Dzień Ojca. Łukasz Wejchert: Nauczyłem się, jak być ojcem, w praktyce. Dbam o wartości

Agaton Koziński
Łukasz Wejcher
Łukasz Wejcher Fo. archiwum
- Gdy byłem dzieckiem, mieszkałem z matką, bez ojca. Siłą rzeczy nie mogę się wzorować na jego metodach wychowawczych wobec własnych synów. Nie powielam więc schematów - mówi przedsiębiorca, były prezes portalu Onet.pl oraz były członek zarządu TVN, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Dzień Ojca to ważne dla Pana święto? Fajnie być ojcem?
To supersprawa! Zwłaszcza być młodym ojcem. Mam 38 lat i trzech synów, bardzo aktywnych. Najstarszy ma 11, drugi 9, a trzeci 7 lat - i wszyscy trzej bardzo chętnie uprawiają różne sporty. To wymaga dużych pokładów energii także ode mnie. Podejrzewam, że gdybym był starszy, mógłbym nie podołać.

Z drugiej strony został Pan ojcem dość szybko. Zdążył się Pan wyszaleć, zanim założył Pan rodzinę? A może gdzieś w głębi ducha tli się u Pana żal za utraconą młodością?
Bez przesady, pierwszy syn urodził się, gdy miałem 27 lat, miałem więc sporo czasu, by się wyszaleć. Przez wiele lat mieszkałem w Danii, tam skończyłem liceum. W krajach skandynawskich akurat młodzież ma mnóstwo sposobności do zabawy. Z kolei na studia wyjechałem do Irlandii, gdzie także wszyscy wiedzą, jak się należy bawić. Także na pewno nie uważam, bym cokolwiek stracił. Choć też nie przesadzałbym z tą koniecznością szaleństwa w młodości. Każdy jest inni - jedni chcą korzystać z uroków życia, inni wolą szybką stabilizację i w tym się odnajdują. Nie ma reguł.

Owszem, nie ma. Ale z drugiej strony ojcostwo wydaje się zajęciem bardzo nudnym - dobrze więc przynajmniej mieć wspomnienia, do których można wracać.
Mogę mówić tylko za siebie, ale nie uważam, żeby bycie ojcem było nudne. Gdy dziecko jest bardzo małe, siłą rzeczy bardziej przywiązana do niego jest matka. Później jednak, gdy synowie podrośli, zaczęli spędzać więcej czasu ze mną. Trochę jak u Indian - dzieci przeszły pod męską opiekę.

U Indian przekazanie opieki nad dziećmi mężczyznom miało służyć nauczeniu ich obchodzenia się z bronią. Mimo wszystko nie wierzę, żeby Pan uczył synów, jak strzelać z łuku i skalpować.
(śmiech) Nie, oczywiście, że nie. Nasze główne zajęcie to sport. Gramy w tenisa, piłkę nożną, chodzimy na basen. Wspólnie chodzimy na mecze na Euro - to już zajęcie dla ojca, mimo wszystko matki na spotkania piłkarskie niechętnie się wybierają. Choć też różnych zajęć ciągle mi przybywa. Widzę, że paleta zainteresowań dzieci jest coraz większa i coraz bardziej różnorodna. Rośnie skala problemów, z jakimi muszą sobie radzić.

Sam Pan zauważył, że na początku synowie Pana jednak nie potrzebowali, ważna była tylko matka. Jak Pan się wtedy czuł? Nie było uczucia zazdrości o uczucia?
Gdy dziecko się rodzi, to nie ma miejsca na zazdrość - każdego rodzica opanowuje uczucie nieograniczonej niczym miłości. Jeśli trzeba, takiemu dziecku poświęca się każdą wolną chwilę. Nasz syn miał na przykład kolki i trzeba było go codziennie przez kilka godzin nosić na rękach, zanim zasnął. Wtedy wydawało się to upiornym zajęciem, choć dziś z żoną wspominamy to ze śmiechem.

Podkreśla Pan, że im synowie starsi, tym bardziej przechodzą pod Pana opiekę. Jaki model wychowywania Pan przyjął? Chce Pan synom pozostawić możliwie jak najwięcej swobody czy jednak wychodzi Pan z założenia, że przez pewne etapy muszą przejść? Opowiada się Pan za wychowaniem bezstresowym czy raczej z jasno określonym systemem tego, co wolno, a czego nie?
Ja sam, jak wspominałem wcześniej, wychowywałem się w Skandynawii, według obowiązującego tam systemu wartości. On zakłada, że dzieci powinny posiąść pewien kanon zachowań, umiejętności. Ten model przeniosłem do naszego domu. Obowiązuje w nim otwartość, o każdym problemie, łatwym czy trudnym, staramy się rozmawiać. Przestrzegamy też priorytetów. Dzieci mogą się bawić dopiero wtedy, gdy wywiążą się ze swoich obowiązków. Nie uznaję czegoś takiego jak kieszonkowe, nie chcę, by moi synowie dostawali pieniądze za darmo. Jeśli potrzebują pieniędzy na własne wydatki, muszą je zarobić.
Tylko jak może zarabiać 11-latek? A tyle lat ma Pana najstarszy syn.
Oczywiście, nie każę mu iść do pracy. Ale pracodawcami synów są ich rodzice. Jeśli któryś z nich zrobi coś dla domu, dodatkowo, wtedy dostanie pensję. To mogą być różne zajęcia, na przykład odśnieżanie chodnika i podjazdu przed domem czy koszenie trawy. Chodzi o tego typu zajęcia. Na razie nie dopracowaliśmy jeszcze systemu, jesteśmy z żoną na etapie wdrażania. Ale zimą już płaciliśmy za odśnieżanie, wprowadziliśmy stawkę 5-6 zł za godzinę pracy. Ważne, żeby dzieci poczuły wartość pieniędzy. Odśnieżanie to ciężka praca, chłopcy wracali do domu spoceni. To na pewno pomagało im docenić wartość zarobionych pieniędzy.

Nie boi się Pan płacić pensji za prace domowe? To, owszem, rodzi szacunek dla pieniędzy, ale z drugiej strony może też przyzwyczaić ich, że wszystko przelicza się na złotówki - nawet takie wartości niemerkantylne jak dbanie o własny dom.
Tak, trzeba to wyważyć. Dlatego pilnujemy, żeby chłopcy mieli jasno zdefiniowane obowiązki domowe i się z nich wywiązywali. Pieniądze mieliby dostawać dopiero za prace ponadstandardowe. Ale przede wszystkim trzeba pamiętać, żeby zaszczepić w dzieciach konieczność przestrzegania ważnych w życiu reguł. Takich na przykład jak punktualność. To najlepsza oznaka szacunku dla drugiej osoby, w Skandynawii bardzo się tego przestrzega. Inna ważna kwestia, której staramy się uczyć dzieci, to przyzwyczajenie ich do tego, by robiły to, co lubią. Rolą rodziców jest pokazać dzieciom, że świat jest bardzo różnorodny i trzeba być otwartym, by móc z tej różnorodności korzystać. Także na pewno trzeba im stwarzać możliwości - ale też pilnować, by miały zajęcia.

Do jakiego momentu według Pana należy się dziećmi zajmować? Jak długo powinny być pod skrzydłami rodziców, a kiedy powinny się usamodzielnić?
Każde dziecko ma swój indywidualny charakter, także nie da się stworzyć uniwersalnej reguły mówiącej, kiedy należy dać dziecku swobodną rękę przy podejmowaniu życiowych decyzji. Na pewno jednak rolą rodziców jest zapewnić dzieciom konieczny im zestaw umiejętności, które pozwolą im radzić sobie w dorosłym życiu. I pozostawić swobodę, w jaki sposób z tych umiejętności będą one korzystać.

Jak skompilować ten konieczny zestaw umiejętności? I pytanie uzupełniające: wybrać szkołę publiczną czy prywatną?
Ja swoich synów posłałem do szkoły prywatnej. Ale też nie jestem przekonany, czy w ten sposób będziemy je kształcić przez cały czas.

Wiadomo, że szkoły prywatne gwarantują wyższy poziom - z drugiej jednak strony istnieje ryzyko, że dziecko będzie się wychowywało niejako w akwarium dla elit, nie będzie miało okazji nawet się dowiedzieć, jak wygląda tzw. normalna rzeczywistość, którą można spotkać w szkołach publicznych.
Dlatego będziemy próbować stworzyć jakiś model mieszany złożony z obu rozwiązań. Skoro mamy synów w prywatnych podstawówkach, to do liceum albo na studia poślemy ich do szkół państwowych. Choć też nie wykluczam, że te szkoły będą za granicą. Bardzo mi zależy, żeby synowi poznali inne kultury, inne kraje europejskie. W końcu żyjemy w czasach globalnej wioski. Im więc dzieci będą lepiej znać języki obce, im pewniej będą się czuć podczas spotkań z obcokrajowcami, tym łatwiej będzie im w przyszłości.

Dzieciom należy zostawić tyle, żeby mogły robić, co chcą, a nie tyle, żeby mogły nic nie robić - mawia Warren Buffett. Podpisuje się Pan pod tą dewizą?
Dlatego dzieci trzeba bardzo starannie wychować i wykształcić. To będzie kapitał, który zawsze będzie procentował - bez względu na to, co będą chciały robić w przyszłości. Ale też nie będziemy decydować o tym, gdzie one będą pracować. To już będzie ich samodzielna decyzja. Choć już dziś widzę, że nie muszę się o przyszłość dzieci martwić, gdyż widzę, że już teraz są mądrzejsze i sprytniejsze, niż ja byłem w ich wieku. Gdy byłem w ich wieku, umiałem dużo mniej, dużo gorzej radziłem sobie w życiu.
Skoro dzieci radzą sobie lepiej od Pana, to znaczy, że jest Pan dobrym ojcem. Jak Pan się tego nauczył?
W praktyce. Rozmawiam z kolegami, którzy też mają dzieci w podobnym wieku, dzielimy się problemami, doradzamy sobie nawzajem.

Jak ważnym nauczycielem był dla Pana własny ojciec? Jak często powtarza Pan jego zachowania, a na ile jest ojcem samodzielnym?
W dużej mierze jednak ojcem samodzielnym. Gdy byłem dzieckiem, mieszkałem tylko z matką, bez ojca - siłą rzeczy trudno mi powtarzać jego zachowania. Trudno mi powielać schematy. Bardziej odwołuję się do wzorców skandynawskich, wśród których wyrosłem.

Trudno Panu odwołać się do własnych doświadczeń w stosunku do komputerów. W czasach Pana dzieciństwa ich nie było, natomiast teraz młodzież może godzinami buszować po internecie. Jak do tego podchodzić? Limitować czy pozostawić pełną swobodę?
Na pewno trzeba pilnować, by dziecko miało dostęp do komputera i internetu. To pobudza kreatywność, poza tym pozwala mu się poczuć obywatelem świata. Ale też nie można pozwolić, by dzieci przed monitorem spędzały cały dzień. Limitujemy to poprzez inne obowiązki. Nasi synowie mają na tyle dużo innych zajęć, że zwyczajnie nie uda im się siedzieć długo przed komputerem. Na całe szczęcie dla nich to też nie jest problem. Synowie bardzo lubią sport, chętnie go uprawiają, także nie ma problemów z tym, by ich wyciągnąć z domu. A jeśli mimo wszystko w czasie weekendu zdarza im się zasiedzieć przed monitorem, to zmuszamy ich do wyjścia, wyciągamy na wycieczkę rowerową lub spacer. Nie mamy z tym dużego problemu, ale pewno trzeba tego pilnować. Natomiast bardzo restrykcyjni jesteśmy podczas wakacji. Gdy wyjeżdżamy gdzieś wspólnie, to obowiązuje absolutny zakaz oglądania telewizji czy korzystania z komputera. Skoro ma to być wyjątkowy czas, to niech wyróżnia się on od codzienności także tym.

Jak Pan widzi przyszłość własnych dzieci? Pan zaczął swoje dorosłe życie od pracy w spółkach należących do Pana ojca. Zatrudni Pan synów w którejś ze swoich spółek? Myśli Pan, że oni przejmą firmę po Panu? A może wolałby Pan, aby synowie odcięli się od drzewa, które Pan zasadził, i próbowali wyhodować własne?
Na razie w ogóle o tym nie myślę, jest zdecydowanie za wcześnie na takie decyzje. Ja po ukończeniu studiów wcale nie poszedłem pracować do firmy ojca. Początkowo znalazłem zatrudnienie w bankowości inwestycyjnej. Później uznałem, że chcę założyć własną spółkę, miałem pomysł - a ojciec mnie przekonał, żebym ten pomysł realizował w ramach jego przedsiębiorstwa. W ten sposób powstał Tenbit.pl, portal rozrywkowy z grami online. Ale później wycofałem się z ITI, miałem inne zdanie o przyszłości mediów niż inni udziałowcy. Także wiem z własnego doświadczenia, że nie można takich rzeczy planować z wyprzedzeniem. I wiem, że biznes rządzi się własnymi prawami, relacje rodzinne są od niego niezależne. Dlatego tym bardziej przyszłości zawodowej dzieci nie zamierzam przewidywać.

Łukasz Wejchert, przedsiębiorca, były prezes portalu Onet.pl oraz były członek zarządu TVN. Obecnie pracuje nad nowym przedsięwzięciem z branży IT

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Brzmi rozsądnie. judytapapp.com/wejchert.php
Dodaj ogłoszenie