Dziennik covidowy 2 czyli pogromczyni koronawirusa

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Anita Czupryn: Rehabilitacja pulmonologiczna czyli bąbelkowanie potrwa jeszcze kilka tygodni.
Anita Czupryn: Rehabilitacja pulmonologiczna czyli bąbelkowanie potrwa jeszcze kilka tygodni. Anita Czupryn
Dzień po tym, kiedy karetka nie przyjechała mnie uratować, znów wieczór spędziłam na łapaniu powietrza jak wigilijny karp. Było dramatycznie. Tym bardziej, że duszność zakończyła się nagle, uczuciem dziwnej pustki w klatce piersiowej. Czy tak wygląda śmierć? Trzy tygodnie z COVID-em – o swoim chorowaniu na koronawirusa i powrocie do zdrowia pisze nasza dziennikarka Anita Czupryn

Prawie miesiąc trwało moje chorowanie na COVID-19. Według aktualnej nomenklatury jestem ozdrowieńcem, ale nie czuję się ani cudownie ocalała ani kimś, kto uciekł grabarzowi spod łopaty. Wolę nazywać się pogromczynią koronawirusa. Moja uzdrawiająca podróż trwa nadal. Dbam o siebie, obserwuję się. Trzymam rękę na pulsie.

Czwartek 22 października. Noc

[…] Podstępne duszności pojawiają się już o godzinie 16. Nie wiem, co się dzieje na świecie, a co w Polsce i nie chcę wiedzieć. Wiem, że dziś wszystko jest już tylko w moich rękach.
Próbuję łapać oddech, napełniać go światłem i ciepłem. Wyobrażam sobie, jak światło wędruję wewnątrz mojego ciała…
Nie, okazuje się, że tej nocy jednak nie spędzę sama. Nie znaczy to, że ktoś mnie odwiedzi; wiadomo, że nie. Najpierw dzwoni generał Mariola Z., ukochany dowódca walki z moim COVID-em. Muszę się jej wyspowiadać z każdego kaszlnięcia, z każdej duszności, z każdego lekarstwa, jakie wzięłam, albo nie wzięłam. Potem dzwoni Zosia, która uspokaja, że na duszności najlepsze lekarstwo to iść spać. I pyta, czy mam jakieś środki nasenne.
Nie mam żadnych środków nasennych, bo nie mam problemu ze snem. Ledwo przyłożę głowę do poduszki, jak to się mówi. A nawet do tronu z siedmiu poduszek. Ale nie wtedy, kiedy się duszę!
- Wtedy najlepiej wziąć coś na sen i zasnąć. Sen wyreguluje oddychanie – radzi Zosia, która w kwietniu przechorowała koronawirusa.
Na szczęście potem dzwoni Basia i do świtu, razem ze mną terapeutycznie oddycha: „Wdech, wydech, wdech, wydech”.
W końcu poczułam dziwną pustkę w klatce piersiowej. Czy tak wygląda śmierć… - to była moja ostatnia myśl tamtej nocy.

Czytaj także

Piątek, 23 października

Dzień jak nie co dzień, bo dostaję SMS-a z Ministerstwa Zdrowia. Poważnie. Nie ściągnęłam sobie aplikacji „Kwarantanna domowa” – no sorry, nie dostałam SMS-a, że powinnam to zrobić, więc nie będę sobie zapychać telefonu kolejną aplikacją, zwłaszcza, że ostatnio ściągnęłam duolingo. Widać jednak rozniosło się, że choruję, poza tym (wydało się) ministerstwo zna mój numer telefonu i wie, do kiedy przebywam w izolacji. Chyba mój numer telefonu nie podlega pod RODO. „Skontaktuj się ze swoim lekarzem POZ w celu uzyskania informacji o czasie trwania izolacji domowej. Ministerstwo Zdrowia” – napisało Ministerstwo Zdrowia.
Lekarz rodzinny ma do mnie dzwonić 26 października, to już było ustalone wcześniej. Raczej nie spodziewam się, aby tego dnia zwolnił mnie z izolacji.
- A jak się czujesz? A te leki zażyłaś? A co teraz robisz? A gorączkę mierzyłaś? A tlen zamówiłaś? A co jadłaś? Oj, to za mało. Musisz jeść, musisz mieć siłę. Co? Słabo? To może się połóż – generał Mariola Z. słowa wyrzuca, jak pociski z karabinu. Dobrze, że przez telefon.
- A co masz w lodówce? – zaskakuje mnie podstępnym pytaniem ten mój demon intuicji. Ponieważ nic nie mam w lodówce. Nawet światło niemrawe.
- To podaj listę zakupów – komenderuje.
- Syn mi zrobi zakupy. Rzecz w tym, że na nic nie mam ochoty i nie wiem, co ma kupić – wzdycham.
- To ja ci zaraz powiem, co. Zupy masz jeść. Warzywa niech ci kupi. Włoszczyznę i warzywa mrożone na patelnię. I kaszę jaglaną. Kilka bułek razowych, masło, koncentrat pomidorowy i czosnek, to będziesz sobie robić zdrowotnościowe kanapeczki. I pamiętaj, kochana, dzisiaj już powinnaś włączyć ćwiczenia. Takie rozprężające klatkę piersiową. Ściągające łopatki – generał Mariol jest nie do zdarcia.
Dziś w gazecie ukazał się mój dziennik covidowy, więc telefon co i raz wydaje z siebie jakieś sygnały. Piszą do mnie znajomi i obcy ludzie. Posypało się. Jedni pytają, jak się czuję, drudzy dają dobre rady. Że olejek z oregano, że wyciąg z grasicy. Pięć technik tybetańskich, bardzo proszę. O pomoc zwrócić się do Michała Archanioła. A jedna całkiem nieznana pani pyta, czy powinna brać antybiotyk przepisany przez lekarza.
Ot, stałam się ekspertką od COVID-a. Nawet nie mam czasu się ponudzić.
Wszystko to jest absolutnie cudowne.

Sobota 24 października

- Takie czasy, że łatwiej napisać do zakażonej dziennikarki, niż dodzwonić się do lekarza. A nawet jeśli się dodzwonią, to z jakiegoś powodu mu nie ufają – mówi moja przyjaciółka i imienniczka Anita. Anita mieszka w Olsztynie, jest lekarzem i nade mną też roztoczyła ochronny, medyczny parasol.
- Wiesz z czego to wynika? – pyta mnie dalej Anita i zaraz odpowiada, no bo skąd ja mogłabym wiedzieć w moim stanie, co z czego wynika. W głowie huczy mi covidowa mgła. – Z jednej strony potrzebujemy pomocy specjalisty, a z drugiej jego działania poddajemy w wątpliwość. To wynika z wiedzy nagłówkowej. Nikt dziś już nie czyta informacji do końca. Wystarczy przeczytać nagłówek. A nagłówek krzyczy. Łatwo go zapamiętać. Wystarczy wiedza nagłówkowa; po co informacja – dochodzi do wniosku moja imienniczka.
- Właśnie przeczytałam nagłówek na jednym portalu: „Koronawirus uszkadza mózg” – mówię Anicie trochę twierdząco, a trochę jednak pytająco.
- Aha, aha. W rządzie też sporo ludzi zachorowało, to teraz będą mogli się wytłumaczyć – odparowuje natychmiast, ależ ona ma szybkie riposty. I naraz zażywa mnie pytaniem z drugiej mańki: - Masz wibrator?
Cholera jasna. Nie mam wibratora.
- No, to pech. Nie ma ci kto pleców oklepywać, więc pomyślałam, że mogłabyś sobie je oklepywać wibratorem – mówi Anita.
Już sobie wyobrażam, jak oklepuję swoje plecy wibratorem.
- No nie mam. To co mogę zrobić? – pytam.
- Poocieraj się o futryny – radzi po przyjacielsku moja pani doktor.
Czego się nie robi dla odzyskania zdrowia.
Telefon milknie. Jak się okazuje, tylko na chwilę, bo znów rozlega się głos kukułki. Policja.
- Dzień dobry, policja Wola, sierżant sztabowy. Pani Anita?
- Tak, to właśnie ja – odpowiadam.
- Wszystko u pani w porządku? Coś niepokojącego się dzieje? Coś potrzeba? – co za empatyczny męski głos.
- Tylko milion dolarów na konto. Ale nie wiem, czy pan by to załatwił – wzdycham.
- Milion dolarów też by mi się przydał. Życie by było łatwiejsze – zwierza się funkcjonariusz.
- No właśnie, no właśnie – podchwytuję.
- Dwa lata temu wygrałem piątkę w lotto, wie pani. Jednej cyfry mi zabrakło. Ale jakbym trafił tę szóstkę, to byśmy dzisiaj nie rozmawiali, prawda?
- A widzi pan! Niech się więc wszystko dzieje swoim torem. Nie ma co wyprzedzać.
- Zgadza się. Wszystko przed nami. I wszystkiego dobrego życzę – zakończył sierżant sztabowy.
Jak pokazuje rzeczywistość, w izolacji, tak naprawdę, to tylko z policją można sobie pogadać od serca, o marzeniach.
Ewentualnie jeszcze z ząbkiem czosnkiem, któremu podczas przygotowania zdrowotnościowych kanapek tłumaczę podstawy epigenetyki, wierząc, że on, to białe maleństwo, pobudzi w moim organizmie aktywność telomerazy – enzymu, który przedłuży mi życie.

Niedziela 25 października

Rutyna jest dla rutyniarzy. Zmieniam nawyki. Postanawiam zrobić sobie dzień kobiet. A właściwie dzień kobiety. Krótko mówiąc – mój dzień. Rozpoczynam go prawdziwą kąpielą w pianie i myciem głowy. Potem depilacja, no bo już naprawdę! Czuję się jak Tom Hanks w filmie Cast Away; pod pachami dżungla amazońska, a nóżki jak u sarenki. Takie owłosione.
A potem wkładam najpiękniejszą bieliznę, jaką mam. No bo jeśli umrę, to córka, która będzie likwidować po mnie mieszkanie niechybnie powie: „Hej, patrzcie, taką mama miała piękną bieliznę i nawet jej nie zdążyła ponosić. Co za szkoda”.
Faktycznie, trzymać koronki w komodzie i nie nosić? To sobie ponoszę.
- Co tak sapiesz? – dzwoni Anita i pyta, bo złapała mnie na aktywności fizycznej.
- Mam godzinę sapania – odpowiadam. I dodaję: - Ale już się nie boję, że umrę.
- A co? Szykujesz się do grobu? – zainteresowała się.
- Przeciwnie. Szykuję się do cudownego życia. Włożyłam przepiękną bieliznę z sex shopu.
- Uwielbiam twoje zestawienia: bielizna i sex shop. O tempora, o mores! – zawołała.
- Zdziwiłabyś się. W sex shopie majtki są naprawdę bardzo dobrej jakości. Cieszą się długotrwałością – odparłam z godnością.
- Czy to znaczy, że nie trzeba ich prać? – zapytała niewinnie. Ale ona nie wie, że ja od rana miałam już dwa napady malaryczne, więc dwa razy zmieniałam ubrania, łącznie z bielizną, co oznacza, że wróciłam do beznamiętnej bawełny.
- To mogłaś nałożyć strój kąpielowy, ręcznik rozłożyć. Przynajmniej czułabyś się jak na plaży – poradziła. Cała Anita.
Jakby tego było mało, po południu dzwoni znajomy lekarz, doktor Mariusz, który też ma pieczę nad moim zdrowiem.
- Nie mam czasu na nic, ale pamiętam o pani. Trochę się czuję za panią odpowiedzialny. Szkoda tylko, że pacjentka od początku nie stosowała się do zaleceń – pozwolił sobie na przytyk, bo kilka dni temu załamał się, kiedy się dowiedział, że nie wzięłam (od razu pierwszego dnia po covidowym teście) antybiotyku, jaki mi przepisał. Dlatego wdało się u mnie zapalenie płuc i teraz chorobę przechodzę trudniej.
- Głos, słyszę, silniejszy. Będzie pani żyć. Jeszcze pięć dni duszności i spokojnie.
Uff. Faktycznie. Pięć dni duszności. Może mnie nie uduszą.
- Tylko proszę ćwiczyć – ostrzega lekarz. – Najgorsze chyba już pani przetrwała. Miesiąc po ustaniu objawów proszę zrobić tomografię płuc. Wtedy zobaczymy, czy zostały blizny. Zmiany zapalne mogą się dosyć długo utrzymywać. W tym momencie żadnego leczenia już nie ma. Po miesiącu będzie pani wiedziała, czy zostały jakieś zmiany w płucach, jakieś zwłóknienia czy nie. Aczkolwiek u pani po przechorowaniu zapalenia płuc zmiany będą się utrzymywały; to zmiany zwłóknieniowe. To obszar, który nie oddycha, nie ma wymiany gazowej.
No pięknie. Ale może się to da zregenerować, odtworzyć?
- Nie. Tego się nie da odtworzyć ani zregenerować. Jest coś takiego jak rehabilitacja pulmonologiczna, ale może ją pani zacząć już teraz. Ma pani butelkę z wodą i rurkę?
Mam. A nawet mogłabym powiedzieć, że się z nią nie rozstaję.
- Proszę nadal dmuchać w rurkę, długo, długo – instruuje lekarz. - Chodzi o to, żeby wzrastało tak zwane ciśnienie końcowo wydechowe, czyli PEEP, który zostaje w pęcherzykach płucnych w końcowej fazie wydechu. Poprzez dmuchanie w rurkę, PEEP się zwiększa. A PEEP odpowiada za rozklejanie pęcherzyków płucnych. Jeżeli więc będzie pani bąbelkować…
- Właśnie bąbelkuję, panie doktorze – chwalę się, jak posłuszna uczennica.
- Bardzo dobrze…
- Mam bąbelkować wolno, czy szybko? Z siłą, czy raczej delikatnie? – staram się uściślić skalę bąbelkowania.
- Tak normalnie niech pani bąbelkuje. I żeby jak najdłużej szły bąbelki. Byle nie gwałtownie. Wtedy rozprężają się płuca, poprawia się ich wydolność. Będzie pani po tym trochę zmęczona, ale trudno. Trzeba się trochę pomęczyć. To jest rehabilitacja.
- Bardzo mi pomogło przy dusznościach - przypominam.
- Lekarze nieczęsto o tym nie mówią, a to faktycznie pomaga. Na tym polega rehabilitacja oddechowa.
- A co u pana, doktorze? – włącza się we mnie tryb dziennikarki.
- Dziś mam dyżur na SOR-ze. Mamy 6 łóżek izolacyjnych dla pacjentów dodatnich. Ministerstwo płaci nam po 138 złotych od łóżka. To żadne pieniądze, nawet nie pokrywają kosztów. I proszę sobie wyobrazić my dziś na tych 6 łóżkach mamy w tej chwili 47 pacjentów.
- Jak ich zmieściliście? – pozwalam sobie na żarcik (oho, Anita, masz koronawirusa i żarciki się Ciebie trzymają?).
- Fakt, powinniśmy powiedzieć, że nie mamy miejsc i nie przyjmować zakażonych. Ale z drugiej strony, gdzie ta karetka ma pojechać? No, nie da się chorych położyć na 6 łóżkach, więc dokładamy nowe. Zamknęliśmy pediatrię, oba skrzydła. Pediatrów wysłaliśmy na chirurgię dziecięcą. Potem tych chirurgów razem z pediatrami wysłaliśmy na laryngologię, bo oprócz oddziału obserwacyjnego przygotowujemy oddział covidowy. Trzeba tych pacjentów gdzieś przyjmować. Szpital nie jest z gumy, ale musi się rozciągać. Kładziemy ich już wszędzie. A jak nie ma łóżka, to karetki muszą czekać. Zadzwoniłem do dyrektora pogotowia, żeby się nie gniewał. Trudno. Ciężkie stany przyjmiemy od razu, ale pacjentów, którzy są przytomni i oddychają, to nie jesteśmy w stanie przyjąć tak szybko. Niech czekają w karetkach.
- Czekanie w karetkach powoduje, że nie ma karetek, jak dzwonią kolejni pacjenci – mówię, bazując na autopsji (czyli znasz to Anita z własnego doświadczenia, prawda?).
- No tak, ale nie mamy gdzie przełożyć tych, którzy w karetkach już są. A do tego mamy 230 osób chorego personelu. Jak się stan pacjentów z COVID-em polepszy, to wysyłamy ich do domu. Jak nie – to umierają. Bo szpitale cowidowe ich nie przyjmują. Nie mają miejsc. Tylko widzi pani, my specjalnego dodatku nie dostaniemy, bo oficjalnie nie jesteśmy szpitalem covidowym. Żadnej podwyżki, żadnych dodatków. Ani dla ratowników, ani dla pielęgniarek. Personel choruje, bo nie jest super zabezpieczony. A to my jesteśmy na pierwszej linii – gorzko kończy znajomy lekarz.
Próbuję znaleźć coś pozytywnego…
Mam. Przynajmniej wiem, że ja nie umrę.
A przynajmniej nie teraz.

Poniedziałek 26 października

Co kilka godzin łapią mnie napady malarycznej gorączki. W jednej chwili dreszcze i poty. Czuję się jak Nel z „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Pamiętacie?
„Stasiu, ja chyba jestem chora. - Nel!!! – Po czym położył jej dłoń na czole, które było suche i zarazem lodowate. Wręcz porwał ją za ręce i poniósł ku ognisku. – Zimno ci? – pytał po drodze. – I zimno, i gorąco, ale bardziej zimno… - Jakoż ząbki jej uderzały jedne o drugie, a ciałem wstrząsały ciągle dreszcze”.
Z tym, że u mnie żadnego Stasia nie było.
Teoretycznie jest to ostatni dzień mojej izolacji. Dziś podczas e-wizyty mój lekarz rodzinny ma zdecydować, co dalej ze mną.
- Dzień dobry. Cóż tam słychać? – pyta lekarz, który dzwoni punktualnie rano.
- Duszności zostały, wracają każdego wieczora – melduję posłusznie.
- Bóle mięśni, dreszcze, gorączka? – wymienia.
- Napady malaryczne mam – odpowiadam.
- Proponowałbym jeszcze z tydzień posiedzieć w domu. Ćwiczenia oddechowe jak najbardziej. Najważniejsze – obserwować duszności. Jeśli nie jest w stanie pani wstrzymać oddechu na 10 sekund, albo jeśli w ciągu minuty jest więcej niż 30 oddechów, to znaczy, że jest to nasilona duszność, która wymaga leczenia. Wtedy nawet trzeba i po karetkę dzwonić.
- Już raz dzwoniłam, ale pani dyspozytorka uznała, że nie mam duszności – melduję posłusznie.
- Widocznie nie nabierała pani powietrza co drugie słowo – pouczył mnie lekarz. – Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Ja bym pani tę izolację przedłużył do 2 listopada. Żeby pani mogła dobrze funkcjonować, to musi być trzy całe dni bez objawów. To jest wirus, który u niektórych postępuje stopniowo. Na przykład przez tydzień są niewielkie objawy, a później większe i z tygodnia na tydzień potrafi się pogarszać.
Mam nadzieję, że u mnie się polepsza. Tak też chyba myśli policja, bo dziś do mnie nie dzwoni.

Wtorek 27 października

W nocy, chcąc pójść do łazienki, jedną nogę z łózka ściągałam 5 minut. Nie mogę złapać oddechu, nie mam siły. Wszystko przez te duszności. Mięśnie niedotlenione, to i sił brak.
Do dziewiątej rano jestem już po dwóch zmianach odzieży. Tak mnie ta febra napada. Zupełnie jak Nel w „Pustyni i w puszczy”: „Drugi atak [..] nie był tak silny jak pierwszy, ale Nel uczuła się po nim jeszcze słabszą. Wychudła i zmizerniała do tego stopnia, że nie była to już dziewczynka, ale cień dziewczynki”.
Cień dziewczynki?! Spoglądam w lustro. Nie, to jednak nie o mnie.
Koronawirus to chyba jedyna znana mi choroba, w której się nie wyleżałam, bo leżeć nie można. Anita dzwoni i sprawdza, czy nie leżę. Zamiast leżenia mam siedzieć, a najlepiej chodzić.
Chodzę i chodzę i marzę, żeby sobie poleżeć.
Przychodzi wieczór, a wraz z nim ciężki głaz znów kładzie mi się na piersiach. Człowiek ma poczucie, że tlen haustem zagarnia, tylko nijak nie może złapać oddechu.
Telefonu z policji brak.

Środa, 28 października

Co za dzień. Poranny apel z generałem Mariol, a potem cisza. Nawet policja całkiem już o mnie zapomniała. Nie tylko sierżant sztabowy, ale nikt, zupełnie nikt z funkcjonariuszy i funkcjonariuszek z komendy Wola do mnie nie dzwoni. Głupio się przyznać, ale tęsknię za tymi rozmowami. Oj, pewnie policjanci są bardzo zajęci. Coś się podobno dzieje na Żoliborzu.

Czwartek 29 października

Dzwoni mój telefon. Spoglądam na ekran - na ekranie warszawski numer. Odbieram. „Dzień do-bry. Tu sa-ne-pid – słyszę głos automatycznej sekretarki. – Jeś-li ściągnąłeś ap-likację kwa-rantanna wybierz 1. Jeśli nie ściąg – nąłeś wybierz 2.
Wybrałam 2.
- Dzię- kujemy. Do wi-dzenia – powiedziała automatyczna sekretarka sanepidu i się rozłączyła.
W środku wzbiera we mnie śmiech. Za nic nie mogę dojść, po co sanepidowi te informacje.
Potem z rozmowy z przyjaciółką dziennikarką dowiaduję się, że sanepid testuje nowy system informatyczny.

Piątek 30 października

- Nie odwala ci, że już tak długo siedzisz zamknięta? – pyta mnie redakcyjna koleżanka Dorota. Ona zawsze jest taka bezpośrednia.
- A skąd. Patrzę sobie przez okno, widzę, jak ludzie wchodzą do „Żabki” („Żabka” mieści się naprzeciwko mojego okna od sypialni), jak wychodzą radośnie z kolorowymi małpkami i myślę: „Tam się toczy prawdziwe życie”.
Tymczasem cóż ja. Dmucham w rurkę i bąbelkuję.
Policja nadal nie dzwoni.

Sobota 31 października

W nocy wszystko wraca. Kaszel, katar, gorączka, bóle mięśni. Covidowa hydra znów podnosi łeb. Każda hydra, która podniesie łeb, to ja tej hydrze łeb utnę - fantazjuję. Ale w gruncie rzeczy moje myśli są już gdzie indziej. Już kombinuję, jak przygotować mieszkanie na przyjęcie pierwszych gości. Przecież po tylu dniach choroby, chodzenia po domu i chuchania, to wirus może być wszędzie. Wietrzyć wietrzyłam, ale powierzchnie różne trzeba potraktować podchlorynem sodu. Łazienkę całą zlać płynami wszystkobójczymi. Klamki, drzwi, kontakty poczęstować środkiem dezynfekującym. Tkaniny, pościele, ręczniki, ubrania, zasłony wyprać w 60 stopniach. Naczynia, sztućce i garnki wyparzyć. Aha, i wyrzucić używaną szczoteczkę do zębów. Strach pomyśleć, ile wirusa się w niej kowiduje.
Co prawda, mówią eksperci, wirus na powierzchniach utrzymuje się tylko kilka dni. To ja już wolę lepiej na zimne dmuchać.
Policja nadal milczy. Obrazili się?

Niedziela 1 listopada

W łóżku jeszcze jestem, kiedy dzwoni telefon. Numer zastrzeżony. Odbieram.
- Dzień dobry, policja Wola…
- No, nareszcie! – wołam z lekką pretensją. – Bo myślałam, że już nikt z policji do mnie więcej nie zadzwoni. A ja przecież jutro kończę izolację!
Jestem w tej reakcji spontaniczna i nawet przez myśl mi nie przejdzie, że mogliby chcieć mnie sprawdzić, czy przypadkiem nie pojechałam na jakiś cmentarz, czy przypadkiem mój ból nie boli mnie bardziej niż ich.
- Bardzo nam miło – słyszę za to. I dalej: - Czy wszystko w porządku?
- W jak najlepszym – odpowiadam służbiście.
Dzień od razu inaczej wygląda. Znów robię sobie własne święto, myję głowę; włosy garściami wychodzą, jakbym była po chemii. Potem gotuję zupę z kaszą jaglaną (kasza namakała całą noc) jak przykazała Mariola. Likwiduję tron z siedmiu poduszek. Dziś już się wyśpię na płaskim jaśku.
Reszta dnia taka sobie. Trochę się duszę, trochę bąbelkuję. Zapalam świeczki.
W sumie nic ciekawego.
Czuję się prawie zdrowa. Przeżyłam. Co prawda, uświadamiam sobie, jest co najmniej kilka powodów, dzięki którym pokonałam koronawirusa.
Pierwszy – bo jestem kobietą.
Drugi – bo mam grupę krwi 0 Rh+.
Trzeci: bo byłam w dzieciństwie szczepiona przeciwko gruźlicy.
Czwarty: od marca przygotowywałam się do tej nierównej wirusowej wojny. Zmieniłam dietę, nie jadłam przetworzonej żywności, ani cukru, ani żadnej rzeczy która jego jest. No, może trochę przesadziłąm. Ale za to ćwiczyłam. W ciągu ostatnich kilku miesięcy dzień w dzień przebiegałam od 8 do 10 kilometrów.
Piąty: od kilku miesięcy afirmowałam, medytowałam, wizualizowałam, a w chorobie własnym umysłem uzdrawiałam płuca, oskrzela, nerki, serce i mózg. Zwłaszcza na tym ostatnim mi zależało. Nie chciałam, żeby został uszkodzony.
Szósty: nie traciłam poczucia humoru, nie spinałam się, tylko dawałam moim leukocytom wolną wolę.
I po siódme w końcu – choć byłam w izolacji, to jednak nie sama. Mam kochaną rodzinę, z którą byłam w nieustającym kontakcie. Mam tak wiele przyjaciół, którzy codziennie ratowali mi życie, a generał Mariola Z. zabijała wszystkie smoki. Myślę o tym z ogromną wdzięcznością i wzruszeniem.
Wieczorem dzwoni domofon. Nikogo się przecież nie spodziewam, więc już chcę zlekceważyć dzwonek, ale pchnięta nieznanym impulsem, gnam do przedpokoju, podnoszę słuchawkę.
- Policja Wola, dobry wieczór. Czy pani Anita?
No. Przynajmniej teraz wiem, że policji naprawdę na mnie zależy.

Wtorek 3 listopada

„Oto jest dzień, oto jest dzień…” – od rana wszystko we mnie śpiewa. Powinnam pisać mój dziennik covidowy, ale nie chcę stracić nawet chwili czasu. Dość już tego więzienia za niewinność. Wkładam buty, kurtkę, maseczkę. Wychodzę. Zaraz, wróć!
Wracam. Kroki swoje kieruję na balkon, gdzie w podwójnych workach jak przyczajone grzyby bomby ekologicznej czekają śmieci. Zabieram worki, zostawiam otwarte drzwi balkonowe. Po drodze otwieram jeszcze okna w całym mieszkaniu. A sio wirusie!
Pierwszego dnia po chorobie poszłam do lasu. Na drzewach prawie już nie ma liści. No, patrzcie państwo, jak ten czas przeleciał. Jak z bicza.

Nieruchomości najlepszą lokatą kapitału w dobie kryzysu?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Marek Staniszewski

OMG nareszie koniec, szybkiego powrotu w pelni do zdrowia i kolejnch 10 -cio kilometrowek w pelnej formie i pelnym oddechu.