Dariusz Szpakowski: Jestem wrażeniowcem

    Dariusz Szpakowski: Jestem wrażeniowcem

    Zdjęcie autora materiału

    Dariusz Szpakowski, ur. w 1951 r., absolwent AWF Warszawa, były zawodnik koszykarskiej drużyny Legii Warszawa. Pracę dziennikarza sportowego zaczynał w Polskim Radiu, później stał się najbardziej znanym telewizyjnym komentatorem piłki nożnej. Osiem razy był na pił-karskich mistrzostwach świata i siedem na mistrzostwach Europy


    Pierwszy raz pojechał Pan na Euro jako kibic…
    Tak. Ale ja zawsze jestem kibicem.

    Nawet kiedy Pan komentuje?
    Jasne. Komentatorowi wolno okazać sympatię reprezentacji swojego kraju, chociaż oczywiście daleki jestem od szowinizmu. A poczucie tożsamości narodowej w piłce nożnej jest wspierane przez UEFA, ponieważ na co dzień kibice utożsamiają się ze swoimi klubami, rzadziej mają okazję kibicować reprezentacji.
    A często w klubie brakuje pierwiastka narodowego, bo grają głównie cudzoziemcy. Dlatego UEFA w trosce o poziom rozgrywek przed finałami wydłużyło czas, w którym zawodnicy mogą odpocząć i przygotować się, by potem pokazać się kibicom z jak najlepszej strony.

    Stronniczy komentator jest lubiany?

    Nie, daleki jestem od stronniczości.

    Ale jest Pan zaangażowany po naszej stronie?
    Zaangażowanie to coś zupełnie innego niż stronniczość. Kiedy sędzia pokazuje naszemu graczowi żółtą kartkę, nie będę mówił, że to niesprawiedliwe, jeśli jest sprawiedliwe. Chodzi o zaangażowanie emocjonalne. Inaczej komentuje się mecze polskiej reprezentacji, a inaczej spotkanie Holandii z Włochami czy finał Ligi Mistrzów. Tu też są emocje, ale inne.

    No to jak Pan się czuje, kiedy po tylu latach nie ma Pana na wielkiej imprezie piłkarskiej?
    Zamieniłem stanowisko komentatora na trybuny tylko na chwilę, ale jest mi żal, że tak się stało. Pierwszy raz od 28 lat coś takiego mi się przytrafiło.

    A może jednocześnie ma Pan poczucie wolności, że wreszcie bez obciążeń może Pan skupić się na kibicowaniu?
    Nie, odczuwam żal, że nie jestem z biało-czerwonymi. Do tej pory byłem częścią tej historii, którą oni tworzą. Teraz mam poczucie, że została przerwana długa seria. Na dodatek relacjonowałem wszystkie mecze eliminacyjne Polaków teraz, kiedy pierwszy raz zakwalifikowaliśmy się do finałów mistrzostw Europy, a tu deser sprzątnęli mi sprzed nosa.

    Przygląda się Pan konkurencji z Polsatu?
    Naturalnie - tak jak moim młodszym kolegom z TVP. Jesteśmy z Włodkiem Szaranowiczem kontraktowo zobligowani do tego, żeby pozostawić kogoś po sobie, chociaż nie wybieramy się jeszcze na emeryturę. Nas uczono i teraz my uczymy innych. Jeśli ktoś jest otwarty na uwagi, to mu je przekazuję. W swoich początkach w Polskim Radiu miałem do czynienia ze wspaniałymi postaciami - Bohdanem Tomaszewskim i Bogdanem Tuszyńskim - które poświęciły mi mnóstwo uwagi.

    W Pana przypadku podstawą rzemiosła było radio?
    Zdecydowanie tak. Nie ma lepszej drogi. Polskie Radio - nawet w dawnych czasach, kiedy było jedno - miało bardzo wysoki poziom i dawało ogromną nobilitację zawodową. Starsi pracownicy dbali o to. Pamiętam, kiedy zaczynaliśmy z Włodkiem czytać kroniki sportowe, to doświadczeni spikerzy radiowi - ten zawód jest w zasadzie na wymarciu - zawsze zwracali uwagę na czystość języka… Teraz nie ma nawet wymogu zdobywania karty mikrofonowej i ekranowej. A myśmy mieli też zajęcia z Gustawem Holoubkiem, który nas uczył wymowy. Był erudytą, ale też… wspaniałym kibicem. Rozmawialiśmy więc o sporcie i to nam bardzo dużo dawało, bo praca komentatora polega na skojarzeniach.

    Gdyby Panowie tak całkiem stosowali się do tych wszystkich uwag, to nie byłoby tak lubianych przez widzów i słuchaczy lapsusów językowych. Sporo się ich Panu przypisuje.
    Tak, wiem, ale coś panu powiem. Na mój temat w internecie aż roi się od błędów i wkłada mi się w usta słowa, których nigdy nie powiedziałem. Jest tam zdanie, niby pochodzące ode mnie: "Szewińska jest nieświeża w kroku". Przecież ja nigdy tego nie powiedziałem, ba, nigdy nie byłem sprawozdawcą z zawodów lekkoatletycznych! Ale OK, lapsusy to część naszej pracy, cieszę się, że jestem częścią popkultury.

    Pracuje Pan na żywo, na wielkich emocjach, które Pan jeszcze podsyca. Jak kontroluje Pan przebieg widowiska?
    Skupiam się na tym, co się dzieje na murawie, a monitor jedynie omiatam wzrokiem. Jestem wrażeniowcem, nie piszę sobie wstępu, choć jestem przygotowany koncepcyjnie i wiem, co chcę powiedzieć. Uczę młodych ludzi, że na pisanie nie ma czasu, że trzeba ćwiczyć umiejętność mówienia bez pisanego tekstu. Niektórzy nadużywają telepromptera, a ten jest tylko wtedy potrzebny, kiedy trzeba przekazać dużo danych, informacji, wyników. Komentator telewizyjny musi mieć łatwość formułowania myśli od razu, łatwość mówienia. Kiedy mnie proszą o korespondencję po meczu, robię ją z marszu. Bo gdy opadną emocje, adrenalina zejdzie, robię się zmęczony po 90 czy 120 minutach koncentracji.

    Ma Pan tremę?
    Im człowiek jest starszy, tym tremę ma większą, bo większe są oczekiwania. Pytał pan o konkurencję. Wyrastałem w sporcie i uważam, że nie ma niczego lepszego niż konkurencja, bo tylko ona mobilizuje. Ciągle się rozwijam, chociaż mam w swoim życiorysie dwa lata bez pracy w TVP, kiedy usunięto mnie z wizji, ale wtedy właśnie okazało się, że widzowie chcą mojego powrotu. Jesteśmy też wciąż poddawani ocenom - na futbolu znają się przecież wszyscy, jak na medycynie - i trudno jest być komentatorem numer 1, ale dziś łatwiej to zmierzyć, dzięki badaniom opinii publicznej robionym regularnie w TVP. W ankietach respondenci są nawet pytani o to, czy chcieliby, żeby Szpakowski był ich szefem? Rodziną? Sąsiadem?

    Jak Pan wypada?
    Jesteśmy z Włodkiem od wielu lat na pierwszych miejscach. Pewnie też i dlatego, że jesteśmy bardzo długo w tym zawodzie i że kiedyś była jedna telewizja. Młodym ludziom, którzy wchodzą do zawodu, będzie bardzo trudno osiągnąć to, co myśmy osiągnęli. Ma na to wpływ ogromna liczba stacji, telewizji, kanałów sportowych.

    Życie kręci się coraz szybciej…
    Wszystkim brak czasu, a w każdym razie ja mam tego czasu coraz mniej, chociaż robię bardzo dużo, żeby uciec od zgiełku.

    Dokąd Pan ucieka?
    Czytam książki i rzadko oglądam telewizję.

    Pana żona jest kibicem?
    Umiarkowanym. Jako aktorka jest bardziej recenzentem mojej pracy, zwraca mi uwagę na błędy w wymowie i inne szczegóły.

    Spotkał się Pan kiedyś z kobietą komentatorem piłkarskim?
    A wie pan, że nie. Kobiety są świetnymi reporterkami i dziennikarkami, ale nigdy nie widziałem ani nie słyszałem kobiety relacjonującej piłkę nożną. Może to jeden z ostatnich bastionów męskiego świata, bo trudno mi sobie wyobrazić kobiecy głos komentujący męski futbol. Może inaczej jest, gdy grają w piłkę kobiety, ale tego, szczerze mówiąc, nie wiem.

    Rzadko ogląda Pan telewizję, bo ma Pan jej dość?
    To jest tak jak w NBA. Kiedy zawodnicy kończą sezon, mają zakaz dotykania piłki do kosza. Mogą grać w golfa, żeglować czy uprawiać inny sport, ale odbiera się im przedmiot, z którym mają do czynienia przez większość czasu. Bo muszą poczuć głód. Ze mną jest podobnie, sam staram się utrzymać odpowiednią higienę psychiczną - to, co mi jest potrzebne zawodowo, czyli mecze piłkarskie, oczywiście oglądam.

    Jak Pan jeszcze ucieka od stresu?
    Bardzo lubiłem jeździć na działkę rodziców nad Narew, ale mama sprzedała ją po śmierci taty. Łowię też ryby, a właściwie - jeżdżę na ryby, bo łowi się ich coraz mniej. Jednak najprzyjemniejsza w tym jest sama wyprawa z przyjaciółmi: rozkładanie sprzętu, przebywanie nad wodą, czekanie na brania. Największy swój okaz złowiłem 20 lat temu, właśnie na Narwi. Spinningowałem i nic nie brało, a kiedy już byłem kompletnie zrezygnowany, w pełnym nurcie zaatakował wielki szczupak. Myślałem najpierw, że to zaczep, ale zaczep zaczął wysnuwać żyłkę. I tak - ja go podciągałem, a on znowu uciekał. Po godzinie wreszcie go zmęczyłem i szwagier go podebrał. Ważył 11,5 kg.

    Nieźle!
    Kibicowali mi wędkarze po obu stronach rzeki, więc miałem doskonały doping i świetny sprzęt, bo inaczej bym go nie pokonał.

    Wróćmy do pracy. Bardzo się zmieniło komentowanie na przestrzeni lat?
    Ogromnie. Zmieniły się możliwości techniczne. Obraz został tak doposażony, że widać znacznie więcej, a komentator ma do dyspozycji więcej informacji i uzyskuje je błyskawicznie dzięki komputerom. Dlatego nie jest już sztuką zbieranie danych o zawodnikach, drużynach, bo te mają wszyscy. Próbuję zawsze dowiedzieć się czegoś wyjątkowego i tu głównym źródłem informacji jest kraj, z którego pochodzą drużyny, jego prasa sportowa i moi w nim przyjaciele i znajomi. Stąd biorę ciekawostki i różne smaczki.

    Ma Pan swój ulubiony stadion?
    Bywałem na takich, które już nie istnieją - choćby stare Wembley, ale rzeczywiście - przyjemnie wraca się do miejsc, gdzie zna się stanowiska komentatorskie… Kiedy przyjeżdżam na Camp Nou, to mam wrażenie, że przewija mi się film z historii. Na tym stadionie komentowałem dla Polskiego Radia fantastyczne mecze Polaków w 1982 roku. Tu grała Legia z Barcą, robiłem sprawozdanie z finału olimpijskiego, który przegraliśmy z Hiszpanami po świetnym meczu. Na tym stadionie byłem na wielu meczach Ligi Mistrzów. A kiedy schodzę na dół, mijam kaplicę, w której modlił się papież, przechodzę obok szatni, gdzie łapałem dla radia Antka Piechniczka… Znakomity kontakt z ekipą miałem właśnie w 1982 r., kiedy w Polsce był stan wojenny i zawodnicy byli odcięci od telefonów do bliskich. Przychodzili wówczas do naszych techników i ci ich łączyli z domami. Mnóstwo wspomnień i one też grają. Może na emeryturze napiszę książkę?

    Na to jest pewnie jeszcze czas. Jest Pan w ekipie na Pekin?

    Tak, ale tam będzie niewiele piłki. Nie ma Polaków i transmisje rozpoczną się dopiero od półfinałów. Będę komentował kajaki i wiosła.

    Parę szans medalowych mamy…

    Akurat nasza wspaniała czwórka wioślarzy, trzykrotnych mistrzów świata, przegrała pierwszy raz od trzech lat! Myślę, że olimpiada w Pekinie zburzy wiele teoretycznych nadziei medalowych. Będą to igrzyska, na których często będzie grany hymn Chin. Chińczycy zrobią wszystko, żeby udowodnić światu, jacy są wspaniali. Nie ulega wątpliwości, że będą wielokrotnie stawali na podium. Chociaż cały świat się zbroi i trwa zabawa w policjantów i złodziei, to jednak śmiem wątpić w absolutną skuteczność kontroli dopingowych, choćby po tym, kiedy widziałem Chinkę podchodzącą do sztangi z igłami od akupunktury w uszach. To też jest pobudzenie, chociaż niby legalne. Takich wynalazków niekonwencjonalnych będzie tam więcej. Będzie co komentować.

    Rozmawiał: Andrzej Dworak

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo