Deficyt budżetowy niższy, a mimo to rekordowy

Joanna Pieńczykowska
Deficyt budżetowy w 2010 r. wyniósł niecałe 45 mld zł, jest więc o 7 mld zł niższy niż planowany w ustawie budżetowej - pochwalił się wczoraj minister finansów Jacek Rostowski. Pierwotnie rząd szacował, że deficyt budżetowy, czyli różnica pomiędzy wydatkami a wpływami do budżetu państwa, wyniesie aż 52,2 mld zł.

To wstępne dane. Bardziej szczegółowe informacje o wysokości wpływów i dochodów budżetu z poszczególnych źródeł poznamy za kilka tygodni.

Ekonomiści są jednak krytyczni w ocenie wysokości deficytu. - Ubiegłoroczny deficyt był zaplanowany trochę na wyrost, co pomogło rządowi powiedzieć: "proszę bardzo, jak dobrze gospodarujemy" - mówi dr Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Ich zdaniem nie zmienia to istoty problemu: mimo że dziura budżetowa okazała się niższa od tej, którą rząd sobie zaplanował, nie zmienia to faktu, że okazała się rekordowa w najnowszej historii. Rekordowy będzie też dług całego sektora finansów publicznych (łącznie z długami samorządów, szpitali i innych jednostek publicznych): może znacząco przekroczyć 100 mld zł. - Najważniejszy dla krajowych i zagranicznych ekonomistów jest właśnie deficyt całego sektora finansów publicznych. Jeżeli wstępne oceny Ministerstwa Finansów, zgodnie z którymi deficyt ten wyniósł 7,9 proc. PKB, potwierdzą się, to będzie to oznaczało deficyt na najwyższym poziomie od 1989 r. - podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC. Do tej pory najwyższą dziurę budżet państwa miał w 2002 r.: sięgała 42 mld zł, a w relacji do PKB deficyt całego sektora finansów publicznych wynosił wówczas 5,1 proc.

Rosnące szybko długi Polski niepokoją ekonomistów. - Rząd przed opinią publiczną przedstawił wczoraj wyliczenia, które są nieistotne. Tak naprawdę prawdziwym problemem, który może spowodować pogorszenie sytuacji Polski, jest rosnące w olbrzymim tempie zadłużenie publiczne - komentuje Andrzej Sadowski, ekspert Centrum im. A. Smitha. I przypomina, że kilka dni temu wpływowy magazyn "The Economist" skrytykował obecny rząd za fasadowe działania i sztuczny optymizm, podczas gdy pod spodem ukryte pozostają główne problemy. - W momencie kiedy "The Economist" po latach wystawiania laurek uznał, że czas na zastosowanie w ocenie zasady: po owocach ich poznacie, a nie po propagandowych zapowiedziach, coraz bardziej rosną obawy, że w ślad za tym obniżona zostanie ocena wiarygodności kredytowej Polski przez agencje ratingowe - ostrzega Sadowski.

Obniżenie ratingów oznaczać będzie natomiast wyższe oprocentowanie kolejnych kredytów i obligacji, a więc zwiększone koszty obsługi zadłużenia. - Wówczas może się okazać, że rząd będzie miał problemy nie tylko z obsługą długu, ale też z finansowaniem bieżącej działalności - mówi Sadowski.

To, że zadłużenie rośnie w bardzo szybkim tempie, pokazuje zegar długu, którego działalność zainicjował prof. Leszek Balcerowicz. Według szacunków zamieszczonych na stronie Forum Obywatelskiego Rozwoju dług publiczny Polski sięgał na koniec 2010 r. 785 mld zł, co oznacza, że w ciągu zaledwie trzech lat zwiększył się aż o 48 proc. (w końcu 2007 r. wynosił 529 mld zł).
- Już dziś na obsługę długu wydajemy mniej więcej tyle, ile wynosi dziura budżetowa - mówi Andrzej Sadowski. - Inaczej mówiąc: Gdyby nie było tak wysokiego długu, nie byłoby deficytu - dodaje.
Rząd zapowiada ograniczenia deficytu. - Deficyt sektora finansów publicznych w 2011 r. będzie o prawie jedną trzecią niższy niż w 2010 r. - mówił wczoraj minister Rostowski. - Z kolei w roku 2012 r. deficyt sektora finansów publicznych ma być co najmniej o połowę niższy niż ten z ubiegłego roku - deklarował.

* Dług publiczny rośnie z każdą sekundą, rząd chce nam zabrać ulgi podatkowe
* Gilowska: Rostowski wprowadził opinię publiczną w błąd
Wyjaśnił, że będzie to efektem m.in. przyśpieszonego wzrostu gospodarczego, który rząd przewiduje w tym roku, oraz reformy OFE. Niższe będą też wydatki budżetu. - Wydatki sektora finansów publicznych w tym roku będą niższe niż w ciągu ostatnich 10 lat i o prawie 2 pkt proc. niższe niż w 2010 r. - zapowiedział minister finansów.

Ekonomiści odpowiadają: Te działania są niewystarczające. - Niestety, przypuszczam, że poprawa ma wynikać w dużym stopniu ze zmniejszonych przepływów do otwartych funduszy emerytalnych, a także z cięć w wydatkach na inwestycje infrastrukturalne - ocenia prof. Gomułka z BCC. Jego zdaniem to za mało. - Zamiast manipulacji przy OFE potrzebny nam jest program ratujący finanse publiczne - podkreśla ekonomista.

Profesor Gomułka zaznacza, że wysoki deficyt, który utrzymywany jest już od wielu lat, powoduje, że relacja długu publicznego do PKB przekroczyła już pierwszy z ustawowych progów ostrożnościowych - 50 proc. - i grozi nam, że wkrótce przekroczymy kolejny próg, 55 proc.
Eksperci BCC proponują wiele działań, m.in. wprowadzenie wydatkowej reguły dyscyplinującej, zgodnie z którą tzw. wydatki elastyczne rosłyby w tempie o 1 proc. niższym niż inflacja. - To przyniosłoby oszczędności dla budżetu państwa w 2013 r. rzędu ok. 15 mld zł - wylicza BCC. Kolejny pomysł to stopniowe podwyższanie ustawowego wieku emerytalnego kobiet. Gdyby co rok podwyższano go o 9 miesięcy (podobne rozwiązanie przyjęła Słowacja), już w 2013 r. budżet oszczędziłby 6 mld zł. Kolejne 6 mld zł oszczędności rocznie dałoby przyjęcie zasady, że indeksacja emerytur i rent w okresie najbliższych trzech lat odbywa się tylko według wskaźnika inflacji. Z kolei ograniczenie płac w administracji publicznej o 15 proc. w latach 2012-2013 przyniosłyby 1,5 mld zł oszczędności rocznie.

Joanna Pieńczykowska

CZYTAJ TEŻ:
* Dług publiczny rośnie z każdą sekundą, rząd chce nam zabrać ulgi podatkowe
* Gilowska: Rostowski wprowadził opinię publiczną w błąd
* Rostowski: Deficyt budżetowy w kolejnych latach będzie mniejszy
* Belka: Deficyt budżetowy powinien być niższy w 2011 r.

Polacy masowo ruszyli do lombardów

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
WP.

FUNDUSZE EMERYTALNE I BUDŻET - W celu utrzymania formalnie zadłużenia państwa dokonuje się różnych sztuczek, a właściwie oszukańczych manipulacji. W Polsce bowiem nic od czasów PRL nie zmieniło się faktycznie w strukturze budżetu państwa. Państwo, czyli rządzący nim zawłaszczają, co tylko możliwe oferując społeczeństwu resztki z pańskiego stołu. Klasycznym przykładem są składki ubezpieczeń społecznych, które w swoim czasie zostały zagrabione przez PRL i do dzisiejszego dnia niezwrócone. W związku z tym wydatki ZUS na różne świadczenia muszą być wspomagane z budżetu państwa, a wobec wzrostu liczby emerytów, którzy nie chcą „wspierać partii czynem i umierać przed terminem”, sprawa stała się dla budżetu nieznośna. Cały hałas koło tej sprawy został skupiony na rozliczeniu finansowym, które skomplikowało się po wprowadzeniu „trzech filarów” ubezpieczeń emerytalnych. Pośpiech, z jakim wprowadzono ten system wskazuje wyraźnie na to, że ktoś był zainteresowany w stworzeniu wolnej strefy manipulowania funduszami emerytalnymi w myśl zasady, że najlepszym biznesem jest „collecting money”, czyli zbieranie pieniędzy. Pomijając fakt, że polski system finansowy był i prawdopodobnie w dalszym ciągu jest nieprzygotowany na wiarygodne operacje w tym względzie, główny problem leży po prostu w braku pieniędzy i na to nie zaradzą żadne manipulacje. W całym tym zamieszaniu zapomniano tylko o jednym, a mianowicie o poziomie polskich emerytur. Zapewne nie jesteśmy pod tym względem na ostatnim miejscu w UE, bowiem mamy zawsze poza nami Bułgarię i Rumunię, ale jest to niewielka pociecha. Według ostatnich danych przeciętna płaca w Polsce wynosi 3.500 zł./mies. a przeciętna emerytura ZUS 1.700 zł. czyli poniżej 50% płacy, a to już jest niezgodne z podstawowym założeniem konstrukcji emerytur. Ponadto w relacji do przeciętnych emerytur w krajach „starej Unii” polskie emerytury oscylują w granicach ¼ do 1/3 ich wartości, przy mniejszej rozpiętości w płacach. Krótko mówiąc polscy emeryci są dyskryminowani pod każdym względem nie mówiąc już o samowoli, a raczej bezprawiu panującym w polskim systemie emerytalnym. Z jednej strony bowiem wbrew postanowieniom konstytucyjnym ograniczono podstawę do obliczenia emerytury dla „normalnych” ludzi do 2, 5 wielokrotności średniej zarobków, a z drugiej strony stosuje się ciągle przywileje dla wybranych rodem z PRL. Jeżeli emerytura ma być związana z wielkością składek to powinno to wykluczyć jakikolwiek inny sposób regulowania jej wysokości. Według informacji GUS osiągnęliśmy już realnie 50% PKB w przeliczeniu na mieszkańca w stosunku do krajów „starej” UE, w płacach jesteśmy już mniej więcej na tym poziomie, tylko w emeryturach odstajemy drastycznie. Ze względu na przeciętną przeżywalność nie mamy większego udziału emerytów aniżeli inni, mamy jedynie niewielkie odstępstwo na rzecz płci pięknej gdyż w wielu krajach europejskich wiek emerytalny mężczyzn i kobiet jest zrównany, u nas tego nie domagają się nawet najzaciętsze feministki. Mając jednak na uwadze nasze potrzeby w zakresie nadrabiania zaległości cywilizacyjnych nie zaszkodziłoby podwyższenie wieku emerytalnego o 2 lata przy równoczesnym doprowadzeniu emerytur do poziomu minimum przyzwoitości i likwidacji odziedziczonych po PRL przywilejów dla pretorian reżimu.

Dodaj ogłoszenie