.
Na pytanie, czy było warto, odpowiedź nie pada od razu.

- Dzieci zachowują się dużo lepiej, ale wyszły na jaw nasze problemy w małżeństwie. Tego nie przewidzieliśmy.

I, jak dodaje, stąd prośba, żeby nie ujawniać nawet miasta, z którego pochodzi.

Histeria na zawołanie

27-letnia Agnieszka Wach z Piotrkowa Trybunalskiego swoje życie dzieli na dwa etapy: przed i po programie. Tamtego "przed" wolałaby nie pamiętać.

Rok temu była pod ścianą. Miała trzy własne córki w wieku od półtora roku do sześciu lat, a oprócz tego była rodziną zastępczą dla swojej ośmioletniej siostry Darii. I żadnym autorytetem. Panie, które nadzorowały to, jak radzi sobie z siostrą, po-wiedziały wprost: albo zaczniesz nad nią panować, albo ci ją odbieramy. Znajomi żartowali, że u niej przydałaby się taka Superniania. Ale jej do śmiechu nie było.

- Widziałam w gazetach ogłoszenia o naborze do programu - wspomina. - Wysłałam SMS.
Miała w nosie, co kto na to powie. Gdy trzeba było nakręcić wizytówkę rodziny, która przekona Supernianię, że problemy są poważne, kłopotów nie było. I Daria, i dwie starsze córki Agnieszki wypadły znakomicie: uciekały, biły się, nie zwracały na Agnieszkę uwagi, a w histerię wpadały na zawołanie. Najmłodsza, Nadia, tylko dlatego ich nie naśladowała, że miała dopiero półtora roku.
- Dzisiaj nie chcą oglądać powtórek - mówi Agnieszka. - Wstydzą się.

Daria popłakała się, gdy pierwszy raz oglądała swoje wyczyny. Agnieszka też, ale dopiero wtedy, gdy na forum programu mogła sobie na swój temat poczytać. - Te komentarze były po prostu podłe - kwituje. Po przeczytaniu jakichś czterdziestu wpisów dała sobie spokój.

Na językach

Ewa Klimczak z Działoszyna przyznaje, że spodziewała się gorszej reakcji środowiska. Prowadzi salon fryzjerski. Klientki teraz lepiej rozumieją, że nie zawsze jest do ich dyspozycji, bo musi zająć się dziećmi. Ale uszczypliwych komentarzy też nie brakowało.

- Nam koledzy trochę zazdrościli w szkole - Kuba opowiada o tym, co było już po odjeździe ekipy. - Ale Superniania nas uprzedzała, że ją też tylko o ten program teraz pytają.

- Ależ te dzieci są niegrzeczne - mówią zgodnie o programie Kuba i Adam Klimczakowie. Oglądają każ-dy odcinek. Oprócz swojego.

Teraz jedno karne krzesełko ciągle jest w ich domu. - Ale dawno już nikt na nim nie siedział - wyjaśnia Adaś. Drugie powędrowało do rodziny, gdzie pomaga w wychowaniu kuzyna. W domu pozostał album ze zdjęciami wykonanymi w trakcie programu: Adaś przewrócił mamę, Kuba histeryzuje, Ewa płacze. Chłopcy szybko odwracają kartki na te "ładniejsze" strony.
Im mniejsze miasteczko, tym większa szansa na to, że znajdzie się osobę, która zna rodzinę z "Superniani".

- Tu był problem z matką - ocenia występ czworaczków z tego miasta mieszkanka Pabianic. Ton ma fachowy, opinię wyrobioną. W końcu oglądała i premierę, i powtórkę. No i z sąsiadkami problemy omówiła. A całą czwórkę zna z widzenia. - Dzieci jak dzieci, trochę pokrzyczą, pobiegają. Tylko że jak ich czworo jest, to każdemu nerwy puszczą.

Ten "pabianicki" odcinek oglądali wszyscy jej sąsiedzi.

- A zobaczyć chciałam, jak oni mieszkają - mówi o bohaterach odcinka. - Bo to ludzie cuda opowiadają. Zresztą co niedziela oglądam, jak są nowe odcinki. Jak też ludzie sobie sami życie zatruwają. I ja pani po-wiem: w naprawdę biednym domu to takich kłopotów nie ma. A u tych bogatych dzieciaki rozpuszczone są, co chcą, to mają. Ale ja bym się tak pokazać nie zgodziła.

Jeszcze miałby mnie ktoś oglądać, jak się z mężem dogadać nie mogę. Przecież to wstyd!
- Kiedy jesteś w takiej sytuacji jak ja, gdy wszystko wali ci się na głowę, wstydu już nie ma - tłumaczy Agnieszka Wach. - To, że oglądają cię w negliżu, to koszty szansy na normalność. Coś za coś. To, że jesteś materiałem doświadczalnym, to też część umowy.

Napisz do autorki: [email protected]

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
ohoho
pupa do kwadratu
o
ohoho
pupa do kwadratu
Dodaj ogłoszenie