Dr Ewa Woydyłło: Formuła "i nie opuszczę cię aż do śmierci" jest już nieaktualna

Redakcja
Gdy ma się dwadzieścia kilka lat, najważniejsze wydają się zgrabne nogi czy lekkość, z jaką partner tańczy salsę. Właśnie z takich fascynacji biorą się źle dobrane małżeństwa - mówi psycholog w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Joanna Koroniewska i Maciej Dowbor rozstali się. Ich rozwód, obszernie relacjonowany przez plotkarskie media, stał się na tyle dużą atrakcją, że nagle ta dwójka - niezbyt wcześniej popularnych celebrytów - stała się najgorętszymi nazwiskami w polskim show-biznesie w tym roku. Czemu rozpad ich małżeństwa tak bardzo przyciągał uwagę?
Nie przeceniałabym tego faktu. Po prostu u nich akurat coś się działo - i w ten sposób przykuli uwagę mediów. Gdyby im się urodziło dziecko, pewnie tak samo staliby się bardzo popularni.

Dziecko im się urodziło dwa lata temu - i wtedy nie wygenerowali nawet części tego szumu co teraz. Dlatego mam wrażenie, że ważną rolę w tym wzroście zainteresowania nimi odgrywa rozwód.
Bez przesady. Gdyby sobie kupili dom z dwoma basenami czy obchodzili srebrne gody, to także by o nich pisano. To, że akurat w ostatnim miesiącu komentowano ich rozwód, jest przypadkiem. Tu bardziej istotna jest istota zjawiska o nazwie "celebryci", a nie pojedyncze nazwiska czy fakty z ich życia. Rolą takich gwiazd jest wypełniać pustkę w wyobraźni odbiorców pozorami informacji. A właściwie to nawet nie jestem pewna, czy pustkę u odbiorców, czy pustkę w mediach, które potrzebują tematów. Nie jestem do końca przekonana, czy akurat Polaków rozwód Koroniewskiej z Dowborem zajmuje na tyle, że rozmawiają o tym w tramwaju. Ta sprawa zajmuje przede wszystkim autorów, którzy produkują takie pozorne newsy, ekscytując się ślubami, zdradami czy spacerami po parku znanych osób. To oni właśnie tworzą ten śmietnik.

Nie darzy Pani zbyt dużą sympatią mediów plotkarskich.
Zgadza się.

Z drugiej strony wysokość sprzedaży kolorowych magazynów czy liczba kliknięć na portalach o życiu celebrytów zaprzecza Pani opinii o tym, że ludzi opisywane tam zdarzenia nie interesują. Ale wróćmy do rozwodów. Czy tradycyjna formuła "i nie opuszczę cię aż do śmierci" przestała obowiązywać?

Tak, ona jest nieaktualna już od dawna. Z kilku przyczyn zresztą.

Jakich?
Jedna ma charakter cywilizacyjny. Dawniej zwrot "razem aż do śmierci" oznaczało, że para będzie razem mniej więcej 10-15 lat. Po tym okresie prawie zawsze następowała śmierć jednego ze współmałżonków. Albo kobieta umierała przy kolejnym porodzie, albo mężczyzna ginął na wojnie, polowaniu lub w pracy. Proszę pamiętać, że jeszcze w XIX wieku poziom medycyny był dramatycznie niski, a przez to śmiertelność bardzo wysoka. W takiej sytuacji ludzie rzeczywiście byli ze sobą razem aż do śmierci - ale nie było trudno wytrwać, skoro średnia długość życia nie przekraczała 35 lat. A dziś żyjemy prawie do osiemdziesiątki. I to jest właśnie źródło problemów. Dawniej z tą samą osoba trzeba było wytrzymać 12-15 lat. Dziś ludzie wytrzymują ze sobą mniej więcej tyle samo czasu. Ale trudno być razem dłużej.

Czemu?
Bo my nie chcemy być z tą samą osobą - my chcemy być z taką samą osobą, jaką poznaliśmy. A przecież wszyscy się zmieniamy. Jedni dojrzewają w kierunku rozwoju osobistego, inni koncentrują się na zarabianiu pieniędzy, następni z kolei w ogóle zatrzymują się w rozwoju i spędzają tylko czas przed telewizorem, skacząc z kanału na kanał. Scenariuszy jest wiele. Często dzieje się tak, że przy kolejnej zmianie własnego życia niejako zapominamy o naszym partnerze. Nasza energia erotyczna, uczuciowa zużywa się. Właśnie z tych powodów bardzo trudno jest przetrwać razem do końca życia. Przecież nawet ludzie głęboko wierzący, którzy się nie rozwodzą z powodów religijnych, de facto żyją osobno. Już nawet Kościół zaczyna dopuszczać możliwość rozpadu małżeństwa, dopuszczając separację w sytuacji, gdy para i tak właściwie nie jest razem.

Pytanie, jak to "razem" definiować.

Oczywiście, to sprawa bardzo osobista - ale wiadomo, że tu chodzi o uczucia, wspólne wartości, plany na przyszłość. Każda para wiąże się ze sobą po swojemu. Ale gdy ich spoiwo wyschnie, taki związek trudno utrzymać. Zresztą proszę rozejrzeć się wokół siebie, popatrzeć na swoich sąsiadów. Każdy z nas bez trudu wskaże we własnym otoczeniu pary pozbawione iskry, mało twórcze, związki toczące się właściwie siłą rozpędu i przyzwyczajenia, a nie autentycznej pasji. Razem utrzymują je właściwie tylko względy ekonomiczne: wspólne życie jest tańsze.

Czytaj też:
*EKSPERT RADZI: Opieka nad dzieckiem po rozwodzie
*''Kulturalny rozwód" to mit? ''Dziecko ponosi konsekwencje rozstania przez całe życie''
*Grzechy Polaków: Zdrada tak, ale seks bez ślubu już nie
*Psychologia miłości i seksu obowiązkowa na uniwersytetach w Chinach

Mieszkam w starej dzielnicy, codziennie w sklepie czy na ulicy spotykam małżeństwa po siedemdziesiątce. I przeważnie odnoszę wrażenie, że tym ludziom dobrze ze sobą, mają ze sobą świetny kontakt. Ta obserwacja nie pasuje to tego, o czym Pani teraz opowiada. Mieszkam w wyjątkowej okolicy?
Nie znam pana okolicy, także trudno mi oceniać. Ale oczywiście nie zamierzam twierdzić, że wszystkie małżeństwa są skazane na rozpad. Kluczem do ich trwałości jest jednak cecha, którą trudno opisać jednym słowem po polsku, najlepiej oddaje ją angielskie słowo "commitment". Można próbować to tłumaczyć jako poczucie obowiązku, choć to tłumaczenie nie oddaje wiernie sensu tego określenia. Niestety, język polski w tym zakresie jest ubogi. Kiedyś zastanawialiśmy się nawet nad tym angielskim słowem z księdzem Józefem Tischnerem - i nie udało nam się znaleźć właściwego odpowiednika w naszym języku. Uznaliśmy, że najbliższy prawdy będzie trochę sztuczny termin "samozobowiązanie". Tak naprawdę chodzi jednak o coś w rodzaju skrajnej determinacji. Już w chwili zawarcia związku małżeńskiego jesteśmy zmotywowani do tego, by trwać w tym związku - cokolwiek się wydarzy. Mam wrażenie, że w ostatnim czasie to poczucie obowiązku, jakie powinniśmy odczuwać w chwili stawania przed ołtarzem, mocno osłabło. To rezultat wielu zjawisk, ale za najważniejsze uważam najnowszy trend poszukiwania czegoś, co określa się mianem szczęścia.

Na jakiej zasadzie szczęście stoi w sprzeczności z małżeństwem?
Szczęście zaczęliśmy rozumieć jako wyidealizowany stan wiecznej radości, rozkoszy, przyjemności - i takiego stanu ducha szukamy w każdym momencie naszego życia, czyli także w małżeństwie. Tymczasem wiele osób często dochodzi do wniosku, że pogrąża się w odwrotności tego stanu, czyli we frustracji, niezadowoleniu. Po kilku latach małżeństwa okazuje się, że ta bliska do niedawna osoba nie spełnia już pragnień i oczekiwań. W takiej sytuacji małżeństwo nie idzie w parze z pragnieniem szczęścia. Ale to tylko jeden z możliwych scenariuszy. Kolejny jest dużo mniej filozoficzny.

To znaczy?
Dawniej małżeństwa były konsekwencją aranżacji. Nie zdarzało się, by ktoś samodzielnie wchodził w uczuciowy czy życiowy związek - jeśli ktoś na taki krok się decydował, to musiał wysłuchiwać, że popełnia mezalians. Za dobór małżeństw odpowiadali swatowie. To oni pilnowali, by małżeństwa były zawierane w obrębie swojej klasy społecznej. Wszelkie krzyżówki były potępiane jako mezalians - i mało kto decydował się na wyłamanie z tej konwencji. Czemu? Bo ta metoda okazywała się skuteczna. Duża w tym zasługa swatek, które stosowały właściwy klucz doboru małżonków. Dla nich najważniejsi nie byli jednak młodzi, tylko rodziny, z których oni się wywodzili. Jeśli te rodziny do siebie pasowały, to znaczy wyznawały tę samą religię, obowiązywał u nich ten sam model wychowania, wywodziły się z tego samego środowiska, to wtedy była duża szansa, że młodzi również będą do siebie pasować. Zresztą te zasady obowiązują też dziś. Jeśli pobiorą się młodzi wywodzący się z podobnych rodzin, to takie małżeństwa są dużo trwalsze - bo tych młodych ludzi łączy nie tylko zew hormonów i popędów, ale także cała masa uwarunkowań kulturowych. Oboje wychowali się w podobnym modelu rodziny i gdy sami zaczynają zakładać własną, to mimowolnie powielają znane sobie nawzajem schematy. W ten sposób oboje unikają szoku.

Czytaj też:
*EKSPERT RADZI: Opieka nad dzieckiem po rozwodzie
*''Kulturalny rozwód" to mit? ''Dziecko ponosi konsekwencje rozstania przez całe życie''
*Grzechy Polaków: Zdrada tak, ale seks bez ślubu już nie
*Psychologia miłości i seksu obowiązkowa na uniwersytetach w Chinach

Tyle że dziś instytucji swatki już nie ma. Taką rolę próbują odgrywać portale internetowe - ale one też ułatwiają poznanie na chybił trafił.
Owszem, teraz młodzi ludzie całkowicie negują jakiekolwiek doradztwo w kwestiach małżeństwa ze strony na przykład rodziców. Oni są gotowi nawet zerwać stosunki z rodzicami w sytuacji, gdy ci się wtrącają w ich sercowe wybory. Tymczasem dwudziestokilkulatkowie nie mają kwalifikacji do tego, by podejmować właściwie wybory dotyczące zawierania związków na całe życie.

Dlaczego?
Swatkami najczęściej byli ludzie starzy, doświadczeni, znający się na ludziach. Dysponowali wiedzą, której brakuje młodym. Gdy ma się naście czy dwadzieścia kilka lat, najważniejsze wydają się zgrabne nogi czy umiejętność tańczenia salsy - natomiast nie bierze się pod uwagę czynników daleko bardziej istotnych.

Pani Doktor, opisała Pani zmianę cywilizacyjną, jaka zachodzi w naszym świecie, precyzyjnie przedstawiła jej przyczyny. Tyle że statystyki pokazują, że Polski te zmiany nie dotyczą. Owszem, rozpada się u nas coraz więcej małżeństw, ale cały czas to zaledwie niecałe 30 proc. zawieranych. Tymczasem na Zachodzie ten współczynnik przekracza 60 proc.
Świadczy to o tym, że istnieją u nas normy silnie ograniczające swawolę. Ale te normy sprawiają też, że wiele osób żyje w niedobrych związkach, zdradzając się nawzajem na potęgę. Dobrze o tym wiem, bo wiele takich osób przychodzi do mojego gabinetu, szukając wsparcia, ratunku. Jednocześnie jednak te osoby nie wyobrażają sobie rozwodu - właśnie z powodu bardzo silnych norm obyczajowych. W związku z tym żyją w zakłamaniu, oszustwie. Do rozwodu dochodzi dopiero wtedy, gdy jedna ze stron nie wytrzymuje takiego stanu rzeczy.

W ponad 70 proc. przypadków wniosek o rozwód składa kobieta.
Bo najczęściej one są obiektem opresji. Tak jest zresztą od zawsze. Ale od dłuższego czasu jesteśmy świadkami rewolucji feministycznej, z której owoców korzystają także kobiety nieuważające się za feministki. Dochodzą do wniosku, że nie muszą dłużej tolerować sposobu, w jaki traktują je mężowie, i odchodzą. Wychodzą z założenia, że lepiej być samemu, niż codziennie znosić upokorzenia. To zjawisko spowalniają hamulce, jakie nakłada bardzo silny w Polsce Kościół katolicki. Kobietom często też trudno się rozstać z marzeniami, jakie skrywa w sobie małżeństwo, a które zamykają się w słowach "a później żyli długo i szczęśliwie" - dlatego często tolerują pijaństwo czy zdrady męża.

Nie wymienia Pani dzieci jako spoiwa związku. Przestały one odgrywać taką rolę?
Nie, wspólne potomstwo odgrywa ogromną rolę w umacnianiu związku. Tam, gdzie nie ma dzieci, kobiecie dużo łatwiej powiedzieć: dość. Choć często dzieje się tak, że małżeństwo łączy tylko dziecko. Para się poznała, przeżyła wzajemną fascynację erotyczną, która zaowocowała ciążą - ale gdy szał hormonów minął, okazało się, że właściwie takiej pary nic nie łączy. Mimo to męczą się ze sobą razem, właśnie ze względu na dziecko. Właśnie z takich małżeństw biorą się takie opowiadania jak o małej Madzi. Niestety, takie rodziny u nas są. Na całe szczęście nie wszystkie. Pojawia się coraz więcej związków szczęśliwych, dobrze dopasowanych. Ale są to przeważnie pary, które poznały się już po trzydziestce. Tacy ludzie mają już bagaż doświadczeń, wiedzą, czego chcą od życia - i im łatwiej znaleźć osobę, która do nich pasuje. Takim parom wróżę długie wspólne życie, one rzeczywiście mogą się nie opuścić aż do śmierci.

Czytaj też:
*EKSPERT RADZI: Opieka nad dzieckiem po rozwodzie
*''Kulturalny rozwód" to mit? ''Dziecko ponosi konsekwencje rozstania przez całe życie''
*Grzechy Polaków: Zdrada tak, ale seks bez ślubu już nie
*Psychologia miłości i seksu obowiązkowa na uniwersytetach w Chinach

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
znawca blondynek
normalni ludzie żyją w miłości i przyjaźni. Tak samo piekne są 20-lecia, 30-lecia czy 50-lecia slubów.

Jak ludzie sie nie dobiorą , nie sa przyjaciółmi, to sie rozwodzą.
A wszelka celebrycka stadź nie jest żadnym wyznacznikiem
Dodaj ogłoszenie