Dr Lidia Stopyra: Każdy myśli, że przejdzie przez COVID łagodnie, a umrą inni

Katarzyna Kachel
Katarzyna Kachel
Przez 15 tygodni dr Lidia Stopyra, szefowa Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie, pisała o tym, co dzieje się na oddziale, z czym się mierzy w czasach epidemii, co ją boli. Dziś podsumowujemy nasze Zapiski z pierwszej linii frontu.

FLESZ - Praca sezonowa w dobie epidemii

To przerwa czy koniec?
W czym?

Niektórzy mówią, że koronawirus już się skończył.
Tak mówią. A kiedyś byli tacy, którzy mówili, że Słońce krąży dookoła Ziemi i na stosie palili tych, którzy twierdzili odwrotnie. Fakty z mojego podwórka są takie, że w dniu dzisiejszym mam na oddziale pięciu pacjentów pediatrycznych z Covidem i ponad 30 dzieci w domowej izolacji. Przed chwilą otrzymałam telefon, że jedzie do nas kolejnych 21 zakażonych pacjentów. A mówię wyłącznie o dzieciach. To oczywiście nie jest dramat, zważywszy zniesienie niemalże wszystkich restrykcji, ale na pewno „koronawirus się nie skończył”.

Każdy z infekcją jest dziś podejrzany o Covid?
Każdy, tym bardziej że paleta objawów - szczególnie w pediatrii - jest coraz szersza. Na początku to były gorączka, kaszel i duszność, potem doszły biegunka, brak węchu i smaku, inne objawy neurologiczne. Lista jest otwarta. Zobaczymy, co będzie dalej, pozostajemy w gotowości, choć to niełatwe, bo wszystkie łóżka na dzień dzisiejszy, mimo że jest środek lata, mam zajęte.

Z czego to wynika?
Jest dość sporo infekcji, POZ-y są wciąż zamknięte, lekarze boją się zbadać pacjenta, żądają wykonania testów w kierunku koronawirusa. Niektóre dzieci zdrowieją, pozostali w kolejnej dobie infekcji, gdy ich stan się pogarsza, trafiają do nas, ale już w ciężkim stanie. I myślę wówczas, co będzie jesienią.

Jednak pani straszy!
Nie straszę, tylko przewiduję. Kiedy w lipcu wszystkie miejsca mam zajęte, a we wrześniu tych infekcji będzie o wiele więcej, to wiem, że będzie problem. Jeśli nie otworzą się POZ-y, dzieci nie będą badane i leczone we właściwym czasie, będzie wiele powikłań i boję się, że zabraknie miejsc.

Kiedy 16 tygodni temu zaczynałyśmy pisać Zapiski z pierwszej linii frontu, mało wiedziałyśmy o wirusie, oprócz tego, że jest idealny, by wywołać pandemię. Jak jest dzisiaj?
Gdy pojawiły się u nas pierwsze zachorowania: 4 marca w Polsce, 9 marca w Krakowie, oglądaliśmy w telewizji najbardziej drastyczne sceny z Włoch: trumny na lodowiskach, ludzi, którzy nie znajdowali miejsc w szpitalach, lekarzy, którzy musieli decydować, kogo podłączyć do respiratorów. Wyglądało to strasznie. Do tego dochodził problem psychologiczny, izolacji, umierania. Dziś widzimy, że w naszym kraju Covid nie przebiega aż tak ciężko, co prawda nie opuszcza nas, ale znamy zasady, wiemy, jakie reżimy stosować i co najważniejsze, mamy wolne miejsca w szpitalach dla pacjentów z Covid, respiratory. Na pewno czujemy się bezpieczniej.

Czyli spokój?
Niby spokój, ale tzw. spokój histeryczny. Wczoraj przyjęliśmy roczne dziecko, które od czterech dni gorączkowało do 40 stopni. Z czego 3 dni ojciec dobijał się do lekarzy i nikt nie chciał go przyjąć. No bo COVID. W końcu sam prywatnie wykonał badania krwi - wyniki nie pozostawiały wątpliwości - ciężkie zakażenie, a nawet sepsa. Szybko przyjechał do szpitala. Tym razem zdążyliśmy, dziecko przeżyło. Kilka dni temu wysłałam dziecko, które jest ozdrowieńcem z Covid, na badanie w innym szpitalu. I otrzymałam histeryczny telefon - co to za zarazę przysyłam. A ja wysłałam ozdrowieńca - człowieka najbezpieczniejszego na świecie (od ozdrowieńców osocze pobieramy i podajemy chorym ludziom!). Wydawało mi się, że tak dużo wszędzie się o tym pisze, że już każdy laik wie, a okazuje się, że w prestiżowym szpitalu wśród lekarzy i pielęgniarek taki oto przypadek wzbudza histeryczny popłoch. Na początku mierzyliśmy się z hejtem sąsiadów, gdy się nas bali. A teraz mierzymy się ze strachem lekarza POZ, który dziecko z sepsą przez telefon wysyła na test, rodzicem, który boi się trafić do szpitala i żąda, że mamy tylko test wykonać i dzieckiem, któremu w tym wszystkim trzeba życie ratować. Potem dzwoni rozhisteryzowany specjalista i wrzeszczy przez 5 minut, że mu ozdrowieńca na konsultację przysyłam. Do tego jeszcze pracownicy za ciężką pracę i wspaniałą odpowiedź na apel Pana Ministra oszukani przez NFZ i wiele sprzecznych zarządzeń, między którymi trzeba ekwilibrystycznie lawirować, aby chore dzieci ocalić. I tyle z grubsza w odpowiedzi na pytanie o spokój.

Mówi pani o panice, ale ja jej kompletnie nie widzę; widzę za to ludzi, którzy się bawią, spotykają, chodzą do teatru i na imprezy. Inaczej na to patrzę?
Mamy dwie grupy ludzi; na imprezach, w teatrach, kinie widzi pani tych ludzi, którzy nie zetknęli się z koronawirusem, a jeśli już to z infekcją o łagodnym przebiegu. Im się wydaje, że przesadzamy. A ja mówię o tych, którzy widzieli ciężko chorych, tych, którzy w samotności umierali albo takich, którzy chorowali łagodnie, ale przeżyli izolację całej rodziny, brak pracy, rozstanie z najbliższymi, izolatorium, hejt otoczenia, głód - gdy nie mieli jak wyjść do sklepu i nie było nikogo, kto by pomógł. We Włoszech nikt nie mówił, że koronawirusa nie ma, bo każdy miał w rodzinie, wśród przyjaciół lub znajomych kogoś, kto nie przeżył.

A spiskowe teorie, o których rozmawiałyśmy - straszą nadal ludzi?
Teraz mamy wybory, więc spiskowe teorie w temacie koronawirusa zeszły na drugi plan. Ale to prawda, nie raz, nie dwa mnie zaskoczyły. Nigdy nie przypuszczałabym, w ile bzdurnych historii ludzie są w stanie uwierzyć. Znam historie osób, które żartowały sobie z wirusa, były oburzone, że panikę wzniecamy, a potem ktoś z ich najbliższych bardzo ciężko zachorował, znalazł się na intensywnej terapii. Nie mogły się z nim zobaczyć, umierał w samotności. A potem procedura pochówku w ciągu 24 godzin po śmierci, bez otwierania trumny. I to błyskawicznie prostuje światopogląd.

Czyli już wtedy nie mówimy, że Covid nie istnieje, że został wymyślony, a lockdown był pomyłką?
W sytuacji, gdy umiera ktoś najbliższy, nie mówimy, że COVID nie istnieje i jesteśmy gotowi na lockdown do końca życia. A wtedy na początku, gdy śledziliśmy doniesienia z Włoch, a my nie byliśmy przygotowani, nie mieliśmy zorganizowanych miejsc w szpitalach, respiratorów. Potrzebny był nam czas. I lockdown nam go dał.

Dziś zasady znamy, musimy podjąć ryzyko. Ale może ten wirus zacznie mutować w łagodniejsze stany?
Wirusy mutują, jeden szybciej, drugi wolniej. Jeden łagodnieje, inny staje się bardziej zjadliwy. Zobaczymy. Na razie na COVID znaczna większość osób choruje łagodnie, a część ciężko, i ta część potrzebuje pomocy. Wśród nich osoby młode, bez obciążeń.

Musimy go wszyscy przechorować?
Polskie statystyki pokazują, że jest od 0,5 do 2 procent ludzi, którzy już przechorowali COVID. To ci najbezpieczniejsi, ozdrowieńcy. Ale rozochoceni doniesieniami o wysokim odsetku łagodnych przebiegów, niektórzy chcieliby przechorować jak najszybciej i mieć to już za sobą. Każdy myśli oczywiście, że przechoruje łagodnie, a umrą inni. Ale nigdy nie wiadomo.

Czyli jak mamy dziś żyć?
Jak to jak? Przecież wszyscy znamy zasady. Dystans, mycie rąk i maski. Drobne „uciążliwości”, dzięki którym ostrożnie i dość normalnie możemy żyć. Pewne ryzyko musimy podjąć, nic w życiu nie ma bez ryzyka. I tak jak kupujemy bezpieczny samochód, zapinamy pasy i jedziemy, choć wiemy, że ludzie mają stłuczki, zostają kalekami i giną w wypadkach. Tak powinniśmy założyć maski, trzymać dystans, myć ręce i normalnie żyć. Przygotować się na jesień, kiedy na pewno będzie więcej infekcji, Polacy znów się nie zaszczepią przeciwko grypie, więc dojdzie kolejna epidemia. Jak co roku trafią do szpitala z powikłaniami grypy, tylko że w tym roku będzie konieczność izolowania ich od chorych z COVID. A na początku każdy chory będzie podejrzany o COVID. Będzie ciasno, będą pacjenci na korytarzach, nie będzie miejsc w szpitalach. Bo co roku brakuje miejsc w trakcie epidemii grypy, a teraz grypa „spotka się” z Covidem. I będziemy czekać na leki i na szczepionkę przeciw SARS-CoV-2, która zapewni nam pełne bezpieczeństwo, jak to już wielokrotnie dotychczas w wielu chorobach zakaźnych się stało. Gdy się zaszczepiliśmy.

Czyli na razie nie możemy całkiem „puścić na luz”?
Całkiem? Nie możemy. Bo nie chcemy, żeby ludzie umierali. Każdy ma prawo do życia. Stary schorowany człowiek też. I każdego będziemy ratować.

Czytaj także

Wideo

Materiał oryginalny: Dr Lidia Stopyra: Każdy myśli, że przejdzie przez COVID łagodnie, a umrą inni - Dziennik Polski

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Aga w

Poproszę o konkretny. Ile osób w tym szpitalu zachorowało? Ile do tej pory dzieci przeszło ciężko, ile lekko? Ile osób zmarło? Czy jakiekolwiek dzieci zmarły? Że statystyki wynika, że dzieci w do 9 lat nie chorują,a z grupy wiekowej 9 - 18 tylko dwa przypadki byłu smiertelne (choroby współistniejące). Czy to prawa? Są badania, widziałam 2, że dzieci nie zarażają więc po po maszeczka? Dla mnie to artykul o czym, że trzeba czekałam na szczepionki i słuchać obostrzeń. A i jakie są dowody naukowe na też maseczki stanowią ochronę przed wirusem? Bo nie znalazłam z żadnych.

Dodaj ogłoszenie