reklama

Egzamin potwierdził: Gimnazjaliści to wtórni analfabeci

Magdalena KulaZaktualizowano 
Grzegorz Mehring/POLSKA
Przeciętny gimnazjalista pisze nieudolne wypracowania, a wiedzy matematycznej nie potrafi wykorzystać w codziennym życiu. Zobacz wyniki egazminów (pobierz w pliku .doc - wybierz zakładkę pliki)

Jeśli mieszka w dużym mieście - całkiem nieźle radzi sobie z angielskim. Ale jeśli uczy się w wiejskiej szkole, ma poważne językowe braki.

Centralna Komisja Egzaminacyjna ogłosiła wyniki ogólnopolskiego egzaminu na koniec gimnazjum. Od 2002 roku, gdy odbył się pierwszy taki państwowy egzamin, eksperci alarmują: 15-latki mają głowy pełne teoretycznej wiedzy, której nie potrafią stosować w praktyce.

Egzamin gimnazjalny składa się z dwóch części: humanistycznej i matematyczno-przyrodniczej. Z każdego testu do zdobycia jest 50 pkt. W tym roku gimnazjaliści zdawali jeszcze jeden, dodatkowy test z języka obcego.

Na razie wynik z niego nie ma wpływu na nabór do liceów - pełnoprawną częścią egzaminu gimnazjalnego stanie się dopiero za trzy lata. Ale już teraz wyniki językowego testu powinny być syreną alarmową dla urzędników z Ministerstwa Edukacji.

Przeciętny wynik z angielskiego uzyskany przez ucznia w dużym mieście różni się od wyniku nastolatka ze wsi aż o sześć punktów! To oznacza cywilizacyjną przepaść w nauczaniu najpopularniejszego języka Europy. Gimnazjalista mieszkający w mieście powyżej 100 tys. mieszkańców uzyskał z anglojęzycznego testu średnio 33,9 pkt. Jego rówieśnik z wiejskiej szkoły już tylko 27,89 pkt.

Raport CKE z 2008 roku o nauczaniu języków obcych pokazał, że o wynikach uczniów poza kwalifikacjami samych nauczycieli przesądza możliwość nauki w małych grupach, zajęcia w ramach kółek językowych, korzystanie z nowoczesnych pomocy multimedialnych. Słowem - to wszystko, czego na wsiach brakuje.

Tymczasem w co piątym wiejskim gimnazjum nie ma żadnych dodatkowych zajęć językowych, a blisko połowa nauczycieli języka dorabia na drugim etacie. Wiejskie szkoły znakomicie uczą natomiast rosyjskiego, uczniowie zdobywali średnio 37 pkt - w mieście najwyżej 25.

- Mamy trzy lata, by zasypać językową przepaść między miastem a wsią, to wielkie wyzwanie dla systemu edukacji - przyznaje szef CKE prof. Krzysztof Konarzewski.

- Ale zadbać najwyższa pora i o język ojczysty, wyniki z samodzielnego pisania to prawdziwa masakra! - mówi Ewa Aleksiej ze Stowarzyszenia Nauczycieli Polonistów. Wzywa do narodowej debaty o stanie polonistycznych umiejętności naszych nastolatków. W tym roku Aleksiej weryfikowała gimnazjalne testy humanistyczne ocenione przez innych egzaminatorów.

- Przeczytałam wnikliwie ponad sto prac, może pięć rozprawek było napisanych w miarę poprawnie, lekko. Reszta to ogólnikowe zdania, pełne banałów, nie boję się powiedzieć, że to wtórny analfabetyzm - mówi ostro.

Za zadania sprawdzające umiejętność tworzenia własnego tekstu gimnazjalista mógł dostać na egzaminie maksymalnie 25 pkt. Przeciętny uczeń zdobył tylko około 13.
Temat rozprawki "Wyprawa, wędrówka, tułaczka - podróż niejedno ma imię" był według nauczycieli prosty, dawał możliwość rozpisania się. Zwłaszcza że wystarczyło sięgnąć do tekstów źródłowych cytowanych w arkuszu egzaminacyjnym - o pasji znanego podróżnika, o wielkiej emigracji po powstaniu listopadowym.

- Większość uczniów nie poradziła sobie już ze sformułowaniem wstępu, nie potrafiła argumentować, poprzeć swoich tez przykładami. W pracach roiło się od błędów językowych, ortografia i interpunkcja leżą. No i te kolokwializmy, młodzież jak mówi, tak pisze - narzeka Ewa Aleksiej.

Być może właśnie dlatego tak wielu gimnazjalistów nie było w stanie przekształcić na formalny język kolokwialnego zdania: "Marcin wkuwał jak wściekły angielskie słówka. Nie zrobi z siebie głupka przed Angolami". Za trudne okazało się też polecenie napisania w imieniu szkolnego samorządu podania do dyrektora szkoły o zgodę na przeprowadzenie zbiórki na rzecz fundacji charytatywnej.

Z całego humanistycznego testu gimnazjaliści uzyskali w tym roku średnio 31,67 pkt na 50 możliwych. To niezły wynik - nadrobili zadaniami sprawdzającymi czytanie ze zrozumieniem i sprawność w wyszukiwaniu w tekście informacji.

Słabiej wypadł test matematyczno-przyrodniczy, średni wynik to 26 pkt, tylko minimalnie ponad połowę z 50 pkt możliwych do zdobycia. A przecież tegoroczni absolwenci gimnazjów będą się musieli zmierzyć z obowiązkową maturą z matematyki, która wkracza do szkół już w 2010 roku.

Gimnazjalistów przerosły zadania wymagające zastosowania książkowej wiedzy do rozwiązania konkretnych problemów, takie zadania wyceniono na 8 pkt, ale uczniowie uzyskali średnio 2,8. Kiepsko poszło im też samodzielne opisywanie związków przyczynowo-skutkowych czy czasowo-przestrzennych (7,22 pkt na 15 możliwych). Trudność sprawiło przeliczanie odległości na mapie na realny dystans między miastami, zapisywanie wzorów reakcji chemicznych czy określenie prędkości fali dźwiękowej.

Szczegółową analizę wyników egzaminu CKE przedstawi dopiero 27 sierpnia. Dzisiaj wyniki testów dotrą do 6,5 tysiąca gimnazjów, do prawie pół miliona uczniów i ich rodziców.

Magdalena Kula

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 18

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

e
ela

I couldn`t agree more.

j
jontek

Ciekawe, zarzucacie, że gimnazjaliści są wtórnymi analfabetami, jak wtórnymi? Wtórny to znaczy, że kiedyś umieli czytać potem zapomnieli. Oni nigdy nic nie umieli, więc to są ANALFABECI
Dziennikarze też: bo co to znaczy EGAZMIN?

s
spokojny

Niestety szkolnictwo (także wyższe) w tym zakresie
nastawione jest nie na uczenie i nauczenie się
języka ale jego studiowanie a to duża różnica.

Oczywiście zawiłości gramatyczne to wdzięczny temat
do odpytywania przez nauczycieli. Uczeń tu "nie
podskoczy" znajomością np. londyńskiego cockneya,
po wieloletnim pobycie w Anglii i zawsze mu się
"udowodni", że nie zna języka.

Zdarzało mi się widzieć ludzi, którzy
n o r m a l n i e mówili po niemiecku
i nie zdawali prostych testów a zaliczały
językowe miernoty nie potrafiące prawidłowo
wymówić niemieckiego alfabetu ale obkute
w różnicach między Futur I i II.

s
spokojny

Oczywiście, że literatura powinna być głównie współczesna no ale to dla pana nauczyciela jest trudniejsze niż maglować co roku ciągle to samo czego wyuczył się raz 20 lat temu i poznał jako dziecko a potem wciska ten kit następnym pokoleniom.

Powtarzam: proporcje, proporcje! 5-10% na wypisy historyczne a 90% poświęcić temu co dzieje się tu i teraz, bo potem niedouki kończą szkoły. Uczyć literatury ale nie historii literatury. Uczyć języków obcych ale nie gramatyki języków obcych itp. Praktyka się liczy a nie teoria.

Młodzież nie czyta?! A czyta, czyta, tylko nie jakiegoś smutnego poetę Słowackiego.
Po kiego grzyba katuje się młodzież tymi przestarzałymi knotami Sienkiewicza i Mickiewicza. A potem zdziwienie, że „młodzież nie chce czytać”. A chce proszę pani minister oświaty ale na przykład Hary Potera albo inną interesującą literaturę a nie nudy na pudy. Chyba, że ktoś mi udowodni czemu Słowacki zachwyca, skoro nie zachwyca? I po co komu ortografia gdy każdy edytorek na pececie te błędy skoryguje automatycznie, to po mi wiedzieć czy coś się pisze razem czy osobno?

Przez szacunek dla naszego języka ojczystego używam oprogramowania, które pomaga mi usunąć błędy, bo jest coś takiego jak dysleksja i nie każdy ma wyczucie ortograficzne ale staram się jak mogę, natomiast wkuwanie ortografii uważam za paranoję. Równie dobrze możnaby żądać mnożenia liczb w pamięci - ja mam zawsze kalkulator a na pytanie "a jak go ci zabraknie?" odpowiadam "a jak prądu nam zabraknie? a jak ubrań nam zabraknie?". Otóż zakładam, że jesteśmy ludźmi cywilizowanymi i będę miał wszędzie do ubrań, prądu, kalkulatora w komórce czy edytora tekstu więc proszę nie zmuszać mnei do pamięciówki.

Dlatego zamiast katować dziatwę szkolną lekcjami typu „powtórki z nudnej lekturki”, dociekać czemu Jaś nie dociekał, analizować perypetie Naszej Szkapy, współczuć biednemu Jankowi Muzykantowi, zastanawiać się czemu „waść nie kończy”, względnie dlaczego „ogary poszły w las”, proponuję ciekawą, wpółczesną literaturę, dobry kryminał, sensację, przygodę a okaże się,że jest zainteresowanie książką. Na przykład czytałem książkę „Rambo” i uważam, że się to fajnie czyta. Oczwiście nie dla całkiem małych dzieci, tu można by wprowadzić wersję ocenzurowaną przez ministerstwo albo jakieś lektury zastępcze. Np. dosyć śmieszne są te „Przygody Mikołajka”, w każdym razie jest tyle dzieł literackich, że na pewno się coś znajdzie a z czasem nasi krajowi literaci też zaczęli by pisać ciekawsze rzeczy, bo w miarę wzrostu poziomu wykształcenia w szkołach rosłoby zapotrzebowanie na pasjonującą literaturę i podniósłby się też poziom naszych pisarzy a nawet może niektórzy zrobili by karierę światową jak np. Sempe-Goscinny, którzy wymyślili Asteriksa albo ta pisarka z Anglii od Hary Potera.

j
jjawor

Co do angielskiego... uczę tego języka i już dawno nie spotkałam się z podejściem: 'uczę tylko gramatyki'...to już nie te czasy, nie te podręczniki... obecnie podchodzi się do metod nauczania eklektycznie, wybierając najlepsze cechy każdej z tej metod (są osoby, szczególnie dorosłe, których wręcz trzeba oduczać metody gramatyczno-tłumaczeniowej), podstawą są 'skills' i 'functions'... co do przykładu z osobą 'szprechającą'... mieszkam od roku w Niemczech i niestety poziom poprawnościu językowej szczególnie w dawnym DDR przeraża, nawet sekretarki i urzędnicy robią błędy, których nie spotyka się u Polaków po naszych szkołach... ok, nie trzeba znać metajęzyka, ale należy mieć świadomość, że taki czas (np past perfect) istnieje i jak go zastosować.

w
www.ratujmaluchy.pl

Karolina Elbanowska , Tomasz Elbanowski 29-05-2009, RZECZPOSPOLITA
Działania reformatorów polskiej edukacji przyprawiły o czarną rozpacz naukowców. W liceum, zwanym dotychczas ogólnokształcącym, zlikwidowano naukę takich przedmiotów, jak fizyka, biologia, geografia czy historia – piszą działacze społeczni i publicyści

Bezmyślność gwarantem sukcesu na maturze!”, „Nie ucz się – inni wiedzą mniej i będzie im przykro”, „Nauczycielu: ucząc dzieci, łamiesz prawo!”. Te hasła to nie bazgroły ze ścian szkolnej szatni. To przybliżona treść apeli, jakie w ostatnim czasie wystosowały polskie władze oświatowe do uczniów i nauczycieli.
Reformowanie polskiej edukacji trwa od końca lat 90. Obecna ekipa wprowadza właśnie drugi etap reformy, niewiele przejmując się głosami protestu. Autorom najnowszych zmian chodzi nie tylko o obniżenie wieku szkolnego, które wprowadzają pod hasłem wyrównywania szans edukacyjnych. „Wyrównywanie poprzez obniżanie” dotyczy w sposób dosłowny także innych segmentów systemu edukacji.
Jest to obniżanie wymagań, szeroko rozumiane obniżanie poziomu oraz eliminowanie niestandardowego sposobu myślenia. Zbyt ambitni nauczyciele, zbyt kreatywni uczniowie stają się dla ministerstwa zawadą. W ostatnich dniach jedni usłyszeli, że źle wykonują swoje obowiązki, drudzy, że twórcze myślenie powinni pozostawić za drzwiami szkoły.
Tajne komplety z nauki czytania
Początek wyrównywania ma miejsce już w przedszkolu. Na początku maja rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej zapowiedział, że sześciolatki pozostawione przez rodziców w przedszkolach mają się nie uczyć. Celem tego bezprecedensowego w dziejach światowego szkolnictwa apelu jest wyrównanie poziomu dzieci do wymagań nowej podstawy programowej, która zakłada, że sześciolatki dopiero w szkole poznają litery. Problem dotyczy całych roczników dzieci, mamy tu więc do czynienia z wyrównywaniem na szeroką skalę.
Nauczyciele przedszkolni zapowiedzieli, że nie pozwolą na regres intelektualny wychowanków. Zostali więc przywołani do porządku. Rzecznik MEN zagroził, że ucząc według starego programu, złamią prawo. W tej sytuacji nauczyciele zadeklarowali prowadzenie tajnych kompletów z nauki czytania. I tak przedszkolaki od maleńkości nauczą się nie tylko literek, ale i konspiracji. Być może za kilkanaście lat to doświadczenie pozwoli im się identyfikować jako pokolenie „zakazanych czytanek”.
Na drugim końcu cyklu edukacyjnego wyrównanie objęło absolwentów szkół średnich. Kilka dni temu szef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej zupełnie na poważnie poprosił maturzystów, żeby na czas egzaminu wyłączyli twórcze myślenie. Wszystko z powodu osławionego klucza oceny, który wyplenia zdolnych i kreatywnych uczniów jak perz.
Klucz maturalny nie zmienia się od pięciu lat mimo apeli wysyłanych do kolejnych ministrów. Sposób oceny zadań jest do bólu sztampowy. Na przykład: odpowiedź zilustrowana dwoma przykładami zamiast jednym jest uznawana za błędną. Jednak zdaniem minister edukacji Katarzyny Hall wszystkiemu winni są źli nauczyciele, którzy nie nauczyli precyzyjnego wypowiadania się (czytaj: nie przygotowali uczniów do używania w teście słów wytrychów).
Równanie w dół
Wyrównywanie poziomu w górę jest: a) trudne, b) żmudne i c) kosztowne. Trudno się dziwić, że reformatorzy wybrali drugą opcję: równanie w dół. Ministerialny walec do wyrównywania szans zatacza coraz szersze kręgi. Dotarł już nawet do Internetu.
Rodzice i uczniowie dowiedzieli się niedawno o zawieszeniu działalności strony wyniki egzaminow.pl, na której można było porównać osiągnięcia edukacyjne szkół i wyrobić sobie opinię o ich poziomie. Popularna strona została przez MEN uznana za zbędną. Dzięki temu zabiegowi nie będzie już można mówić o istnieniu gorszych szkół, choć prawdę mówiąc, nie będzie też można mówić o istnieniu tych lepszych. Oficjalnie poziom edukacji się wyrówna.
Kto wie, może już niedługo każda szkoła będzie mogła podawać jako własny średni wynik egzaminu z całego kraju? A za jakiś czas z całej Europy. I tak krok po kroku, rok po roku – jak mówiła pani minister Hall – zbliżymy się do poziomu edukacji dumnie zwanego europejskim lub zachodnim. Fakt, że stanie się to raczej dzięki obniżeniu niż podwyższeniu poziom nauczania, zdaje się być dla ministerstwa kwestią drugorzędną.
Uprawa półinteligentów
Działania reformatorów polskiej edukacji przyprawiły o czarną rozpacz naukowców. W liceum, zwanym dotychczas ogólnokształcącym, zlikwidowano naukę takich przedmiotów, jak fizyka, biologia, geografia czy historia. Kurs obowiązkowy kończyć się będzie teraz na pierwszej klasie, po czym uczniowie wybiorą tzw. specjalizacje. Historycy protestujący pod hasłem „Ratujmy historię” zwrócili uwagę, że o wydarzeniach tak fundamentalnych w polskich dziejach jak Konstytucja 3 maja większość dzieci po raz ostatni uczyć się będzie w wieku 14 lat.
Zamiast historii uczniowie będą mieć historiopodobne zajęcia uzupełniające, w kilku wersjach do wyboru: wojna i wojskowość, swojskość i obcość, kobieta i mężczyzna. Nauczyciele akademiccy już teraz alarmują, że polska szkoła masowo produkuje humanistycznych analfabetów. Nowe licealne minimum programowe doprowadzi do perfekcji monokulturową uprawę półinteligentów w dwóch, trzech popularnych odmianach.
Zreformowaną podstawę programową oprotestowali też fizycy. W ramach przedmiotu o nazwie przyroda, aspirującego do bycia ekwiwalentem fizyki w starszych klasach licealnych, pojawiają się takie tematy, jak astrologia, różdżkarstwo, lewitacja i współczesna magia lecznicza. Prof. Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN ocenił to krótko jako „schlebianie nieuctwu” i podsumował w rozmowie z „Rzeczpospolitą”: „Możemy się pożegnać z marzeniem, że Polska dogoni cywilizacyjnie resztę świata”.
Byle nie myśleć
Krajobraz polskiej edukacji przywodzi na myśl jedną z „Bajek robotów” Stanisława Lema, w której elektrycerz Kwarcowy najechał mroźną planetę Kryonię. Groziło mu, że gdy zacznie myśleć, jego mózg się rozgrzeje. A gdy się rozgrzeje, roztopi wszystko wokół siebie i bohater wpadnie w lodową przepaść. Powtarzał więc sobie w kółko: „Byle tylko nie myśleć, byle tylko nie myśleć!”.
Trudno ocenić, czy „Bajki” Lema ostały się w zetknięciu z czarną dziurą, która wchłonęła ostatnio większość pozycji z listy lektur (książka pozostała w kanonie, ale nauczyciel nie musi już jej omawiać).
Natomiast sam elektrycerz Kwarcowy w pełni zasłużył na to, żeby zostać maskotką nowego programu dla polskiej szkoły. Nieśmiało proponujemy dla niego hasło: „Zero tolerancji dla myślenia”.
Autorzy są inicjatorami ruchu społecznego, walczącego o prawa rodziców

W
WERT

BANDA PŁATNYCH GNOJKÓW USUWAJĄCYCH METYTORYCZNE
WYPOWIEDZI ----MODERATORZY DZIAŁAJA TAK JAK
KOMUNISTYCZNA CENZURA ,USUWAJĄ TO CO NIE PASI ICH
CHLEBODAWCOM ---MODERATORZY TO PROSTYTUTKI ,ZA
PIENIĄDZE ZROBIĄ WSZYSTKO !!!!

s
spokojny

jakie to pinie są "dyrdymałami", tylko proszę bez ogólników "wszystkie", bo to nie jest rzeczowy argument.

S
S-21

Najczęściej tzw.autorytety intelektualno-medialne z tytulami naukowymi , co to uważają[podobnie jak kiepscy żurnalisci;-)],ze się z tego powodu na wszystkim znają, niezaleznie od uprawianej dyscypliny naukowej...;-)
Największy problem w tym,że recept i odpowiedzi szuka się u osób, które pojęcia o rzeczywistości szkolnej nie mają, albo powtarzają komunały tzw.środowisk opiniotwórczych!!!
Dziś np.w “Dzienniku” wyniki egzaminu gimnazjalnego komentują …
byli ministrowie prof.Wittborodt i Łybacka, którzy ze szkołą, poza chwilowym byciem ministrami, nic wspólnego nie mają!Mało tego - są za dzisiejsze wyniki w odpowiedzialni!!!No i powtarzają komunały podobne do tych Króla.Komentuje też, w podobnym duchu egzamin na tych samych łamach J.Lipszyc z warszawskiego ratusza.I mówi podobne komunały - że szkoła nie nadąża…;-)
Żaden z tych “autorytetów” ani się zająknie o godzinach, liczebności klas,programach, wyposażeniu, papierowych priorytetach nadzoru, motywacjach uczniów itp.itd.
No i oczywiście “autorytety, jako poprawne politycznie, nic nie mówią o poronionym pomyśle gimnazjum, o abstrakcyjności pomysłu, by zwłaszcza w obecnych warunkach, kształcić jednolicie na poziomie choćby gimnazjum 100% rocznika, a na poziomie maturalnym -90%.
To mogliby powiedzieć nauczyciele,ale ich akurat nikt z mediów o zdanie nie pyta…;-)))

T
Też spokojny

Bo jak widać, ma za dużo czasu na wypisywanie powtarzających się dyrdymał w postaci tych i innych opinii.

s
spokojny

Muszą być i testy i wiedza i umiejętność samodzielnego myślenia. Jedno drugiemu nie przeszkadza ale wręcz pomaga. Proszę bardzo: robię w ramach matematyki lekcję z teorii gier na przykładzie szachów i brydża, potem robię test w postaci rozgrywek i sprawdzam rankingiem kto jest lepszy a kto gorszy. A więc można i ciekawie i efektywnie. Tylko trzeba chcieć i trzeba odpowiednie testy przygotowywać.

A niby jak szkoła ma sprawdzać czy „ktoś umie formułować własne opinie”? Też musi być z tego jakiś egzamin, test, sprawdzian. Co, nie robić testów? Gdyby nie było ocen i testów to uczniowie do końca by wszystko olewali. Egzamin, test, stres też sprawdza ucznia i zmusza go do intensywniejszej pracy. W życiu też jest konkurencja i stres, szkoła nie może być tu błogą oazą spokoju i lenistwa, bo w życiu tak nie jest i trzeba ucznia do tego przygotować. Im więcej potu na szkolnych ćwiczeniach tym mniej „krwi” w późniejszych „bojach” życiowych.

Dzięki za uwagi, myślę, że chcemy tego samego – dać uczniom dobrą szkołę, tyle, że mamy prawo inaczej rozkładać akcenty. Po prostu te wszystkie umiejętności można przekazywać w szkole w różny sposób. Np. nauka języka obcego to często nauka gramatyki języka obcego, co w praktyce jest wielce nudne i nieprzydatne a potem jak się jedzie z tym szkolnym angielskim do Anglii to poza wyrecytowaniem odmiany zdania „Jaś pali fajkę” przez wszystkie 28 czasów strony biernej i czynnej jest zero porozumienia z Anglikiem prawda? Po prostu nauczycielowi jest łatwiej odpytać binarnie poprawność testu gramatycznego niż biedzić się nad korygowaniem swobodnych wypowiedzi ucznia. Raz byłem świadkiem kiedy gość „szprechający” normalnie po niemiecku, po wieloletnim tam pobycie, miał kłopoty ze zadniem prostego testu, bo nie wiedział co to plusquamperfekt itp. Rodowity Niemiec pewnie też nie wie, bo ja, jak widać, posługuję się jako rodowity Polak językiem polskim ale spytaj mnie o różnicę między orzecznikiem a przydawką a też bezradnie rozłożę ręce. Inny przykład: teorii gier można uczyć metodą nudnych formułek matematycznych a można robić to grając profesjonalnie w brydża z młodzieżą ale ten nauczyciel musiałby to umieć prawda? A to znowu wysiłek. I dalej. Czy młodzież się interesuje muzyką? Jasne, nawet z pasją. Ale nie knotami typu „od Siewierza jechał wóz, malowane panny wiózł” i do tego nuty wkuwać. Ale dać ludziom gitary elektyrczne, perkusje czy keybordy do ręki a będą łomotać aż miło, włączyć karaoke a nauczą się w mig angielskiej piosenki na pamięć. Czyli znowu: ile czasu katujemy ucznia ludowszczyzną z XIX wieku a ile współczesnością. Ile czasu poświęcamy na wałkowanie historii, której już nigdy nie zmienimy a ile zajmujemy się teraźniejszością i przyszłością. A potem ta cała wiedza dociera do ludzi przez komercyjne media bez ładu i składu. Bo młody człowiek nie dowie się w szkole jaki był wkład Mike Oldfielda w progresywnego rocka i kto skrzyżował hip-hop z jazzem ale i też nie otrzyma komentarza do beethovenowskiej „Burzy” a to dopiero w całości składa się na wychowanie muzyczne. To samo z lekturami. Niech 25% ustala centrala, 25% nauczyciel, 25% rodzice a 25% uczniowie i od razu będzie ciekawiej.

s
spokojny

Ja mówię o normalnym demokratycznym, tajnym, równym, powszechnym i bezpośrednim głosowaniu wszystkich rodziców, po kampanii wyborczej, na dyrektora, spośród wielu kandydatów. I co roku głosowanie na absolutorium czyli, że może być dalej a po kadencji (4 lata) nowe wybory. A dyrektor z wyboru powinien mieć porządną kasę znacznie więskzą od reszty nauczycieli ale i większą odpowiedzialność i z tego być rozliczany.

a
atena

Trudniejsze testy byly i po 6 klasie i po gimnazjum, dotąd za łątwo było uzyskiwac super wyniki, cieszyc się z wysokiego poziomu, ale i utrudniać wybór dalszej drogi edukacji dziecka, gdyz wydawało sie , że jest prawie geniuszem.... Przy nierównym poziomie nauki w szkołach, a przez to i nieporównywalnym wystawianym ocenom, dopiero trudniejsze testy moga pomóc i rodzicom , i uczniom, ale i nauczycielom.
takze system premiowania dla kadr powinien by związany z efektami nauczania. MUSI byc jednak skla trudności jakaś testu, nawoływania do obnizenia wymagań, znacża tyle, że propmuje się przeciętność, patrząc po wynikach w załaczonych olikach, można smiało stwierdzić,NIHIL NOVI. Wysokie punkty Sródmieściu nabijaja renomowane gimnazja, a zwłaszcza Batory, który będzie zapewne znów najlepszy w Warszawie, a może i w Polsce jak w ubiegłym roku.... Trzeba równać do lepszych.. i lepiej znać swoje miejsce, swój poziom, a nie przeżywać potem OLBRZYMICH rozczZarowań i załamań w Liceach..

s
spokojny

Podałem przykład jak mierzyć efektywność nauczyciela: nie wymyślam tu nowych teorii tylko proponuję wziąść sprawdzone w praktyce modele na świecie a nie biadolić ciągle, że „w Polsce to niemożliwe”. W USA np. rodzice w szkołach, w demokratycznych wyborach mają wpływ na jej dyrektora (tzw. trustees) więc to chyba jest motywacja żeby się starać nie? Możliwe jest także włączanie uczniów do oceny nauczycieli wedle korczakowskiej zasady „dziecko jest dzieckiem ale we własnych problemach i sprawach jest ekspertem”. I znowu – te systemy funkcjonują nie tylko na wyższych uczelniach (za granicą).

A u nas nawet na uniwersytetach toczą się postępowania prawne blokujące strony internetowe, które takie oceny zamieszczają, w myśl zasady, że „nauczyciel ma zawsze rację i wara rodzicowi czy uczniowi od oceny jego postępowania”. A u nas pokutuje socjalistyczne myślenie typu „szpital to nie fabryka aut” albo „szkoła to nie fabryka aut” albo „teatr to nie fabryka aut”, że niby nie da się ocenić efektywności pracy sfery budżetowej. Otóż da się. Tylko trzeba to oddać w ręce tych, którzy płacą podatki i tą sferę finansują, nie mówiąc o tym, że trzeba tą sferę gdzie się da redukować prywatyzacją. Ostanio oglądałem w brytyjskiej TV (BBC Prime, była w kablówkach w Polsce ale wycofują bo nie ma chętnych do oglądania) jak zmienia się szkoła z tzw. trudnymi uczniami po wprowadzeniu amerykańskiej zasady „zero tolerancji”.

Lekcje wyglądają jak lekcje i nikt nie wkłada nauczycielowi kosza na głowę a jak próbuje to n a t y c h m i a s t w szkole zjawia się policja, no a u nas to oczywiście też „niemożliwe” a potem to dochodzi do samosądów zrozpaczonych obywateli.

n
noe88e

Przede wszystkim źli nauczyciele powinni być zwalniani, nie przez dyrektora szkoły (który jest zarazem nauczycielem w tejże szkole i kolegą pozostałych nauczycieli), a przez wojewódzkiego kuratora - na podstawie obiektywnych testów.
Podstawówkę skończyłem kilkanaście lat temu, a w mojej szkole nadal uczą te same durne nauczycielki.

Co do zróżnicowania pensji w zależności od sukcesów - to jak najbardziej popieram.

Obecnie studia pedagogiczne wybierają ludzie którzy nie nadają się na żadne inne + mały odsetek (~5%) którzy na prawdę mają "powołanie". Nic dziwnego że potem uczą jak uczą.
Bardzo dobrze że są gimnazja prywatne i jest jakaś konkurencja na rynku, źle że one nie dostają pieniędzy z budżetu i muszą walczyć z nieuczciwą konkurencją ze strony "darmowych" (tzn z naszych podatków) publicznych szkół.

Dodaj ogłoszenie