Dom lotosu

Ryszarda Wojciechowska
W dużym liliowym salonie honorowe miejsce zajmują kwieciste kanapy. Przemysław Świderski
W tym domu królują dobre życzenia i pomysłowe rozwiązania. Projektanci mody Jola Słoma i Mirek Trymbulak łagodnie przetwarzają swoje otoczenie, nadają mu nowe znaczenie: z garnków robią doniczki, z krynoliny żyrandol.

Pewna joginka z Indii nazwała Wasz dom "lotos house". Ładnie.

Jola: Powiedziała, że nasz dom jest jak lotos, który wyrasta w brudnej bagnistej ziemi, ale jednocześnie zachowuje swoją czystość. Czuła, że jest w nas siła, która pozwoli nam pozostać w tej czystości.

Stąd wegetarianizm w Waszym życiu?

Tak, staraliśmy się, żeby w naszym domu nigdy nie zagościło mięso. Żeby nigdy nie było alkoholu i papierosów. To dla nas bardzo ważne, żeby to, co myślimy i czujemy, nie szkodziło innym.

Pokoju do medytacji nie znajdzie się w każdym domu.

Inni ludzie mogliby takie pomieszczenie przeznaczyć na garderobę czy suszarnię. A my stworzyliśmy sobie pokój tylko do medytacji. Zbieramy tam myśli na początek i koniec dnia. To pokazuje, co jest dla nas najważniejsze. Że dom jest nie tylko po to, aby człowiek mógł się w nim przespać, dobrze zjeść i zrelaksować. Dom jest też po to, by pamiętać, że wszystko w życiu robi się z dobrymi intencjami.

Ciekawa jestem, które miejsce jest duszą tego domu.

Salon. Chociaż tak naprawdę to moje królestwo. Mirek ma swój gabinet przy schodach.

W jakim stylu jest salon?
W naszym (śmiech). W eklektycznym, zupełnie jak projektowana przez nas moda.Nie chcieliśmy się żegnać ze starociami i przedmiotami, które mają dla nas wartość sentymentalną. Ale też oboje kochamy nowe meble. Pomieszaliśmy więc te style. Żeby nie powstało wrażenie, że to domek babuni.

Te stare meble to antyki?

Raczej starocie. Ludziom się wydaje, że muszą mieć meble o wartości antykwarycznej. A nam się zdarza przyhołubić meble z "wystawki". Trochę je podheblujemy, oszlifujemy papierem ściernym, dodamy koloru. I już stają się dla nas cacuszkiem. Jedynym w swoim rodzaju.

Kto w ten salon włożył więcej serca?

Podział jest wyraźny. Ja jestem panią koloru. Moje są też podłogi. A Mirek wymyśla dziwne przedmioty.

Jak ten zjawiskowy żyrandol?

Prawda, że to ciekawy okaz? Ma wartość sentymentalną. Abażur to krynolina od spódnicy prezentowanej na pierwszym pokazie Mirka. Wiklinowa obręcz ozdobiona jest pomarańczowymi miechunkami, które czasami nazywają lampkami Aladyna. W środku żyrandola poutykane są żaróweczki z chińskich lampek. Ale nie dają one dużo światła, więc musieliśmy wzmocnić efekt normalnymi żarówkami.

Jednak w salonie najbardziej przyciąga wzrok kominek. To dopiero cacko.

To też dzieło Mirka. Nie chcieliśmy, żeby nasz kominek przypominał wszystkie te, które do tej pory widzieliśmy. Poznaliśmy pana, który odlewał różne dziwne kariatydy. I dwie takie wkomponowaliśmy w nasz kominek. Pomalowałam go na różowo z lekkim odchyleniem w stronę brązu. Ryzykowałam z tym kolorem. Ale się udało.

Eksponowane miejsce zajmują anioły. I to nie takie małe.

Bo my je kochamy. Przypominają nam, że w życiu najważniejsze jest, by dobrze życzyć innym ludziom.

Zaskakujące jest to, że w salonie kredens nie gra pierwszych skrzypiec.

U nas jest rzeczywiście odwrotnie niż zazwyczaj, bo w centralnym miejscu postawiliśmy pomocnik kredensu, a sam kredens z boku. Pomalowałam te dwa meble na moje ulubione waniliowo-seledynowe kolory. Wszystkiemu, co tylko mogę, próbuję nadać nową barwę. Nie mogę się powstrzymać.

Ale żeby nie było już tak całkiem słodko, jest też w salonie trochę plastiku.

Dodaliśmy krzesła i lampę Kartella. Te rzeczy to projekt Philippe’a Starcka - są połączeniem w naszym salonie tego, co stare, ze współczesnym. Przez pierwsze lata małżeństwa marzyliśmy o nich, ale nie było nas na nie stać. Kiedy więc robiliśmy lifting mieszkania, pokusa była tak duża, że spięliśmy się i kupiliśmy.

