Dość już syfu!

Agnieszka Kropielnicka, współpraca Dominika Kwiek
Borys Szyc chwali się spaniem w grobowcu.

Numer jeden na liście najbardziej poszukiwanych przez reżyserów i paparazzich. Jego życie to gotowy scenariusz na film. Aktor opowiada o spaniu w grobowcu, duszy dresiarza i braterstwa broni z córką.

Produkcja zdjęć do "Wojny polsko-ruskiej" na podstawie bestsellera Doroty Masłowskiej zasuwa pełną parą. Gra pan tam "Silnego", herszta gangu dresiarzy. Wiem, że nowy wizerunek jest top secret pod groźbą śmierci, ale czy możemy zdradzić choć jeden szczegół?

Dobrze. Obcięto mi o połowę rzęsy.

Wywinięte i dwucentymetrowej długości, o których rozpisywały się gazety dla pań.
Tak. Doczepione do postaci "Silnego" wyglądały naprawdę idiotycznie, nie pasowały do konwencji. Mama mi się załamała. Tłumaczę, że odrosną, ale ona się boi, że nie.

A pan się nie boi?
To chyba nie jest najważniejsza rzecz w moim życiu. Ale faktycznie, przed cięciem zapytałem tu i tam, czy to odrasta. Znajomi przysięgli, że tak. Niejeden sobie spalił i odrosły. W razie czego, ha, ha, spalę sobie to, co pozostało. Pobawię się jakimś niewypałem, jak znajdę, i będzie przyjemne z pożytecznym. Tak więc śpię spokojnie.

Śpię spokojnie? Kłamstwo. Ubiegając się o ten wywiad, widziałam pański terminarz. Horror.
No, Wietnam. To szaleństwo trwa już chyba ze trzy lata. Praca w teatrze, praca w filmie, dubbing, a jeszcze w dodatku trochę trzeba pożyć. Kiedy do tego wszystkiego doszło teraz nocne kręcenie "Wojny polsko-ruskiej", czasem padam z nóg. Dziś poszedłem spać o 9 rano i wstałem o 15.30, zaraz biegnę do Teatru Współczesnego, żeby grać Józefa K. w scenicznej adaptacji "Procesu" Kafki...

Żeby się panu bohaterowie nie pomylili!
Bywało blisko. Nie, katastrofy jeszcze nie było, ale czasem zauważam, że jako Józef K. staję się coraz bardziej podobny do "Silnego".

Nie chcę się wtrącać, ale czy nie powinien pan choć trochę zwolnić?
Pewnie powinienem, ale moje życie już od lat nie zależy ode mnie. To seria przypadków, raz nie ma nic, kiedy indziej jest nadmiar. Kocham moją pracę i daję się nieść jej rytmowi, ale miała pani rację, skłamałem z tym spaniem. Mimo że mam deficyt snu, trudno mi zasypiać. Ostatnio czuję się tak, jakbym miał coś pokręcone z czasem - jet lag - chorobę, którą się ma po długim przelocie samolotem, choć się nie ruszam prawie z Warszawy. Kładę się o 7, 8 rano. Mam grube zasłony, jest prawie ciemno, ale to i tak niewiele daje, słyszę, że świat na zewnątrz żyje, a ja muszę spać w tym grobowcu. Jestem wyczerpany doszczętnie, ale z drugiej strony coś bym przekąsił, coś zrobił.

Ale w grobowcu może pana nie znajdą paparazzi. Kiedy otworzyłam plotkarskie strony, wpadłam w przerażenie. Jest pan na pierwszym miejscu pośród obgadywanych.
Tak, jestem tego świadomy, ale nie będę wchodził w polemikę z nimi, to świadczyłoby o tym, że uważam ich za partnerów do dyskusji, a tak nie jest. To obrzydliwe, co dzień śledzą mnie dwa albo trzy samochody. Pstrykają z ukrycia, bo chcą mnie koniecznie przyłapać z kieliszkiem.

To już prawdziwy Wietnam. Musi się pan przemieszczać rowami i przez chaszcze, a tego w mieście niewiele. Teraz też ich pan widzi?
Nie, ale na pewno gdzieś są. Wasze zdrowie! (Szyc macha w stronę okna kieliszkiem coli light, która wygląda jak wino). To tylko wino, ale może wam wystarczy. Hej tam, widzicie, co mam w ręku?

Właśnie, muszę zapytać o to pańskie sławne picie. Sam pan mówił kiedyś, że pije codziennie. I stracił pan w lutym prawko, bo prowadził pan, mając we krwi 0,7 promila. I w wielu wywiadach obiecywał pan poprawę, stabilizację...
Tak. Już powiedziano na ten temat wszystko, co można było powiedzieć, i ja powiedziałem wszystko. Nie mam nic do dodania oprócz tego, że to była głupota. A jako facet muszę za swoje czyny brać odpowiedzialność i to robię. Nikt nie jest poza prawem i ja też nie robię uników przed konsekwencjami tego wydarzenia. Przez dwa lata nie siądę za kółkiem. To surowa kara dla kogoś, kto kocha samochody. Ostatnio zajmuję się dużo mocniej treningiem, trzymam dietę...

Fakt, nie osiągnąłby pan takiej formy, tankując. Brak prawa jazdy też pana zmusza do nietypowych ruchów.

Też prawda. Wszystko noszę przy sobie i muszę lepiej planować. To fajne. Ale z drugiej strony... Trochę czasem fury brakuje.

Dobrze, że nie zabrali panu komóry.
To świetna rzecz mieć komórę.

Strasznie na pana naskakują również z tego powodu, że prowadzi pan życie towarzyskie. A ja myślę, że jeśli nawet, to co w tym złego?

Trzeba zapytać tych, którzy uważają, że to coś złego. Ale nie w tym rzecz - w życiu jednego człowieka nie dałoby się zmieścić wszystkich tych plotek! Czy oni nie zauważyli, że ja głównie pracuję? Gdybym nie wykorzystał każdej wolnej chwili na sen, już od dwóch lat bym nie żył.

Wydawało mi się przed chwilą, że poruszył się tamten klomb przed wejściem do baru. Zaczynam wierzyć, że ukryli się w nim paparazzi.
Ja tego nie widziałem, ale to niemal pewne. Są zdolni do wszystkiego. Niedawno węszyli wokół mojego domu, który teraz jest w remoncie. Na szczęście popędzili ich robotnicy, mam ich świetnych, nigdy mnie nie zdradzą. Gdybym wtedy był przy domu, pewnie bym zaczął strzelać. A kiedy jestem z moją córeczką Sonią, stajemy się dla nich jeszcze bardziej apetyczni.

Nic dziwnego, w końcu razem dachowaliście samochodem. To dla nich była wielka rzecz.
Owszem. Popstrykali trochę zdjęć naszego nieszczęścia, niech im ziemia lekką będzie. Ja sobie tego wypadku nie mogę darować.

Przecież to nie pan był winny. O ile wiem, wjechał w pana idiota z boku.
Owszem, ale i tak czuję się winny - stresu mojej córki. Skoro w ogóle zgodziłem się o tym gadać, chcę też powiedzieć, że to ma swoją dobrą stronę. Połączyło nas z Sonią emocjonalnie. Nie trzeba by było tego, i tak byśmy się połączyli, ale po tym wydarzeniu cały proces przyspieszył - to takie braterstwo broni. Wspólnie przeżyte zagrożenie bardzo często owocuje nowymi przyjaźniami i miłościami, a także pogłębia stare. I to jest dobre. Ale proszę mi już nie przypominać dachowania. To i tak do mnie stale wraca flashbackami.

Przepraszam. Nie pytam z potrzeby sensacji. Po prostu to, jak jest pan traktowany przez paparazzich, wywołuje moje oburzenie.
A wie pani, co wywołuje tak naprawdę MOJE oburzenie? Oni wydzwaniają, żebym im powiedział, gdzie i kiedy będę, że mi tak niby z ukrycia zrobią zdjęcia. Lenie jedne, to ma być dziennikarstwo? Że ja niby nie wiem, oni niby nie wiedzą, oni tak niby przypadkiem mnie trafili. Jak już się zajmują taką pracą, to niech mnie przynajmniej uczciwie śledzą i przyłapują!

Co racja, to racja.
Prawda? A tym, co wzburza mnie jeszcze bardziej, jest strona "Napisz do nas donos" czy jakoś tak. Na takich stronach uprawnia się ludzi do donoszenia, a - choć tu chodzi tylko o plotki i donosy na przyuważone sławy, o zdjęcia strzelone z komórek - przecież donosicielstwo, nawet takie marne, to najobrzydliwsza rzecz na świecie. Uprawiały to najgorsze szuje, a oni za to płacą. W ten sposób wychowują całe pokolenie donosicieli, którzy myślą, że to nic złego. Może warto przypomnieć, że jeszcze niedawno taki proceder odcinał od kontaktów z ludźmi inteligentnymi i wartościowymi. Teraz donosicieli jest na pęczki, a ja mam ochotę tym "pstrykaczom" wbijać nosy do mózgów, wypruwać flaki. Do takich emocji potrafią doprowadzić normalnego człowieka.

Kiedy pan to mówi w tej nowej, dresiarskiej wersji, przechodzą mnie dreszcze i zaczynam się bać o pańskich wrogów. A jeszcze niedawno wyglądał pan tak grzecznie. Jak aniołek. Blond pukle...

DOŚĆ JUŻ TEGO SYFU, OSTRZEGAM! (Szyc pochyla się, huczy te słowa prosto do leżącego na stole dyktafonu i puszcza oko).

Czy wraz ze zmianą zewnętrzną Szyca zmienił się też Szyc wewnętrzny?
Jeśli chodzi o agresję, raczej nie. Zawsze byłem agresywny, czy raczej nadpobudliwy. Dziś to się nazywa ADHD, ale kiedyś nazywało się "trudne dziecko". Ja nawet nie chciałem być niegrzeczny, tylko po prostu samo tak wychodziło. Nie mogłem usiedzieć w ławce, wszystko mnie rozpraszało. To była mordęga mojej mamy - całe moje dzieciństwo. Ja byłem takie zdolne, ale upiorne dziecko - stopnie zwykle znakomite, ale zachowanie zawsze nieodpowiednie albo naganne.

I oczywiście się pan bił?
A jak można inaczej? Nawet pamiętam pierwszy raz - pobiliśmy się w podstawówce z kolegą o dziewczynę. To była nieprzyjemna sprawa, bo on miał wstrząśnienie mózgu. Paskudne wspomnienie, ale potem się zaprzyjaźniliśmy i ta przyjaźń trwa do dziś. To kolejny przykład tego, jak się ludzie łączą po przykrych wydarzeniach. A owa nadpobudliwość do dziś mi nie przeszła. Dołączone do nadmiaru energii nowe ciało sprawia, że czuję w sobie moc niemal nadludzką. Byłem niedawno otłuszczonym chłopcem...

Słucham?! Nie był pan mięśniakiem, ale otłuszczony też pan specjalnie nie...
Powtórzę to: byłem otłuszczonym chłopcem, pełzającym ślimakiem bez siły i równowagi, nawet jeśli nie było tego tak bardzo widać z zewnątrz. A producent "Wojny..." zainwestował w mój organizm sporo forsy i dwa miesiące pracy z dietetykiem i trenerem. I to nie było poświęcenie, tylko czysta przyjemność. Po pierwsze zdałem sobie sprawę, że ludzkie ciało jest całkowicie zależne od swojego właściciela. Że można tę złożoną z atomów galaretę ukształtować tak, jak się chce.

A jak się chciało? Tylko że w ten sposób zdradzimy jednak pański nowy wizerunek.
Ech tam! Już mnie przydybali i byłem na wielu zdjęciach strzelonych z ukrycia. A "Silny" jest wyrzeźbiony, wychudzony, no - silny. Wygląda groźnie. Ma widoczne wszystkie mięśnie, zaciśnięte pięści i bojowe nastawienie do świata. Spode łba spojrzenie, nachylony pod lekkim kątem do przodu. Energiczny - taka energia, która prze do przodu. Małymi, agresywnymi krokami, niespokojnie. Szybki jak błyskawica, zwinny. To wróg globalistycznej rzeczywistości, McDonaldów, coca-coli, wszech koncernów, które przejmują ten świat.

I może przyszły kat paparazzich?

To nie problem "Silnego", tylko mój, Szyca.

Ale pan nim jest, widzę to wyraźnie. Kiedy pan wszedł do klubu, myślałam, że to prawdziwy bandzior, i odwróciłam oczy, żeby nie prowokować zaczepki.

Fakt, bo mój zawód to ja! Absolutnie integralna, niezbywalna część mnie. Ja się poświęcam, rzucam na żer, daję to wszystko z siebie, nie z zewnątrz, cierpię, krwawię. Jestem swoim polem manewrów, ostrym poligonem doświadczalnym. I dlatego ten ktoś, kogo gram, staje się prawdziwy - bo jest kawałkiem rzeczywistego mnie.

Charakteryzacja do filmu po prostu ukazała prawdę? Ma pan duszę dresiarza?
No. W dużej mierze. Więc nie traktuję tego do końca jako żart, zabawę, choć z drugiej strony jestem świadom, że to przecież tylko błazenada dla gawiedzi, a ja to łysy błazen, który się ukrywa w głupim kapturze.

Skoro pan zaczął filozofować, mam ochotę sprowadzić pana brutalnie na ziemię i zadać takie pytanie, jakie zadaje się Miss Polonii.
Nie czuję się za bardzo Miss Polonią, zwłaszcza w tej fryzurze, ale spróbujmy.
Gdyby pan mógł zmienić coś na świecie, to co by pan przede wszystkim zmienił?
Free Tibet? Coś takiego? A można tak bardziej lokalnie?

Jasne.
Zagospodarowałbym natychmiast oba warszawskie brzegi Wisły. To wstyd, wstyd, po trzykroć wstyd. Normalnie na świecie ludzie żyją wokół rzek, bo przecież nad rzekami naturalnie powstawały miasta. A tu na odwrót - uciekli od rzeki.

Cuchnęła!
Miejskie rzeki całego świata cuchnęły. A mimo to ludzie potrafili uszanować ich obecność, robić kafejki, tawerny, wszystko. Rzeki teraz są w lepszym stanie, Wisła zwłaszcza, a my tam mamy wielkie gówno i łapę w nocniku, a nie zaplecze kafelkowo-zabawowe. A Port Praski? Serce mnie boli, kiedy na to zaniedbanie patrzę.

Pan, zdaje się, otworzył kilka dni temu z Katarzyną Figurą knajpkę właśnie nad wodą.
Bardziej z jej mężem. I nie tu, ale w Giżycku. To Kompas Port. Jest typowo żeglarska, ale czymś się różni od innych takich miejsc. Wpadliśmy na pomysł, że będzie tam wszystko to, co ludzie najbardziej kochają. Słomiane daszki, leżaki z płótna i drewna, kolorowe drinki, parasolki, owoce, grill i hamaki między drzewami. Taki klimat orientalno-kalifornijski. Dowieziemy jeszcze więcej miękkiego piasku, który się będzie nagrzewał w nieskończoność.

To jest to, co ludzie najbardziej kochają? Nabokov twierdził, że to, co ludzie najbardziej kochają, to łapanie i segregowanie motyli. Bezwzględnie.

Nie. Bezwzględnie kochają to, co wymieniłem, a poza tym - widok wody i odbłyskujących od niej promieni słońca.

Jeszcze jedno pytanie wakacyjne, w końcu idą dni beztroski. Ma pan jakieś swoje ulubione miejsce wypoczynkowe? Jeśli nam pan powie, zaczaimy się tam.
Więc nie powiem.

A może jednak? Opłacani przez nas paparazzi już ostrzą pazury, zęby i obiektywy.
No dobrze, niech wam będzie. Działka nad Pilicą. Włochy. Chorwacja. Słowenia.

Hm, spory teren, żeby go obstawić... Jakoś pana znajdziemy, spoko. Będzie pan musiał wbijać nam nosy do mózgów hurtowo i wypruwać flaki na kilometry.

Bardzo mi miło.

[email protected]

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie