Dzięki niej przeżyłem najwspanialsze chwile

Paweł Zarzeczny
Czy wiecie, jaki był najwspanialszy mój wigilijny prezent pod słońcem? Otóż była to piłka. Piłka do kopania. Gumowa.

Kiedy tylko podrosłem i pierwszy raz poszedłem na podwórko, a miałem lat nie więcej niż pięć - wszyscy nowi koledzy pytali o jedno: Czy umiem się kiwać… Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, o jakie kiwać, więc na wszelki wypadek odpowiadałem, że potrafię… Ale nie potrafiłem. A wszyscy chłopcy z podwórka potrafili. Szybko zorientowałem się, że chodzi o zabawę z piłką, w której nie wolno dać jej kopnąć koledze. No i jeszcze szybciej, bo byłem zawsze ambitny - nauczyłem się kiwać. I grać, i strzelać gole. I bronić.

Ponieważ takiego gnojka nikt nie potrzebował w drużynie, żadnej, moi koledzy byli po dziesięć lat starsi, brali mnie do zabawy tylko w jednym wypadku. Jak nie mieli bramkarza. Frajera, który będzie stał między słupkami i podawał piłkę. Domyślacie się całkiem trafnie - byłem gotów stać nawet w bramce.

No i zaczęło się. Złamana noga. Złamana ręka. Powybijane palce, fioletowe. Chłopcy na podwórku walili w piłę bardzo mocno. No i któregoś razu, nie wiem, może miałem lat ze sześć, dostałem w domu kategoryczny zakaz. Zakaz gry w piłkę. Oczywiście, ponieważ nigdy w życiu do żadnych zakazów się nie stosowałem, zwłaszcza tych dotyczących wagarów i kopania futbolówki, no to grałem dalej. Dzień w dzień. Od rana do nocy. Od lata do zimy. Ciotka wracała z pracy, widziała mnie na podwórku z piłką i lała sznurem od żelazka albo kijem. Za nieposłuszeństwo. A ja grałem dalej, i dalej łamałem palce, ręce, nogi… Byłem piłkarzem w konspiracji. Aż któregoś roku, nie wiem kiedy dokładnie, zlitowała się. Kupiła mi piłkę. Była to jej bezwarunkowa kapitulacja przed moją największą w życiu pasją. Nie stać jej było na piłkę skórzaną, takie kosztowały ponad 300 złotych, biedronki. Ale kupiła mi gumową. Za 30. Obiłem nią wszystkie murki, ściany, okna, aż się nauczyłem i kiwać, i bronić, i strzelać.

Wujek z Anglii, lotnik, przysłał mi pod choinkę książkę "History of the World Cup" pana, który nazywał się Brian Glanville. Na okładce, w złocistym kanarkowym stroju skakał do góry Pelé. Jak sądzę, było to na moje dziewiąte urodziny… Wpatrywałem się w zdjęcia piłkarzy i chciałem być taki sam… A parę ulic dalej grał Deyna (już koledzy powiedzieli mi kto taki), Brychczy, Blaut, Grotyński… A parę ulic dalej - na ogromny stadion, na którym zawsze bałem się zadeptania przez tłum - przyjeżdżał Lubański. I Górnik Zabrze, którego trzeba było ograć za wszelką cenę. Zwłaszcza że kibicowały mu moje siostry, bo najprzystojniejszy. A ja go nienawidziłem, a zarazem podziwiałem.

Nie zrozumiem czemu, ale piłka nożna stała się główną treścią mojego życia. Moją codzienną lekturą - "Przegląd Sportowy". Moim codziennym bólem - pozdzierane kolana, na Warszawiance, Gwardii, Legii, Bycie fanem piłki nie przeszkodziło mi skończyć uniwersytetu, wychować dzieci…

Chociaż zakazy miałem cały czas. Pamiętam święta i zimę gdzieś w latach 80. Dziewczyna powiedziała mi, że jak pójdę na mecz, to nie mam po co wracać. Bo Wigilia. Poszedłem na mecz. Akurat Legia przegrywała w śniegu z Pogonią bodaj 0:2, a wygrała 4:2. Nigdy nie czułem się bardziej szczęśliwy. Albo jak poznałem bohaterów moich podwórkowych zmagań. Deynę, Lubańskiego, Górskiego, Gadochę, Tomaszewskiego, Latę, Szarmacha… Uwierzycie, że kiedyś strzeliłem im gola? Że pan Kazimierz zaczął traktować mnie jak syna?

W Wigilię w latach 80. dziewczyna powiedziała mi, że jak pójdę na mecz, nie mam po co wracać. Wybrałem Legię

I kiedyś sprawił mi największy komplement, jaki w życiu futbolowym słyszałem. Graliśmy w Wałbrzychu, on był naszym trenerem. Tam w bramce stał Ryszard Walusiak, postać, wyga. No i remis, karne, ja podchodzę do decydującego… Mam opanowaną jedną sztuczkę. Nabiegasz niby na wprost, ale w ostatniej chwili pasówką, niczym hokejowym kijem albo bilardowym, posyłasz piłkę w prawy dolny róg. Do kąta. Pewniak. Ale jak już nabiegałem, a pan Kazio stał za bramką, ze strachu poplątały mi się nogi. I zamiast po ziemi do prawej - wyszedł mi fenomenalny strzał w okno. Po lewej. A Górski, mój bohater i trochę tata, mówi naprawdę z podziwem: "Panie Pawełku! Ma pan ligowy shoot!".

Nigdy nie przyznałem mu się, że był to przypadek, jak wiele spraw w moim pogmatwanym życiu. Ale nie było przypadkiem jedno. Wszystko zaczęło się od podwórka, od wybijania szyb, od tych połamanych rąk i nóg, i tej pierwszej, gumowej piłki. Pod choinkę. Ta piłka właśnie pozwoliła mi zostać kimś. I przeżyć najwspanialsze życie. Życie, o jakim inni mogą tylko pomarzyć...

Kliknij, aby czytać pozostałe felietony Pawła Zarzecznego

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Arek
Wychowałem się na prawdziwym podwórku i nie wstydzę się tego człowiek nie raz komuś przylał i sam oberwał ale warto było takie doświadczenie nawet wychowanie na naj niebezpiecznej ulicy uczy życia czy to wagary czy umawianie się z dziewczyną i inne rzeczy (jak Paweł Zarzeczny podaje w książce "Zawsze byłem najlepszy") dzięki takiemu podejściu do życia wiedziałem jak głosować podczas wyborów (a to Korwin a to UPR). A znam wielu (nie wszyscy na szczęście) co wychowali się w domach rzadko wagarowali nawet mieli super stopnie,super skończone szkoły itd ale dziś słyszę,że mają dobre stanowiska w pracy ale,że nie byli uczciwi,że każdego wygryzali,cwaniakuja do tej pory,patrzą na portfel na swój i innych.Każdego kto ma inne zdanie lub jest konkurencją to załatwiają w chamski sposób i tak dalej i tak dalej i to jest pytanie czy lepiej być tzw niegrzecznym w dzieciństwie ale być człowiekiem czy być grzecznym w szkole a potem postępować jak typowy cham i prostak ?.Naprawdę ulica także wychowuje i to nie na kogoś gorszego żyje już ponad 30 lat i wiem co to życie nie raz się sparzyłem jak każdy ale wiem jedno nie jeden raz gość z tzw ulicy i dzielnicy zachowywali się uczciwiej,lepiej niż ten z tzw dobrego i bogatego domu (oczywiście nie każdy bogacz to chytrus i cwaniak ale znaczna ich część) takie jest życie stety,niestety i trzeba się z tym stety,niestety pogodzić.
k
koszerny karp
mistrz się nigdy nie myli
k
koszerny
mistrza się nie poprawia , mistrz zawsze ma rację
h
hater
shot a nie shoot
Dodaj ogłoszenie