Łazienka jest w złotym kolorze.

Ale też dużo w niej tkanin. Zasłonki zamiast obudowy wokół umywalki i wanny narożnej to mój pomysł. Tak jest cieplej i przytulniej. Ludzie boją się materiałowych zasłonek w łazienkach, bo myślą, że one się szybko brudzą, chlapią. Ale są naprawdę wygodne. I nie ma z nimi wielkiego zachodu.

W takim gościnnym domu musi być pokój dla gości.

I jest. Najważniejsze są dwa stare łóżka - zaręczynowe. Dostałam je od Mirka w prezencie, kiedy się oświadczył. Pomalowaliśmy je i po swojemu ulepszyliśmy. Podobnie było z szafą w pokoju gościnnym. To jeszcze staroć z lat 30. ubiegłego wieku. Ale jej też musieliśmy dać coś od siebie. Te okrągłe piękne wygięcia pozłociliśmy. Nad łóżkami powiesiliśmy z kolei obrazy, które są jednocześnie nocnymi lampkami. W starych drewnianych ramach zamontowaliśmy żaróweczki. Naszym gościom ten pomysł szalenie się podoba.

Nie masz obaw, że przy tych swoich eksperymentach coś zepsujesz i będzie żal?

Gdyby to był "Ludwik", to może bym się bała. A tu ryzyka nie ma.

Przy pokoju gościnnym jest też Wasza sypialnia.

I nasze ukochane łoże. Zaprojektował je Mirek. Wezgłowie jest zrobione z korony starej szafy. Znajomy miał tylko pozostałą po szafie koronę i nie bardzo wiedział, co z nią zrobić. Więc ją przygarnęliśmy. Dołączyliśmy też ramę z grubych belek, kupiliśmy dobry materac... i łóżko gotowe. Niemal całkowicie przez nas zrobione. Lampka przy łóżku pali się całą noc, bo nie lubimy spać po ciemku.

W kuchni dołącza do nas Mirek.

Kto tu rządzi?

Mirek: Jola gotuje na co dzień, a ja od święta. Głównie wypiekam - słodkości, chleb, bułki. Mamy tendencję do karmienia naszych gości, więc kuchnia zawsze stoi dla nich otworem. Jeśli ktoś przychodzi, natychmiast stawiamy coś na kuchenkę.

W kuchni, podobnie jak w łazience, widać Wasze zamiłowanie do zasłonek.

Mirek: Zmywarka i lodówka za kotarą, tak samo kosz na śmieci. Do kompletu makatka na ścianie z hasłem "Miłość i zgoda domu ozdoba". To po mojej prababci.

Piękna jest ta ściana wyłożona kaflami.

Mirek: Tu było przejście do salonu. Ale nie chcieliśmy go. Zamurowaliśmy otwór i położyliśmy hiszpańskie kafelki. Aż trudno uwierzyć, że przed laty kupiliśmy je jako kafle III gatunku. Pamiętam, że kosztowały 16 złotych za metr. Nie mamy w kuchni klasycznych szafek i półek. Kiedy ją urządzaliśmy, nie było nas stać na meble kuchenne.

Może i dobrze. Najpierw myśleliśmy o koszach wiklinowych. Ale to wydało nam się takie prozaiczne, bo wtedy wszyscy stawiali wiklinę. Któregoś dnia wróciłem z rynku ze skrzynkami po owocach. "A to po co?" - spytała Jola. I zaraz się zapaliła do pomysłu. Wzięła się do ich upiększania. I w ten sposób powstały szuflady. Najbardziej nam się spodobały skrzynki z bażantem. Bażant został nienaruszony. Taki, jaki był w oryginale.

Od pewnego czasu odgracacie mieszkanie.

Mirek: Ale też kupujemy nowe sprzęty. Przed rokiem zaprosiliśmy gości na dziesiątą rocznicę naszego ślubu. W zaproszeniach napisaliśmy: "Jak widać, po tylu latach nasze małżeństwo się nie zdewaluowało. Ale sprzęty niestety tak. Jeżeli ktoś nie wie, co nam kupić, to podpowiadamy, że może to być czajnik i toster". Ze zbiórki, którą między gośćmi przeprowadziły nasze krawcowe, uzbierało się na ten sprzęt i jeszcze nam zostało na dwie pary rolek.

Ten Wasz dom to całe Wasze życie - mieszkacie tu i pracujecie. Czy planujecie jeszcze jakieś duże zmiany?

Jola: Nie chcemy cały czas walczyć z domem. Chcemy w nim pożyć. Zmieniamy więc tylko to, co nas już naprawdę bardzo boli. A teraz nie boli nas nic.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie