Drugiej Justyny w Warszawie nie będzie

Marian Kmita
Cała Warszawa ruszyła w niedzielę zobaczyć Stadion Narodowy od środka, ja nie. Miałem szczęście zobaczyć ów architektoniczny monument w lecie (faktycznie imponujące dzieło), a poza tym na koncerty Lady Pank czy T.Love chodziłem w latach, kiedy byli w najlepszej formie i grali przy dodatnich temperaturach.

Wolny czas spożytkowałem na bieganie na nartach po otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Rozrywka zdrowa i przyjemna dobrze mi znana z czasów, kiedy mieszkałem na Dolnym Śląsku i na czeską stronę miałem ledwie dwie godziny samochodem. Wtedy zazdrościłem Czechom umiłowania do biegów narciarskich i wyjątkowej kultury poruszania się górskimi szlakami bez niszczenia tzw. śladów - torów, po których pomykają biegacze.

Czytaj też: Zwycięstwo Justyny Kowalczyk

Kiedy odkryto w Polsce talent Justyny Kowalczyk, a ta wkrótce przywiozła z igrzysk w Turynie pierwszy medal, wiedziałem, że to musi wygonić Polaków sprzed telewizorów i zmusić ich do biegania na nartach. Tak też się stało. Od kilku lat widzę, jak przybywa w podwarszawskich lasach ludzi młodych i starszych walczących z wysiłkiem o kondycję i dobre samopoczucie. I ja czynię podobnie w każdą zimową niedzielę od kilku lat, kiedy tylko są śnieg i mróz.

Czytaj też: Wszystko o Justynie Kowalczyk

Wyczyny Justyny zmobilizowały wielu moich sąsiadów do hasania po pagórkach między Falenicą a Aleksandrowem, ale do czeskiej kultury biegania jest nam bardzo daleko. Po pierwsze, wawerskowarszawski las to bardziej wielkie wysypisko śmieci niż zielony masyw. Biegając po płytkim śniegu, można wjechać w najrozmaitsze przedmioty od starych telewizorów, lodówek, kuchenek począwszy, na - uwaga! - akwarium skończywszy. O częściach skradzionych i rozebranych samochodów nie wspominam, bo to smutna norma, ale sterta kilkuset par starych gumiaków to już niespodzianka.

Druga przypadłość także ma związek z ludźmi, nie przyrodą. Do przyjemnego biegania potrzebne jest tzw. założenie śladu, czyli wytyczenie trasy przez biegacza lub specjalną maszynę. W Czechach czy Austrii upominano każdego, kto pozwolił sobie postawić stopę na takiej trasie, bo to kłopot dla każdego biegacza, zwłaszcza na płytkim śniegu. W lasach gminy Wawer mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym. Mam wrażenie, że każdy, kto znajdzie się na szlaku, musi depnąć po narciarskim śladzie. I nie trzeba być tropicielem, aby odnaleźć w odciskach opony kładów i motokrosowych motocykli, końskie kopyta i zwykłe zimowe trzewiki. Wszystko to zniechęca do naśladowania wielkiej Justyny, bo przecież każdy znany sportowiec zaczynał od zabawy, a nie od kopania się z koniem w śmietniku.

Czytaj też: Pozostałe felietony Mariana Kmity

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

n
niełuk
a skąd ludzie mają to wiedzieć? zamiast się wkurzać, trzeba edukować.
o
opty
..u ARABÓW!!!
z
zniesmaczony
Polacy i kulturalne zachowanie w przyrodzie??-POJĘCIA WYKLUCZAJĄCE SIĘ!!!popatrzcie na lasy,jeziora,plaże a bliżej elewacje domów,klatki schodowe.,przystanki,dworce......itp itd.......
Dodaj ogłoszenie