Dawna ekipa Donalda Tuska nie istnieje. Kto dziś stoi przy premierze?

Witold Głowacki
Fot. WOJCIECH BARCZYNSKI / POLSKAPRESSE
Pięć lat rządów to zmiany w otoczeniu premiera. Wielu jego bliskich współpracowników walczy dzisiaj na drugiej linii frontu. Donald Tusk już wiele miesięcy temu powiedział: - Zawsze jestem sam. I jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy - pisze Dorota Kowalska.

Od kilku tygodni właściwie wszystkie media prześcigają się w domysłach: cóż też zapowie premier podczas swojego drugiego exposé. Równie wielką zagadką, a może nawet większą, jest to, kto pisze lub pomaga pisać Donaldowi Tuskowi treść piątkowego wystąpienia. Wojciech Duda, Jan Krzysztof Bielecki, może Igor Ostachowicz - dzisiaj tych zaufanych wokół premiera jest garstka, chociaż ponoć szef rządu zawsze do końca ufał wyłącznie córce. Kiedyś miał jednak wokół siebie kilku oddanych pretorian okrzykniętych przez dziennikarzy dworem. - Zawsze jestem sam - powiedział premier w wywiadzie udzielonym na początku roku tygodnikowi "Wprost" i rzeczywiście dzisiaj Tusk wydaje się bardziej osamotniony niż kiedykolwiek wcześniej. - PO to partia jednego człowieka. Reszta jest sparaliżowana. Nikt się w żaden sposób nie wychyli.

Tusk robi wrażenie zdemotywowanego. Może to kwestia znużenia, może zniechęcenie wywołane kłopotami osobistymi. Trudno to z zewnątrz ocenić. Ale jest oczywiste, że nie ma w nim napędzającej go na co dzień energii - ocenia w wywiadzie udzielonym naszej gazecie były premier Włodzimierz Cimoszewicz.

Rządzenie wydaje się coraz trudniejsze, a po pięciu latach rządów ze starej, sprawdzonej ekipy zostało kilka nazwisk, część wycofano do drugiej linii, niektórzy w ogóle wypadli z gry. - Byłoby niemądre, aby stara drużyna absorbowała premiera bardziej niż nowa. Spotykamy się rzadziej, ale taka jest kolej rzeczy - mówił mi kilka miesięcy temu Mirosław Drzewiecki, były minister sportu, kiedyś zaufana osoba premiera Tuska.

Ale tylko on czasami opowiada o czasach, kiedy spotykali się w jego pokoju hotelowym nazywanym też "drewutnią" i, popijając wino, oglądali na 32-calowej plazmie piłkarskie spotkania i omawiali ważne tak polityczne, jak personalne sprawy. Dodajmy, że nie jest w tych opowieściach zbyt wylewny. Inni milczą albo machają ręką. - Jaki dwór, my jesteśmy jak zaciśnięta pięść - śmieje się jeden z bliskich współpracowników Donalda Tuska.

Najbardziej rozmowny jest Janusz Palikot, który na spotkaniach u premiera bywał, owszem, ale w pewnym momencie sam wypadł z gry. To, co zobaczył i usłyszał, opisał w swoich dwóch książkach, dokładanie rozdając role każdemu z zawodników starej drużyny Tuska. "To nie dwór, to elita, do której bardzo trudno się dostać, oni są niedostępni, przez co buduje się ich autorytet. Gdy zacząłem tam bywać, trudno mi się było dostosować. Takie siedzenie, picie, gadanie, patrzenie na mecz, gubienie wątków, nie możesz się na niczym skupić… Potem zrozumiałem, że oni przez lata wypracowali ten rytuał, pewną metodę komunikacji, która jest absolutnie ciekawa poznawczo" - mówił Palikot w wywiadzie rzece udzielonym Cezaremu Michalskiemu.

Na lampce czerwonego wina spotykali się premier, Paweł Graś, Tomasz Arabski, czasami na spotykania wpadał Igor Ostachowicz, był na nich oczywiście Mirosław Drzewiecki, no i przez długi czas numer dwa w Platformie, czyli Grzegorz Schetyna. Na początku blisko premiera trzymał się także Rafał Grupiński, intelektualista i poeta - to on, jak mówią w otoczeniu Tuska, miał duży udział w tworzeniu pierwszego exposé premiera.

Trzon grupy stanowił jednak Schetyna. Tak w swojej książce opisuje go Palikot: "Szybko się zorientowałem, że jest człowiekiem bardzo zapobiegliwym, sprawnym, zawsze krzątającym się wokół spraw do załatwienia. I bardzo odpornym psychicznie. Jest wyjątkowo stabilny emocjonalnie: do wszystkiego podchodzi z góry, z dystansem. Jest nie do zabicia. Nikt i chyba nic nie jest go w stanie dotknąć, obrazić. Wszystko traktuje jako element gry politycznej".
Schetyna zawsze stał obok Tuska, byli nierozłączni. - Kiedy się chciało coś załatwić, szło się do Grześka, bo Donald Tusk albo nie miał czasu, albo nie miał głowy - opowiadał mi swego czasu Paweł Piskorski, szef Stronnictwa Demokratycznego, kiedyś polityk Platformy. To Schetyna jeździł w teren, rozmawiał z ludźmi, wyznaczał priorytety, a jeśli taka była wola premiera, pozbawiał ich stanowisk. Grał tego złego policjanta, zawsze w cieniu dobrego, jakim cały czas pozostawał szef rządu.

Schetyna, pięć lat młodszy od Tuska, działał we wrocławskim Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, potem został jego szefem. I, jak opowiadają jego dawni koledzy, wykazał się zmysłem organizacyjnym: zapobiegliwy, ostrożny, surowy dla współpracowników, ale też dla siebie. Na początku lat 90. razem z tymi, którymi dowodził, zapisał się do Kongresu Liberalno-Demokratycznego.

Kiedy w 2000 r. Tusk przegrał walkę o szefostwo w Unii Wolności i stworzył Platformę Obywatelską, właśnie Schetynę zrobił sekretarzem generalnym partii i szefem struktur dolnośląskich. Jeden z polityków Platformy mówi, że Schetyna w pewnym okresie niemal uzależnił od siebie Tuska, ale też robił za niego całą czarną robotę. To on tak naprawdę organizował życie Platformy, a przy okazji skupiał wokół siebie ludzi. Problem zaczął się wtedy, kiedy Schetyna przestał ukrywać własne, polityczne ambicje. Afera hazardowa była dobrym pretekstem, aby pokazać mu miejsce w szeregu, nowa kadencja - by pozbawić go funkcji marszałka Sejmu. Dzisiaj, jako szef Komisji Spraw Zagranicznych, Schetyna urzęduje w najmniej uczęszczanej części Sejmu. - Przychodzi do niego grupa zaufanych i spiskują. Czekają na potknięcie Tuska - mówi nam jeden z polityków PO. Do Schetyny zagląda ponoć często Rafał Grupiński, ten sam, który wcześniej pracował dla Tuska w KPRM.

Drugim, którego odstrzeliła afera hazardowa, był Mirosław Drzewiecki, wtedy minister sportu. Podobno bardzo całą sprawę przeżył, a konkretnie fakt, że premier odstawił go na boczny tor. Nie rozumiał, co się stało, czuł się niewinny. "To był naprawdę najfajniejszy, tak po ludzku, człowiek z otoczenia Tuska. Nie był zdolny do krzywdzenia ludzi. Nie miał w sobie nic z buty, brutalności. Taki brat łata" - mówi o nim Janusz Palikot w książce "Kulisy Platformy". Dusza towarzystwa. Sympatyczny, uśmiechnięty, szybko zyskiwał sympatię innych.

To on podczas kolacji czy lunchów pierwszy sięgał po rachunek i płacił zarówno za panie, jak za panów. Jako jeden z najbogatszych posłów, miłośnik cygar, markowych garniturów i właściciel apartamentu na Florydzie zawsze wiedział, jak się zachować. Ale też dbał, żeby podczas spotkań niczego nie brakowało. Był przy Tusku prawie dwadzieścia lat. Jako skarbnik czuwał nad finansami partii i wiedział o nich wszystko. To przez jego ręce przechodziły tysiące faktur w czasie kampanii wyborczych, to dlatego, jak mówią niektórzy, tak długo był nietykalny. "Oni się kiedyś wszyscy umówili, że grają razem i rozdzielili role. Tusk miał być liderem, a Mirek człowiekiem od finansów" - opowiadał Palikot Annie Wojciechowskiej.

Drzewiecki do polityki przyszedł z biznesu i nad piłkę nożną, ulubioną dyscyplinę dworu Donalda Tuska, przedkłada golf, sport bardziej snobistyczny i elegancki. Stąd także jego znajomość z Ryszardem Sobisiakiem, biznesmenem, który odegrał znaczącą rolę w aferze hazardowej. Drzewiecki , który dwa razy znalazł się na liście najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost", urodził się w tej samej wsi co Waldemar Pawlak: Modelu w gminie Pacyna w powiecie gostynińskim. Od małego miał żyłkę do biznesu i uchodził za dzieciaka, który doskonale liczy pieniądze. Miał firmę krawiecką, knajpę, przez krótki czas był właścicielem jednej z lokalnych gazet.
Swoją polityczną karierę zaczynał w Kongresie Liberalno-Demokratycznym. W wyborach do Sejmu pierwszej kadencji Kongres potrzebował na swoje listy dynamicznych przedsiębiorców. Drzewiecki pasował jak ulał. Był bardzo aktywny, organizował mecze oldbojów, grywał w piłkę z Janem Krzysztofem Bieleckim, przewodniczącym KLD, więc zaproponowano mu kandydowanie z okręgu łódzkiego. Po Kongresie Liberalno-Demokratycznym przyszedł czas na Unię Wolności, a potem na Platformę Obywatelską. 13 stycznia 2006 r. Drzewiecki został rzecznikiem w gabinecie cieni PO odpowiedzialnym za sport.

Pełni też funkcję skarbnika partii. A od 16 listopada 2007 r. - ministra sportu i turystyki w rządzie Donalda Tuska. Choć prokuratura uznała, że nie lobbował w sprawie ustawy hazardowej, biznesowe znajomości w polityce mu zaszkodziły. Dzisiaj twierdzi, że nie ma pretensji do Tuska o to, że ten go zdymisjonował.

Rykoszetem dostał Sławomir Nowak. To podobno Schetyna postawił warunek, że odejdzie z MSWiA, jeśli Nowak straci stanowisko szefa gabinetu politycznego premiera. Nowak może mieć do Tuska żal, ale pozostanie mu wierny. Jest mało popularny w klubie i partii, uważany za przemądrzałego, chociaż trudno odmówić mu ambicji i pracowitości. Zaczynał, jak większość ludzi w otoczeniu premiera, w Kongresie Liberalno-Demokratycznym. Po połączeniu z Unią Demokratyczną trafił do UW. Przez dwie kadencje był szefem młodzieżówki UW - stowarzyszenia Młodzi Demokraci, którą wyprowadził z tej partii w 2001 r., podpisując jednocześnie umowę stowarzyszeniową z Platformą Obywatelską. I to wtedy, zdaniem polityków Platformy, Nowak zdobył zaufanie Donalda Tuska, bo ten wiedział, że ma za sobą młodych. Ambitny, uczył się angielskiego, chodził w dobrze skrojonych garniturach i potrafił przemawiać, a do tego rzeczowy i punktualny. Systematycznie, chociaż nie bez potknięć, piął się po szczeblach partyjnej kariery. Największym zaskoczeniem było jednak przejście Nowaka do Kancelarii Prezydenta, na stanowisko ministra odpowiedzialnego za kontakty z rządem i parlamentem oraz za sprawy bezpieczeństwa.

Sam Nowak nie krył bowiem, że do Pałacu Prezydenckiego się nie wybiera, za to w tym samym czasie pojawiły się spekulacje, jakoby właśnie on miał duże szanse na stanowisko sekretarza generalnego Platformy. Kiedy jednak wrócił ze swojego urlopu po kampanii prezydenckiej i nie został ponownie wiceszefem klubu parlamentarnego Platformy, przyjął, po wcześniejszej konsultacji z premierem, propozycję Bronisława Komorowskiego. A potem w drugim rządzie Tuska dostał tekę ministra infrastruktury, znów jest blisko przy premierze, a media zauważyły nawet, że ubiera się podobnie do Tuska, w każdym razie wybiera podobny model kurtek. Prywatnie mąż i ojciec dwójki dzieci. Dorobił się przydomka "Bono", bo jak chyba wszyscy politycy Platformy jest fanem U2.

"Chyba najmniej zabawowy z całego dworu. Bardzo się zawsze pilnował, nigdy nie upijał. (…) To był jedyny człowiek z całej tej grupy, który niezależnie od wszystkiego od rana do wieczora musiał być czujny, w pogotowiu wykonywać określone czynności" - pisze o nim Janusz Palikot.

Ze starej ekipy na polu bitwy pozostał Paweł Graś, dzisiaj jeden z najwierniejszych i najbardziej zaufanych ludzi Tuska. - Wkradł się zgrabnie w łaski Tuska, zapełniając puste miejsce po Schetynie. Robi, co Tusk każe, jest posłuszny, wierny, oddany - opowiadał mi kiedyś Paweł Piskorski. Graś, jak pisze w "Kulisach Platformy" Palikot, to lojalny wobec Tuska współpracownik, a przy tym doświadczony polityk i inteligentny człowiek, więc zręcznie lawiruje, żeby przez tę lojalność wobec szefa nie zbudować muru w relacjach ze Schetyną. Ale od lat pozostaje w gronie najbliższych współpracowników premiera. Donald Tusk może liczyć na Tomasza Arabskiego, który nie tylko ponownie kieruje kancelarią premiera, ale został też przewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów, zastępując na tym stanowisku Michała Boniego. Współpracownicy mówią o nim: Nadwrażliwiec. Pracowity i ambitny, oddany Tuskowi, dobry kompan. Nowa drużyna premiera to wciąż Jan Krzysztof Bielecki, z którego opinią Tusk bardzo się ponoć liczy. Jest też Igor Ostachowicz nazywany szarą eminencją rządu. Zawsze trzyma się z boku, ma jeden cel: dbać o spokój premiera i jego wizerunek. Palikot mówi o nim, że jest najbardziej inteligentnym człowiekiem na dworze premiera, a przy tym bardzo sprawnym. Brał udział we wszystkich naradach, które prowadzili, ale wpadał na godzinę, dwie, obgadywał z premierem, co miał do obgadania, i wychodził. Nigdy nie pił z nimi wina ani nie plotkował.
Oprócz najbardziej zaufanych jest jeszcze kilku ministrów, których Tusk może być pewny. Choćby taki Jan Rostowski, szef resortu finansów. W tej chwili to chyba najsilniejszy członek rządu, jeśli mierzyć tę siłę możliwościami wpływania na bieżące rządzenie krajem. To on jest współautorem lub konsultantem większej części najważniejszych zapowiedzi z pierwszego exposé premiera. To także on w dużej mierze odpowiada za ich wdrażanie. Jako minister finansów pokazał pazur, niekonwencjonalnie broniąc kursu złotówki w kilku kluczowych momentach (ostatnio tuż przed końcem roku) i sprawnie sprzedając polskie obligacje. "(...) Donald bardzo go lubi. Jacek to jeden z jego ulubionych ministrów. Zawsze, kiedy chce, ma do niego wstęp.

Bardzo życzliwy człowiek, błyskotliwy i jakby ciągle zajęty myśleniem" - pisze o Rostowskim Palikot.

Drugim ministrem, który nie musi kłaniać się wpół, gdy wchodzi do gabinetu premiera, jest Radosław Sikorski, szef MSZ. Podobnie jak Rostowski kilkakrotnie już wskazywany był przez największe zachodnie dzienniki jako jeden z najlepszych ministrów finansów Unii, tak Radosław Sikorski cieszy się dobrą prasą i rodzajem respektu za granicą.

Trzecim, nadal, choć jego gwiazda zdaje się przygasać, jest Michał Boni. W poprzedniej kadencji szef superzespołu doradców premiera, autor wielkich strategicznych planów, w tym "Polski 2030", i nieformalny główny negocjator w sprawach grożących społecznymi kontrowersjami, w tej dostał od Donalda Tuska tylko niepozorny na pierwszy rzut oka resort administracji i cyfryzacji. Ranga tego, wciąż nie do końca nawet istniejącego, ministerstwa znacząco jednak rośnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że sprawuje ono nadzór nad całą podległą premierowi administracją terytorialną kraju. Czwartą postacią, którą Donald Tusk traktuje w swoim rządzie naprawdę serio, jest minister kultury Bogdan Zdrojewski. Na początku pierwszej kadencji dostał ten resort raczej z klucza politycznego i niejako zamiast MON, do którego się przymierzał. Przez lata pokazał jednak, że i z kulturą radzi sobie nieźle. Dziś jest bardzo ceniony przez tuzów polskiego filmu, teatru i sztuki i przysporzył Platformie sporo zwolenników wśród artystycznych elit.

Włodzimierz Cimoszewicz pytany o najlepszych ministrów w rządzie Donalda Tuska mówi tak: "Nikomu nie dałbym oceny bardzo dobrej. Sporo niezłych inicjatyw prezentuje Sikorski, ale i w jego przypadku były proste błędy, a ponadto mam dość krytyczną ocenę tego, co dzieje się w MSZ, a co unika uwadze opinii publicznej. Niezły jest minister finansów, ale jego apodyktyczność sprawia, że może być sprawcą poważnych konfliktów w państwie, na przykład z władzami lokalnymi. Boni to łebski człowiek, ale w tym swoim ministerstwie zniknął zupełnie".

Donald Tusk wie, że tak naprawdę może liczyć głównie na siebie. Od wieków znana jest prawda, że wódz zostaje sam. Jak mówią politycy Platformy, dzisiaj dwór nie pije już tyle wina co niegdyś, chociaż Tusk nigdy nie pił dużo, premier stał się znacznie bardziej powściągliwy, jeśli dzisiaj chce z kimś pogadać ma obok siebie Grasia. W każdym razie spotkania, na których ustala się polityczne strategie, nie mają już nic wspólnego z wieczorami w "drewutni".

Współpraca Witold Głowacki

Wideo

Komentarze 13

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Krol KiK
Sprawowanie wladzy i kierowanie Panstwem to co innego niz rozegranie meczu pilki kopanej na poziomie podworkowym z kolegami z sasiedztwa. Nalezy miec na uwadze dobro kraju i wyprowanie sobie zyly zeby bylo sprawiedliwie, madrze i po bozemu, zeby Polska rosla w sile a ludziom zylo sie dostatniej. Nasz tchorzliwy phemieh od samego poczatku swej kadencji uznal te regule za niemozliwa. Dobrze moze byc tylko rodzinie; coreczce Kachnie i sprawnemu intelektualnie inaczej synalkowi "Debilowi". Dobrze moze byc tez paru schlebiajacych Ryzemu kolesiow i naczelnemu buchalterowi od kreatywnej ksiegowosci- zreszta osobnikowi wyjatkowo antypatycznemu z morda naburmuszona i z wypisanym na niej katalogiem zboczen. Nie chodzi o to by poprawic sobie "trickiem" poparcie w Sejmie´gdyz tam obowiazuje inna arytmetyka. Donaldzie, nikogo nie przekonales, nie wierzy ci nawet twoj wlasny pies "Szeryf", stosujac wybieg Komuszego Millera twierdzisz, ze narod cie popiera. Nie!- popiera cie twoja wlasna klika i nikt wiecej. Premierami tego kraju byly juz rozne kreatury ale ty jestes najwieksza z nich.
j
janusz
pytanie -kto stoi za ekipą Tuska? Tajne służby i to niekoniecznie polskie.
e
encyklik
ja głosuję na PiS

@szypa

ale obojętnie na kogo oddam głos
czy PO,PiS,SLD,PSL

to Jego Ekscelencje/Eminencje mają realną władzę

ja zawsze z czarnymi,tam są konfitury
s
szypa
Lenimgowy Troll-u masz na pocieszanie- "Gdyby wybory odbyły się dziś, na PiS zagłosowałoby 40 proc., a na PO - 35 proc. wyborców – wynika z najnowszego sondażu przeprowadzonego przez TNS Polska na zlecenie „Wiadomości” TVP1. Badanie wykonano już po „drugim exposé” premiera, wygłoszonym wczoraj w sejmi"
e
encyklik
40 posłów z Platformy Obywatelskiej głodowało za barbarzyńskim projektem o zaostrzeniu ustawy o aborcji

i na tym traci PO wyborców
w
waldi
durny narodzie,dlaczego jesteś taki łatwowierny?czy nie widzisz kim jest kondonek?To chory z nienawiści malarz kominowy,ktory nigdy w życiu nic uczciwego nie zrobił.To szkodnik,obłudnik i wyjątkowo zły człowiek.
p
polo
"Mord założycielski"
"Każdą grupę mafijną spaja „mord założycielski”. Nic bowiem tak dobrze nie łączy jak wspólnie popełniona zbrodnia lub podłość. W wypadku drugiego i trzeciego pokolenia desantu wschodniego jest to wspólna przeszłość grupowa zdrajców Polski i bezpieczniackiej agentury. To ona każe im trzymać się razem i uaktywnia szósty zmysł natychmiastowego rozpoznawania „nie swoich”, co pozwala na ich szybką eliminację. Co znów jest racjonalne, ponieważ osoby niezwiązane „mordem założycielskim” stanowią zagrożenie dla grupy i jej interesów. I najważniejsze – takim ludziom nie można powierzyć żadnej poważniejszej sprawy, nawet gdyby byli zdeprawowani, gdyż nie dają rękojmi lojalności grupowej".
Prof. Andrzej Zybertowicz
m
matt
Nikt się w żaden sposób nie wychyli... Tusk robi wrażenie zdemotywowanego. Może to kwestia znużenia, może zniechęcenie wywołane kłopotami osobistymi - mówi Włodzimierz Cimoszewicz, senator, w rozmowie z Dorotą Kowalską. (...)
www.polskatimes.pl/artykul/675695,cimoszewicz-platforma-to-partia-jednego-czlowieka-mam,id,t.html
p
precz z PO&PiS
..smutne
b
byk
Zwisa mi on jak kilo kitu .Mam jego i wiekszosc tych imbecyli i psycholi z PO w d...Niech sp.. na smietnik historii
j
ja ja
Ten to idzie na całego w POchwałach dla mocodawcy.
.
.
G
Gość
Pan premier jest znany z opowiadania bajek. Teraz (- nie na jutro, w grudniu, po południu) czekamy na realizację zapowiedzi. Inaczej NOS pana premiera znowu się bardzo WYDŁUUUUUUUŻY!
Dodaj ogłoszenie