Dr hab. Andriej Moskwin: Białoruski teatr niezależny jest fenomenem na skalę światową

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Zaktualizowano 
Do piątku 31 maja w Warszawie potrwa Festiwal Nowy Teatr Białoruski. Po raz pierwszy w Polsce można zobaczyć spektakle niezależnych białoruskich teatrów, a także uczestniczyć w debatach z udziałem twórców. Z dr hab. Andrejem Moskwinem z Uniwersytetu Warszawskiego, o tym, jak wygląda Białoruś oczami jej twórców rozmawia Anita Czupryn.

Jaki obraz Białorusi wyłania się ze spektakli, które prezentowane są w ramach Festiwalu Nowy Teatr Białoruski?

Nowy białoruski teatr zajmuje się tematami, które są uniwersalne i aktualne. To wydarzenie realizowane jest we współpracy z Gdańskim Teatrem Szekspirowskim, który organizuje Tydzień Białoruski i tam na przykład będzie wystawiony przez Białoruski Teatr Narodowy im. Janki Kupały z Mińska „Rewizor” Gogola w reżyserii Mikałaja Pinihina, w którym zostanie pokazana dzisiejsza białoruska prowincja. Miejscowa władza czuje się tam gospodarzem, robi co zechce, bo przecież Łukaszenka dał wolność, mówiąc: „Róbcie co chcecie, najważniejsze, żeby było u was wszystko dobrze”. Ale finał jest tragiczny, w bardzo mocny sposób ukazujący faktyczną białoruską rzeczywistość. Do akcji wkraczają panowie od sprzątania, którzy za pomocą wielkich mioteł oczyszczają przestrzeń dla nowych urzędników. To bardzo interesujący eksperyment teatralny również z tego względu, że dramat został po raz pierwszy przetłumaczony przez młodą tłumaczkę Marię Puszkiną na „trasiankę”, czyli specyficzną mieszankę języka rosyjskiego i białoruskiego. Bohaterowie rozmawiając ze sobą, przeskakują z jednego języka na drugi. Trasianka na Białorusi ciągle jest w użyciu – ludzie na wsi mówią po białorusku, białoruski silnie mają w pamięci, ale oglądają rosyjską telewizję albo jadą do miasta, gdzie, jak większość, starają się jednak mówić po rosyjsku.

W miastach nie mówi się po białorusku?

Białoruski w miastach jest wypierany przez rosyjski. Wracając do „Rewizora” – bohaterowie mówią trasianką, czyli wykorzystują wyrazy i formy, których w języku literackim rosyjskim nie ma, jak na przykład: „czytajuć”, „piszuć”, przeciągają samogłoski czy wykorzystują białoruskie formy: „przyjszou”, „pahladzieu”. Przy okazji, w białoruskim teatrze dramatycznym mamy do czynienia z innymi eksperymentami, które dotyczą białoruskiego języka, jak na przykład sztuka Andrzeja Sauczanki „Bi-lingwizm”, opowiadająca o sposobie, w jakim ludzie odnoszą się do języka rosyjskiego i białoruskiego. Spektakl oparty

był na dokumentalnych materiałach, w których część ludzi mówiąca po rosyjsku opowiada, dlaczego to rosyjski jest dla nich ważny i dlaczego go używają. Druga część z kolei mówi po białorusku, no i są też tacy, którzy mówią trasianką, i dzieje się tak z różnych powodów. Na przykład z powodu braku edukacji, braku zajęć językowych. Fakt, że w szkole język białoruski był wypierany przez rosyjski, że panuje wszechobecna dominacja i priorytet języka rosyjskiego nad białoruskim. Język białoruski traktowany jest jako język wsi, prowincji, ludzi niewykształconych, więc nic dziwnego, że ludzie krępują się mówić po białorusku.

Nikomu nie zależy na tym, aby zachować białoruski, dbać o niego? Kiedy byłam na Kaukazie, usłyszałam, że istnieje tam jeszcze kilkadziesiąt języków, ale są one w większości zagrożone wymarciem. Sposobem, aby język przetrwał jest tam to, że matki do swoich dzieci zwracają się w rodzimym języku.

Na Białorusi mamy niewielką grupkę świadomych Białorusinów, którzy są bardzo aktywni, jeśli o to chodzi. Walczą o to, aby w szkołach był obecny język białoruski, domagają się, aby język białoruski był już w przedszkolu, aby były tam stworzone specjalne grupy z tym językiem. Ale tych grup jest bardzo mało. Krótko mówiąc, nie ma dobrego klimatu dla języka białoruskiego na Białorusi.

Jakie jeszcze tematy interesują niezależny białoruski teatr?

Takim tematem jest na przykład sytuacja kobiet na Białorusi, kwestia wolności i relacji rodzinnych oraz społecznych. I tu spektakl „Swoi?” w reżyserii Walentyny Moroz z Laboratorium Socjalnego Teatru jest niezwykle ważny. Pokazuje kobietę w jej życiu codziennym, w tym, jak jest lekceważona i wykorzystywana. Ponieważ na Białorusi bardzo mocno trzyma się patriarchat. W rodzinie kobieta praktycznie nie ma praw, z prawem głosu włącznie. Obowiązkiem żony jest obsługa męża; musi ona wstać rano półtorej godziny wcześniej niż jej mąż, aby przygotować mu śniadanie i posiłki na cały dzień, które zabiera on ze sobą do pracy.

Czyli on pracuje, zarabia na dom, a ona…

Ona również chodzi do pracy, z tym, że ma jeszcze obowiązki w domu, niejako drugi etat, za który nie dostaje pieniędzy. W ogóle kobiety na Białorusi są upokarzane, a jeśli pracują, to zarabiają mniej niż mężczyźni. Statystyki mówią o szerzącej się przemocy wobec kobiet i to przemocy różnego rodzaju: fizycznej, ale też psychologicznej czy ekonomicznej. Spektakl ten dobitnie to pokazuje.

Składa się z pięciu różnych historii i jest zbudowany na zasadzie eskalacji; każda kolejna historia jest jeszcze bardziej drastyczn od poprzedniej. Po godzinie ma się wrażenie, że nie można już tego słuchać i ma się ochotę opuścić widownię. Realizacja tego projektu była możliwa dzięki pomocy psycholożce Olgi Gorbunowej, która kilka lat temu założyła stowarzyszenie „Radisława” (zresztą jedyne takie na Białorusi), celem którego jest pomoc kobietom – ofiarom przemocy. Aktorzy sami rozmawiali z piątką kobiet i zapisali rozmowy, a następnie dramaturg Losza Czykanas skomponował utwór sceniczny. Warto tu podkreślić, że nie są to zawodowi aktorzy, tylko absolwenci prywatnego koledżu „Artes Liberales”. Mimo że już go ukończyli, to poświęcają swój wolny czas i przygotowują nowe spektakle. Kolejny będzie o wybuchach w mińskim metrze, jakie miały miejsce 11 kwietnia 2011 roku. Ważnym jest też spektakl w reżyserii Jurki Dziwakowa „Krucjata dziecięta”, oparty o sztukę jednego z czołowych białoruskich dramaturgów Andreja Iwanowa. Jest to historia o manipulacji, która powoduje, że niszczą się więzi rodzinne, przyjacielskie, a sam człowiek staje się wyłącznie narzędziem. Ciekawą refleksją będzie też scenariusz na podstawie książki Artura Klinowa „Mińsk: przewodnik po Mieście Słońca”, mówiący o tym, czym jest Mińsk.

Czym zatem jest Mińsk?

To niejako sztuczne miasto, które zostało wymyślone jako miasto przyszłości, miasto wzorcowe, miasto idealne. Tyle, że nie pasuje do rzeczywistości. Większość tych, którzy przyjeżdżali i osiedlali się w Mińsku to ludzie wsi. Oni w tym mieście czują się obco, są wyalienowani. Architektonicznie Mińsk jest bardzo nierówny. Z jednej strony pompatyczne, pomnikowe, stalinowskie centrum, dalej mamy zwykłe pięciopiętrowe bloki, a im dalej od centrum, tym częściej zdarza się jeszcze drewniana zabudowa. Wynika to z tego, że Mińsk powstał z połączenia kilku wiosek. Okazało się jednak, że było to idealne dla architektów miejskich, którzy bazowali na wielkich, pustych przestrzeniach, na których mogli realizować swoje wizje, niszcząc przy tym cmentarze, jakie pierwotnie znajdowały się na terenach dzisiejszego centrum: żydowskie, katolickie, prawosławne. Świadomość, że centrum miasta stoi na cmentarzu powoduje, że nie wszyscy dobrze się tam czują.

A dzisiejsza stolica Białorusi jaka jest?

To bardzo eklektyczne miasto. Z jednej strony władza dba o tę architekturę stalinowską, z lat 50., wszystko odrestaurowano i wylizano, a z drugiej pojawia się supernowoczesna architektura, bardzo piękna zresztą. Tylko znów dla

mieszkających w Mińsku Białorusinów jest to jakiś rodzaj niezrozumiałej fantasmagorii. Ponieważ oni, pochodzący ze wsi, cały czas tej wsi pragną, ciągnie ich do przyrody. Architektura więc znajduje się w rozbieżności z potrzebami ludzi, którzy marzyliby raczej o czymś na wzór skandynawskich miejscowości, w których wśród przyrody przycupnęły małe, piękne domki.

W piątek 31 maja w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego odbędzie się debata poświęcona językowi współczesnego teatru białoruskiego, a także prezentacja Pana książek na temat współczesnej dramaturgii białoruskiej. Na ile i w jaki sposób białoruski teatr może pokazywać jeszcze tę białoruską współczesność? Nad czym się skupia, co krytykuje z rzeczywistości?

Od 2011 roku wydaję serię „Nowa dramaturgia białoruska”; już ukazało się siedem tomów. W sumie zostało przetłumaczonych czterdzieści pięć utworów dramaturgicznych. Dokonując ich wyboru, szczególną uwagę zwracam na aktualność, na fakt, w jakim stopniu te sztuki mówią o współczesnej Białorusi, która tak naprawdę jest mało znana w Polsce. Wśród głównych tematów obecna jest kwestia rozpadu rodziny i relacji międzyludzkich, kwestia konfliktu człowieka z władzą czy panującym na Białorusi systemem, problem migracji (nie tylko zewnętrznej, bo także wewnętrznej). W wielu tekstach człowiek często trafia do pułapki, do sytuacji bez wyjścia i nie wie jak z niej wybrnąć. Warto tu wymienić sztuki takich autorów, jak Paweł Priażko („Urodzaj”, „Pole”, „Zamknięte drzwi”), Dmitrij Bogosławski („Ludzka miłość”, „Cichy odgłos niknących kroków”), Mikołaj Rudkowski („Dożyć do premiery”, „Wielka wędrówka urodow”), Andriej Kuriejczyk („Niebo”), Witali Korolow („Opium”, „Moscow dreaming”), Timofiej Iljewski („Penaty”).

Czy te utwory są wystawiane na Białorusi?

Niestety z tym jest problem. Kierownikami większości teatrów na Białorusi są twórcy starszej generacji, którzy dość krytycznie wypowiadają się na temat tej dramaturgii. Zresztą w jednym z tomów zebrałem i przytoczyłem te wypowiedzi. Jest mi bardzo przykro, że pod adresem dobrych dramaturgów padają oskarżenia o brak wiedzy życia, nieumiejętność pokazania współczesnych problemów, wykorzystanie wulgaryzmów… Moim zdaniem, to, co się teraz odbywa w dramaturgii białoruskiej, jest fenomenem na skalę światową. Począwszy od 2002 roku powstała dość liczna grupa dramatopisarzy (ponad dziesięciu), spod pióra której wyszło kilkadziesiąt wspaniałych tekstów. Spokojnie można je włączyć do repertuaru każdego teatru europejskiego. I

wydane przeze mnie tomy dobitnie o tym świadczą. To, moim zdaniem, jest prawdziwy fenomen! Tylko niestety mało kto o tym wie. Na Białorusi nie istnieją instytucje, które zajęłyby się promocją białoruskiej dramaturgii (a teraz i teatru) na świecie. Staram się to czynić w Polsce. W tym celu powołałem Pracownię Badań nad Teatrem i Dramatem w Europie Środkowo-Wschodniej przy Katedrze Studiów Interkulturowych Europy Środkowo-Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Ale jestem sam i niestety nie posiadam zbyt wielu możliwości. Mam nadzieję, że z czasem to się zmieni.

Sylwetka

Andrej Moskwin

Slawista, kulturolog, tłumacz, dramaturg. Doktor habilitowany, adiunkt w Katedrze Studiów Interkulturowych Europy Środkowo-Wschodniej Wydziału Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. Kierownik Pracowni Badań nad Teatrem i Dramatem w Europie Środkowo-Wschodniej. Autor wielu monografii z zakresu historii teatru oraz współczesnej dramaturgii słowiańskiej (m.in. "Stanisław Przybyszewski w kulturze rosyjskiej końca XIX - początku XX wieku", "Teatr białoruski: 1920-1930. Odrodzenie i zagłada").

polecane: Muzotok Szymon Wydra & Carpe Diem

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie