Dwa lata w Belwederze: Kluczowe momenty prezydentury Komorowskiego

Witold Głowacki
Dwa ostatnie lata stanowiły zapewne dopiero piątą część prezydentury Bronisława Komorowskiego. Na polskiej mapie politycznej trzeba by było wojny lub rozbiorów, by na serio można było mówić o jego kłopotach z reelekcją.

Z dzisiejszego punktu widzenia opozycja wciąż nie ma szans, by zagrozić Komorowskiemu. I to niezależnie od tego, czy na prawicy Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro wystąpiliby osobno, czy zjednoczyli siły. Lewica zaś nawet nie ma kim wejść do gry. W macierzystym obozie prezydenta nie ma natomiast odważnych, którzy pretendowaliby do roli zmienników Bronisława Komorowskiego. Dziś w Platformie wszyscy wiedzą, że splendor pod żyrandolem nie okazał się zajęciem dla statysty. A Komorowski w ciągu ostatnich dwóch lat zajął polityczne pozycje nieosiągalne dla partyjnych liderów. Przypominamy pięć najważniejszych być może dla prezydenta chwil tych dwóch lat - to, jak sobie w nich radził, decydowało o jego dzisiejszej pozycji.

Moment I - Demonstracja siły

To było tuż po ogłoszeniu wyników wyborów. Bronisław Komorowski nie czekał na Donalda Tuska. Sam wskazał Grzegorza Schetynę jako swego następcę w fotelu marszałka Sejmu. Szef Platformy nie poszedł na konfrontację. Z kwaśną miną zaakceptował swego partyjnego konkurenta jako marszałka. Niemal równolegle Komorowski powołał nowych członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Też nie konsultując się z nikim - zwłaszcza zaś z kierownictwem własnej partii. To był dla Platformy i Tuska bardzo wyraźny sygnał, że pod żyrandolem nie zasiadł potulny partyjny czynownik. Że prezydent może zagrać według własnych zasad, a konstytucja wbrew pozorom pozostawia mu miejsce na to i owo. Niewykluczone, że właśnie ta lekcja ukształtowała relacje między obiema kancelariami na obie kadencje.

Moment II - Demonstracja słabości

Pod koniec tego szczególnego dla Polski roku 2010 Bronisław Komorowski spotkał się z Barackiem Obamą. Dziś nikt nie pamięta, jakie tematy poruszali obaj prezydenci. Wszyscy za to pamiętają niezbyt zgrabny żart głowy polskiego państwa, który wprawił w lekkie osłupienie Obamę. Komorowski chyba ostatecznie potwierdził wtedy ulubioną tezę swych przeciwników - że jego rubaszny humor i nie zawsze wyrafinowany styl publicznych wypowiedzi łatwo może się obrócić przeciw niemu. Opozycja ma więc z czego szydzić - jednak większości Polaków wciąż to nie rusza. Dlaczego?

Moment III - Styl

Może dlatego, że Komorowski bardzo szybko potrafił obudzić skojarzenia z prezydenturą Aleksandra Kwaśniewskiego - lidera SLD, który na początku kadencji był prezydentem co najmniej niechcianym przez wszystkich, którzy nie nosili w czułej pamięci PRL. Kwaśniewski jednak zdołał wznieść się ponad swój obóz - nie zawsze grając do jednej bramki z Leszkiem Millerem i postkomunistami. Komorowski zachowuje się zaś od początku tak, jakby doskonale pojmował skuteczność hasła o "prezydencie wszystkich Polaków". Już w czasie wojny o krzyż i marszów PiS na Krakowskim Przedmieściu zachował daleko idącą powściągliwość. Ostatecznie zaś chyba udowodnił, że potrafi słuchać racji nie tylko Platformy i jej zwolenników podczas zapomnianej już dziś niemal wojny o reformę OFE. Nie tylko dlatego, że w Pałacu Prezydenckim i Belwederze toczyły się niekończące debaty z udziałem niemal każdego, kto w tym kraju choć trochę pojmuje zasady działania systemu emerytalnego. Przede wszystkim dlatego, że z tym, co się tam dzieje, całkiem mocno liczyli się główni - zdałoby się - gracze tego sporu: Michał Boni, Jacek Rostowski i Jolanta Fedak. Przede wszystkim zaś szef wszystkich graczy Donald Tusk.

Moment IV - Niezależność

Zabawne, ale mało kto to właściwie zauważył. W kampanii parlamentarnej 2011 roku Donald Tusk zasuwał po kraju swoim tuskobusem, w ślad za nim zaś ruszyli baronowie Platformy. Gdy jednak trwała, przedstawiana rzecz jasna w kategoriach ostatecznego starcia dobra ze złem, coraz bardziej zaś zacięta kampania, Bronisław Komorowski ani trochę nie pomógł swej macierzystej partii. Tak jak zresztą zapowiedział nieoficjalnie, a później całkiem oficjalnie jeszcze na długo przed wyborami. Nie widzieliśmy więc prezydenta przecinającego w odpowiednich momentach wstęgi, wręczającego ordery i odwiedzającego zagrożone rejony kraju. Nie słyszeliśmy też, by zajmował szczególnie ostre stanowisko w kampanijnych sporach. Podobno Donald Tusk do dziś mu to pamięta.

Moment V - Impregnacja

Wydawało się, że to może być największy strzał w stopę Komorowskiego - coś jak ACTA dla rządu Donalda Tuska. Gdy prezydent zgłosił swój projekt nowelizacji ustawy o zgromadzeniach publicznych, nawet najwięksi jego sympatycy pukali się w głowę. Wydawało się, że nawet burdy z 11 listopada ubiegłego roku nie mogą usprawiedliwić jawnej próby ograniczenia wolności konstytucyjnych. A jednak po pierwsze koalicja wzięła ten ciężar na własne barki i po kilku poprawkach projekt przegłosowała, po drugie zaś - sam prezydent kompletnie nic na tym nie stracił. W sondażach nawet nie ma śladu spodziewanego niezadowolenia Polaków. Tak jak Komorowskiemu ufali, tak też ufają. To znak, że po pierwszych dwóch latach kadencji prezydent zebrał kapitał tak duży, że o jego dyskontowaniu już nawet nie wypada mówić.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Warszawer
Podziekujmy mu przy wyborach niech zabiera swoje zabawki i truposzy doradcow i idzie do domu
l
lola
Przy Komorowskiego servilizmie dla Rosji Putina rozbiory sa możliwe.
Dodaj ogłoszenie