Druga kadencja na cenzurowanym, czyli dzień z życia premiera Tuska

Anita Czupryn
Od początku tej kadencji rzeczy nie idą tak, jak by Donald Tusk sobie tego życzył. Premier "harata w gałę", nic nie robi - jak mantrę powtarza opozycja od pięciu lat. Plany kancelarii biorą w łeb, a całe strategie się sypią. Niechęć społeczeństwa jest widoczna, pewne rzeczy w sposobie komunikacji już się ludziom przejadły, choć poparcie dla samego Tuska, mimo tak sporego ciągu niezręcznych zdarzeń i tak jest spore. Co się zmieniło w funkcjonowaniu premiera, a co pozostało takie samo, jak wtedy, gdy rozpoczynał urząd? Jak wygląda kalendarz premiera na najbliższe dni? "Polska" przyjrzała się pracy szefa rządu i sprawdziła, że Donald Tusk nie gra już w piłkę, a do Sopotu jeździ - dość rzadko - samochodem. Co pije zamiast kawy? Z kim spędza wieczory? Na co zamienił paluszki i ciasteczka, tradycyjnie podawane podczas posiedzeń rządu?

Ostatnio w kalendarzu premiera pewnym i stałym punktem są tylko wizyty zagraniczne i wtorkowe posiedzenia Rady Ministrów. Wszystko inne w każdej chwili może się zmienić i najczęściej tak właśnie się dzieje, począwszy od posiedzeń Sejmu, które odbywają się według własnego harmonogramu. A i sam Donald Tusk nigdy nie wie, o komentarz do jakiej sprawy zostanie poproszony i co będzie wymagało jego niezwłocznej reakcji. Nieważne, że niezasunięty dach Stadionu Narodowego to nie jego sprawa - opinia publiczna chce wiedzieć, co na to premier, a jego największy oponent - Jarosław Kaczyński - wykorzysta każde potknięcie.

Dobrze obrazuje to miniony tydzień, bo w związku z podróżami szefa rządu po Podkarpaciu kalendarz musiał zostać mocno przebudowany, a wiele spraw wypadło. I tak: premier w czwartek jest w Tajęcinie pod Rzeszowem na otwarciu nowej fabryki, Doliny Lotniczej - naszej dumy - w którą zainwestowano 12,5 mln zł z rządowego programu. Ale ważniejsze jest, aby wypowiedział się na temat ekshumacji i błędnej identyfikacji zwłok prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego. W piątek jest w Hucie Stalowa Wola (zaproszenie przyszło kilka miesięcy wcześniej od zadowolonej załogi, związkowcy wyrażali podziękowanie za zaangażowanie premiera w restrukturyzację zakładów), ale do opinii publicznej przebija się matka z Opola, aresztowana za długi, której odebrano dzieci do pogotowia opiekuńczego, więc znów, co premier na to i Donald Tusk natychmiast reaguje. Bo oczekiwanie jest takie, że jeśli premier nie zajmie stanowiska, to dziennikarze i opinia publiczna pozostaną niezaspokojeni.

- Premier ma świadomość, że to tak właśnie działa i w trudnych momentach musi być aktywny. Ale wszystkie te ostatnie zdarzenia i sytuacje sprawiają, że rodzi się przekonanie, iż komunikacja władzy została zastąpiona przez reagowanie, że premierem rządzą nagłe zdarzenia i sytuacje, na które on odpowiada zrywami - mówi "Polsce" jeden ze znanych spin doktorów i doradców politycznych. Współpracownicy Donalda Tuska też zauważają, że od pewnego czasu zrobił się kłopot, bo ich szef jak serialowy Bednarski ma być na wszystkie kłopoty. I choć, jak mówią, w kraju premier już się do tego przyzwyczaił, to gorzej to wygląda podczas zagranicznych wizyt. Oto na przykład trwa wspólna konferencja dwóch premierów, zagraniczni dziennikarze zadają pytania o stosunki dwustronne, każdy z przywódców się wypowiada, ale nasi dziennikarze pytają naszego premiera o komentarz do wypowiedzi Antoniego Macierewicza. Gdyby to był jakiś uniwersalny temat, premier obcego państwa również mógłby się włączyć, a tak gospodarz czuje się w niezręcznej sytuacji. Na szczęście dziennikarze się już zreflektowali, że kiedy jadą z premierem, to po to, aby relacjonować zagraniczną wizytę, a kiedy w kraju wydarzają się jakieś istotne sprawy, wymagające głosu Donalda Tuska, wówczas konferencje prasowe są dzielone albo premier obiecuje, że zajmie się tym tematem po wylądowaniu w Warszawie i wtedy odpowie na pytania.

Od początku tej kadencji rzeczy nie idą tak, jak by sobie premier tego życzył, plany kancelarii biorą w łeb, a całe strategie się sypią. Niechęć społeczeństwa jest widoczna, pewne rzeczy w sposobie komunikacji już się ludziom przejadły, choć poparcie dla samego Tuska, mimo tak sporego ciągu niezręcznych zdarzeń, i tak jest spore.

Co się zmieniło w funkcjonowaniu premiera, a co pozostało takie samo jak wtedy, gdy rozpoczynał urząd? Jak wygląda kalendarz premiera na najbliższe dni? Postanowiliśmy to prześledzić.
To już tradycja, że w poniedziałki Donald Tusk przyjeżdża do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów później niż zwykle. Zwłaszcza kiedy weekend spędza w Sopocie - w domu z żoną - to w Warszawie zjawia się dopiero w poniedziałek. W inne dni jest w swoim gabinecie już o 9 rano, ale za to w piątki siedzi najdłużej, aby pozamykać przed weekendem najpilniejsze sprawy. Z willi przy ul. Parkowej, gdzie mieszka, choć do Kancelarii ma tylko kilka kroków, wiozą go do pracy funkcjonariusze z Biura Ochrony Rządu. Ochrona przysługuje mu z urzędu, takie są oczekiwania BOR, więc premier stara się nie komplikować "borowikom" pracy. Tylko gdy jest w Sopocie, zdradza nam jego jeden z najbliższych współpracowników, udaje mu się wyrwać spod opiekuńczych skrzydeł BOR i samemu prowadzić samochód. Ale ostatni weekend był pracowity, więc został w stolicy. I wszystko wskazuje na to, że dwa następne weekendy też spędzi poza rodzinnym domem. Do Sopotu wyjedzie na krótko - w środę wieczorem (wbrew plotkom od wielu miesięcy premier do Trójmiasta jeździ rządową limuzyną, a nie lata samolotem), w czwartek odwiedzi groby rodziców i w piątek leci już rejsowym samolotem, bo taniej, na szczyt Unia Europejska - Azja, do Laosu. Razem z ministrami Budzanowskim i Pomianowskim, który specjalizuje się w krajach Dalekiego Wschodu. Kilkanaście godzin w powietrzu. Na krótszych przelotach szef rządu zwykle wykorzystuje czas, aby porozmawiać z ministrami. Na takie długie loty zabiera książki. W kancelarii wszyscy wiedzą, że ich szef to zapalony czytelnik, wybierający raczej ambitniejszą literaturę, książki filozoficzne, no, ale też to on zaraził całą kancelarię Stiegiem Larssonem i jego słynną kryminalną trylogią z cyklu "Millennium". Może sam to odkrył, a może Larssona odkryła żona, też miłośniczka książek, która, jak napotka w jakimś tygodniku ciekawą recenzję, wycina sobie, aby skorzystać z polecanej książki w księgarni.

Lecąc do Azji, Donald Tusk będzie miał przystanek w Singapurze i tam spotka się z premierem i prezydentem tego kraju. Będą rozmawiali o funduszach inwestycyjnych i będzie to znów dobra okazja, aby zachęcić władze Singapuru do inwestowania w Polsce. W niedzielę wieczorem leci do Laosu, jak większość przywódców krajów Unii Europejskiej i Azji. Tam będzie miał wystąpienie w panelu dotyczącym ekonomii i gospodarki światowej i dokona oceny i perspektyw Europy. W kalendarzu ma już zabukowane spotkania dwustronne: z przywódcami Japonii, Korei, Tajlandii i Filipin. Nie uda mu się porozmawiać z szefem rządu chińskiego, bo ten już zapowiedział, że przyleci na krótko. A taka zapowiedź oznacza, że nie spotka się z nikim, aby przypadkiem nie urazić innych.

Jak zawsze na takich szczytach mogą wypaść spotkania ad hoc z innymi ważnymi tego świata. Donald Tusk musi też wziąć pod uwagę ewentualne niespodzianki, a tych w Azji można się spodziewać, już chociażby podczas samych rozmów. Na spotkaniach w Europie wszyscy przywódcy trzymają się ścisłego harmonogramu: spotkanie trwa 45 minut i taki czas zostaje utrzymany. W krajach o innej kulturze bywa, że rozmowy się przeciągają i nie ma zwyczaju, aby przedstawiciele protokołu dyplomatycznego przerywali spotkania. A to może grozić spóźnieniem się na inną rozmowę, z innym przywódcą. Trzeba więc tak to wszystko zaplanować, aby mieć zapas czasu. Współpracownicy Tuska dobrze wiedzą, że on bardzo się denerwuje, gdy czas się kurczy, bo nie lubi się spóźniać. Nieraz doświadczyli sytuacji, gdy lecieli, dajmy na to do Brukseli, i zdarzył się silny wiatr, który wiał w dziób samolotu, co oznaczało podróż o 20 minut dłuższą. Nie, premier nie krzyczy. Ale jest niezadowolony, a wtedy jest nieprzyjemnie.
Od umawiania spotkań zagranicznych jest MSZ, ale też w kancelarii premiera jest departament spraw zagranicznych, komórka, która jest łącznikiem między resortem Radosława Sikorskiego a Donaldem Tuskiem.

Do Polski szef rządu wraca w środę 7 listopada, a w związku z tym, że 11 listopada wypada w niedzielę, po powrocie z Azji też nie pojedzie do Sopotu, bo 10 listopada będzie na wieczornej uroczystości, przygotowanej przez MON, a wcześniej znów ruszy w Polskę.

Jeśli chodzi o tryb pracy, Donald Tusk jest klasyczną sową: siedzi do późna, rzadko kończy pracę o godzinie 23. A co gorsza, od swoich najbliższych współpracowników też oczekuje, że będą z nim w kancelarii do końca. I tak też było w ostatni poniedziałek: premier wyszedł z kancelarii po godzinie 22, wcześniej, jak zwykle na zakończenie dnia spotkał się z czterema najbliższymi współpracownikami: Tomaszem Arabskim, Pawłem Grasiem, Igorem Ostachowiczem i Łukaszem Broniewskim. Pracownicy kancelarii uśmiechają się, mówiąc, że to ostatnie spotkanie wyrównujące wzajemną wiedzę. W ramach ścisłego zespołu omawia też następny dzień, wspólnie dokonali uzgodnień co do wizyty azjatyckiej, ustalając ostatecznie, ile będzie spotkań, a nawet co powinni zabrać ze sobą w podróż. W końcu premier żegna się, podając im rękę, następnie żegna sekretarkę i oficerowie BOR odwożą go na Parkową.

Co się dzieje, kiedy premier wraca do swojego tymczasowego domu, nikt z pracowników kancelarii nie ma pojęcia, nie bywają tam. Ale nie ma tam do dyspozycji żadnego asystenta czy stewarda, miejsce to stara się traktować jak dom i nie chce, aby kręcili się w nim obcy ludzie. Jeśli w Warszawie jest akurat żona (a przyjeżdża dość często, choć już do samej kancelarii zagląda rzadko), pewnie dla odprężenia po ciężkim dniu grają w scrabble (jak opowiadała Małgorzata Tusk w kobiecych magazynach) albo wspólnie przygotowują kolację. W ciągu dnia pracy, jeśli pracownicy nie upilnują, premier najczęściej zapomina o jedzeniu.

Ostatni, "bombowy" wtorek premier zaczął od przeglądu gazet i wystarczyło, że rzucił okiem na "Rzeczpospolitą", żeby wiedzieć, że nie będzie to łatwy dzień. - Media zawsze są szybsze, w kancelarii nie zdążono się przygotować na prasowe doniesienia o trotylu i nitroglicerynie na wraku tupolewa - słyszę w kancelarii premiera. W internecie zawrzało, dziennikarze domagają się konferencji szefa rządu. Paweł Graś informuje, że od rana w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów trwają narady, rozmowy i konsultacje. - Czekamy na konferencję prokuratury. Dopiero po niej i po zajęciu przez prokuraturę stanowiska będziemy się do tego odnosić - zapowiedział rzecznik. Tusk czeka z wnioskami do konferencji prokuratury.

Tymczasem wtorki w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zawsze są trudne. Posiedzenia Rady Ministrów to jedna z tych świętości, które z kalendarza nie mogą wypaść. Choć bywa, że Tusk wywala jakiś punkt z obrad, już zdawałoby się zaklepany, bo ktoś, kto miał zreferować sprawę, nie był dostatecznie przygotowany. - Wrócimy do tego, jak się pan (pani) przygotuje - mówi w takich sytuacjach. Trudność we wtorki polega na tym, że nigdy nie wiadomo, jak długo potrwa Rada Ministrów - czasem godzinę, czasem i sześć godzin. W tym dniu sekretariat premiera stara się nie umawiać ważnych spotkań bezpośrednio po Radzie. Ten czas wykorzystują ministrowie, podchodzą do premiera ze swoimi tematami do omówienia. Briefingi czy konferencje prasowe też są organizowane wtedy, gdy pojawią się jakieś ciekawe tematy dla opinii publicznej. Gorzej, gdy na ten dzień zaplanowana jest jakaś wizyta zagraniczna, a posiedzenie się przedłuża. Z Radą Ministrów nie ma łączności, na salę nie wolno wnosić telefonów ani żadnych elektronicznych komunikatorów. Wtedy następuje akcja pod tytułem "karteczkologia" i pracownicy kancelarii proszą oficera BOR o wniesienie karteczki z informacją, że za pół godziny premier ma umówione spotkanie z przywódcą jakiegoś kraju. I to premier podejmuje decyzję o końcu obrad.
Na posiedzenie Rady Ministrów, które odbywa się na czwartym piętrze gmachu kancelarii, premier chodzi schodami. Nie używa windy. Zmienił też pewien zwyczaj, jaki obowiązuje na tego typu nasiadówkach, gdzie zawsze są ciasteczka czy paluszki. Zarządził, że nie będzie ciastek, tylko owoce i pokrojone marchewki.

W ostatni wtorek konferencja po Radzie Ministrów jednak się odbyła i jak można się było spodziewać, nie dotyczyła ustaleń szefów resortów (tylko jedno pytanie dotyczyło spraw bieżących, czyli urlopów rodzicielskich i ich płatności). Temat zdominowały doniesienia prasowe "Rzeczpospolitej", dementi prokuratorów i komentarze liderów partii opozycyjnych.

Tego dnia po południu premier miał też rozmowę telefoniczną z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Ale ta informacja nie znalazła się na stronach internetowych kancelarii. Jak się dowiedziała "Polska", przed rozmową u premiera zjawił się minister Piotr Serafin, który siedzi w negocjacjach budżetowych. Co prawda Angela Merkel zapowiedziała inny temat rozmów, ale w związku z pojawieniem się propozycji prezydencji cypryjskiej co do unijnego budżetu w kancelarii do nocy trwały intensywne analizy, co bardziej się Polsce opłaca. Donald Tusk spodziewał się, że ten temat może być przez Angelę Merkel poruszony, więc minister Serafin przedstawił mu potrzebne informacje.

Z telefonami od przywódców innych państw związana jest cała procedura. Sprawa wygląda prosto, jeśli do Donalda Tuska dzwonią premierzy z Europy. W sekretariacie dzwoni telefon, sekretariat łączy i już. Na wschód od Polski sprawa jest mocno skomplikowana. Tam połączeń jest kilka, każdy wydział ma swój protokół, a sygnał idzie od centrali do centrali. Kiedy nie ma zaplanowanych podróży, spotkań, premier rzadko opuszcza swój gabinet. Wszyscy przychodzą do niego, zarówno osoby pracujące dla i na premiera, jak i goście z zewnątrz. Tylko w jednym przypadku Donald Tusk rusza się zza swojego biurka - gdy chce porozmawiać z Władysławem Bartoszewskim. Z racji szacunku i wieku to on odwiedza profesora w gabinecie, który zresztą jest niedaleko gabinetu premiera.

Sam premier nie spędza dużo czasu przy biurku, w fotelu. Woli rozmawiać przy okrągłym stole umieszczonym blisko drzwi. Stoi tam siedem krzeseł, ale można dostawić dwa więcej. Obok jest sala na większe spotkania - 16-18 osób, stoły często tam zasłane są papierami, zwłaszcza przed posiedzeniami rządu. Za ścianą jest też mały salon z kanapami, teoretycznie powinien to być pokój do odpoczynku, ale wystrój jest dość siermiężny, ściany wyłożone ciemną boazerią sprawiają depresyjne wrażenie. Premier nie lubi tam przebywać, choć czasem spotyka się z kimś w tym miejscu, aby porozmawiać w cztery oczy. Nade wszystko woli jednak swój przestronny gabinet.

W kompleksie pomieszczeń przeznaczonych dla szefa rządu jest też jadalnia, ale przez pięć lat urzędowania może skorzystał z niej dwa razy. Jak już tu zostało wspomniane, najczęściej zapomina o posiłkach i jak dużo się dzieje, funkcjonuje na głodzie przez cały dzień. Nie ma też jakichś specjalnych rytuałów, nie zapędza sekretarek do parzenia wymyślnych kaw. Jak się dowiedzieliśmy, z kawy całkiem zrezygnował na rzecz herbat ziołowych. Stąd też w kancelarii znalazły się teraz zioła takie jak dziurawiec, pokrzywa czy rumianek.
Zupełnie przestał grać w piłkę z kolegami z Platformy. A po tym, jak przyłapał go jeden z tabloidów, jak w ciągu dnia wyskoczył ze swoim szefem gabinetu politycznego na godzinkę tenisa, również tego zaprzestał. Zostało mu bieganie po plaży w Sopocie w weekendy. Plotki o jego zmęczeniu i wypaleniu można między bajki włożyć. Kondycji zazdroszczą mu wszyscy w kancelarii i mówią, że bije ich na głowę. Proponował zresztą, że może się pościgać z każdym z liderów partii, gdy wychodzili z sugestią, że ledwo zipie. Nikt z nich rękawicy nie podniósł. Oczywiście, przybyło mu zmarszczek i jak się ogląda zdjęcia z początku kadencji, to widać, że dziś Donald Tusk to inny człowiek. Ale jego pracownicy nie dostrzegają fizycznego zmęczenia.

Dynamika zdarzeń jest taka, że prócz spraw na sztywno zaplanowanych w agendzie, nigdy nie wiadomo, co zrobi Donald Tusk. Zwłaszcza że tych nieprzewidzianych sytuacji w ostatnich czasach jest więcej, a oczekiwania, że będzie komentował niemal wszystko, są czymś zupełnie nowym i bez precedensu w krajach europejskich. Może część tych oczekiwań powinni wziąć na siebie politycy Platformy, którzy sprawiają wrażenie pogrążonych w apatycznym letargu. A może nie przebijają się dlatego, że opozycja jest głośniejsza i przekaz polityków PO nie jest tak jaskrawy.

Kalendarz premiera nie jest udostępniony publicznie (jak zrobił to premier Kazimierz Marcinkiewicz, aby wszyscy obywatele wiedzieli, czym premier się zajmuje, nad czym pracuje). Powodów jest kilka: czasem trudno przewidzieć, co się będzie działo, spotkania są umawiane często ad hoc, różna jest ważność tematów. Publikowanie tego byłoby obarczone ryzykiem, że byłoby nieaktualne w momencie opublikowania. Zresztą w kancelarii uważają, że nie wszystko powinno się publikować, a zwłaszcza to, co zagrażałoby polskiej racji stanu, jak np. przygotowania przed wizytami w krajach, z którymi mamy trudną agendę, a nasze interesy są rozbieżne. Nie są to tajne rzeczy, ale ujawnianie ich nie jest potrzebne, bo nie ma tutaj waloru transparentności, jak np. w procesie legislacji. Za to plany i zamierzenia premiera rozsyłane są do agencji prasowych i redakcji.

Kalendarz premiera ma postać dwojaką: jest w formie elektronicznej, udostępniony dla ministrów, współpracowników, sekretariatu, ale na jego biurku leży też papierowy kalendarz. Oba prowadzi szef gabinetu politycznego premiera Łukasz Broniewski. Po zakończeniu każdego roku papierowy kalendarz trafia do sejfu w jego gabinecie. Bo może premier będzie chciał wrócić pamięcią. A może kiedyś zechce napisać pamiętniki.

Anita Czupryn

Wideo

Komentarze 18

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Adi Adiafora
..Największe grzechy ludzi u steru władzy oraz armii pasożytniczych „nietykalnych”.
Zacznijmy od materii sprawiedliwości społecznej, która tak naprawdę to nie istnieje w Polsce. Silne grupy zawodowe, organizacje powiązane z władzą wykonawczą, ustawodawczą i sadowniczą traktują Polskę jak „krowę dojną”. W RP mamy do czynienia z przekładaniem interesu pewnych wpływowych środowisk nad dobro całego społeczeństwa. Tworzony jest cały system rożnej formy przywilejów, dla wybranych środowisk. Te grupy zawodowe, czy środowiska ze świata wielkiej finansjery i biznesu są jak pijawki „nienażarte” wysysające krew z „organizmu”. Przy przywilejach parlamentarzystów każde inne „wymiękają”.Niestety, kiedy mają zrobić coś namacalnego i dobrze, z zachowaniem wysokich standardów jakościowych i pełnego zaangażowania i poczucia odpowiedzialności oraz dobra społecznego, zaczynają się schody.To jak podchodzą do tworzenia prawa woła o „pomstę do nieba”, sprawia, że “krew w żyłach zaczyna buzować i nagła krew zalewa człowieka”. Jakość tworzonego prawa jest od lat “beznadziejna”, ale to co teraz się wyrabia z przepisami wykonawczymi to nie mieści się w głowie. Niby formalnie procedura tworzenia prawa ma jakieś tam powiedzmy znamiona standardów europejskich i na tym kończy się „normalność”. Gorzkie łzy i zgrzyt zębami, taka jest reakcja Polaków przy każdym padającym pytaniu o stabilność prawa w RP. System rozwiązań w zakresie tworzenia prawa przypomina u nas chwiejące (rozchwiane) się drzewo, które po kolejnym huraganie(niskiej jakości nowelizacji) upadnie z hukiem. Istnieją w Polsce grupy zapewniając sobie i „potomstwu” dostanie życie niezależnie od swego zachowania i jego następstw. Na ich utrzymanie, co stało się już wręcz prawidłowością, składa się całe społeczeństwo (a w największym stopniu szarzy ludzie, którzy muszą każdego dnia walczyć o przetrwanie). Zgodnie z teorią tak zwanych gier pasożytniczych, im bardziej te grupy rosną i się bogacą tym bardziej przeciętny zjadacz chleba w RP będzie miał “przerąbane”, i co nie mniej zatrważające (i wiejące grozą) jest to, że „nietykalni” będą działać tak źle jak tylko mogą, bo to nie przysparza im kłopotów, wręcz przeciwnie ( im bardziej przepisy zagmatwane tym lepiej, z premedytacją “psuje się” prawo dla “zamawiających” wpływowych grup interesu, nadmiernie rozbudowuje się i tworzy nowe komórki organizacyjne na potrzeby “nietykalnych” itp. itd.).
C.d. na adiafora.pl
A
AmberDonald
To, że nam się nie udało z Zieloną Wyspą jest wyłącznie winą partii Jarosława Kaczyńskiego!

Udowodnili to już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, nie mówiąc już o naszych dziennikarzach z TOK fm oraz Polskiego Radia. Także Gazety Wyborczej, polskiego Newsweeka itd.

To samo dotyczy afery hazardowej, stoczniowej, smoleńskiej, szpitalnej, autostradowej, stadionowej, receptowej, szkolnej, emeryturowej, TV cyfrowej, informatyzacyjnej, afery inwigilacji internetowej (ACTA) oraz korupcji kolesiowskiej w spółkach skarbu państwa.

Zawsze nasi dziennikarze dzielnie stoją na straży prawdy oraz na straży ustroju.

Winę za całe zło w naszej ukochanej ojczyźnie ponosi PiS, który -- chcąc założyć IV Rzeczpospolitą -- dąży do zburzenia dotychczasowego porządku ustanowionego przez gen. Kiszczaka oraz innych ludzi honoru.

PS. Na mój piłkarski rozum wszystkie kobiety powinne pracować jak najdłużej, np. do 67 roku życia.

PS. To nieprawda, że nasi specjaliści kiepsko znają język angielski. Na mój piłkarski rozum hasło "Feel like at home" wcale nie musi być błędem językowym!

PS. To także nieprawda, że w Polsce są loże masońskie, mafie lub inne tajne stowarzyszenia!

Jak już powiedziałem, to wszystko udowodnili już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, TOK fm oraz Polskiego Radia.

Polacy, nic sie nie stalo!
p
polo
Prof. Nowaczyk ujawnia dokument, zdjęcia, wyniki najnowszych amerykańskich badań na obecność materiałów wybuchowych.

Pełny opis i dokumentacja, tu;
naszeblogi.pl/33530-trotyl-wyniki-pierwszego-testu
Lub;
Trotyl – wyniki pierwszego testu
O
Of.P.PO
Nasze Biuro do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem
Platforma Obywatelska III RP
ul. Wiejska 12a, piętro IV 00-490 Warszawa
tel. (22) 635-78-79, (22) 831-55-07,
Dzwoń ....
a my sie już k…a nimi zajmiemy!!!
Oficer POlityczny
F
Ferdynand
Do roboty nieroby (Tusk, Arłukowicz), mniej bezczelności (Graś) mniej chamstwa (Niesiołowski), mniej zachowań antypolskich (Sikorski). Więcej profesjonalizmu (Mucha, Nowak). Ot, i wszystko!
i
i co ty na to?
we krwi Rmigiusza Musia, znaleziono środki znieczulające , a prokuratura już zdążyła szybciutko ogłosić,samobójstwo i brak udziału osób trzecich .
l
lombard
Wierzyłem w Was
Ostatni raz
Znam na pamięć
Wszystkie Wasze kłamstwa
Więcej nabrać nie dam się

Od lat wierzyłem Waszym słowom
Choć mało prawdy było w nich
I często odwracałem głowę
By nie być świadkiem rzeczy złych
g
gosciu
jako kibic i pilkarz amator powinen wiedziec ze zwycieskiej drizyny sie nie zmienia,teraz ponosi tego konsekwencje.a do tego te niezdecydowanie.pis po dojsciu do wladzy,az piszcy zeby go wsadzic do wiezienia.co w takiej sytuacji zrobilby menot prawicy marszlek pilsudzki?wsadzilby ich pierwszy.
G
Gość
bo po co o sprawach nieprzyjemnych. Lepiej o joggingu lub harataniu w gałę. Bardzo dobrze, że artykuł jest zakluczykowany. Nie interesują mnie problemiki pana Tuska, ma on dostateczną ochronę medialną, którą roztaczają nad nim m.in takie gazety jak Polskatimes. Dzięki temu może rosnąc niesłychane bezrobocie wśród młodzieży, może kwitnąc niesłychana KORUPCJA i NEPOTYZM. Inny rząd, który by miał takie "osiągnięcia" - dawno by upadł. Tymczasem upadło i upodliło się towarzystwo dziennikarskie.
G
Gość
Dosc juz niekompetencji, balaganu i niszczenia państwa.

Dosc juz wielomiesiecznych kolejek do lekarzy specjalistow.

TRYBUNAL STANU dla TUSKa i KOPACZOWEJ
J
Jeszcze
trochę, a Czuprzyn będzie pieśni układać o Tusku. Wot przodownica pracy.
l
libero
ktos (!) odkrywa karty. byly juz szokujace zdjecia i trotyl. pora na zdjecia, co to sa a ich nie ma.

a tuska, tuska w koncu dorwie seryjny samobojca. byle tylko komorowski nie opublikowal nekrologu dzien wczesniej.

bydlacki rzad. bydlackie panstwo.
w
waldi
was chyba POj..ło do reszty.Czekam na wiadomosc o nieuleczalnej chorobie tego szubrawca.putin,potem tusk.
e
enveloped
Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się przemęcza dla naszego klubu, prezes Ochódzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”. Ciągle pracuje! Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie – to wilki! To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Niech żyje nam prezes sto lat!
C
CzeKa
pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym.
Transformacja, transformacją, ale każdy po staremu pracuje na tym odcinku frontu ideologicznego, na jaki rzuciła go partia, oraz I Sekretarz KCPO tow. Tusk Donald.

Z rewolucyjnym i POstępowym POzdrowieniem!!
Podpisano;
Komisarz
Komisji Nadzwyczajna do Walki z Kaczystowską Kontrrewolucją i Sabotażem
Dodaj ogłoszenie