Czym Zbigniew Cybulski nigdy nie chwalił się swoim fanom

Redakcja
Aktor lubił pojazdy mechaniczne, najbardziej motocykle. Był w tym podobny do przyjaciela Bogumiła Kobieli
Aktor lubił pojazdy mechaniczne, najbardziej motocykle. Był w tym podobny do przyjaciela Bogumiła Kobieli FOT. WYDAWNICTWO MG
Z nutą refleksji czyta się książkę Marioli Pryzwan zatytułowaną "Cybulski o sobie". Autorka, zadawszy sobie trud przewertowania osobistych świadectw aktora, portretuje go niejednokrotnie w tonacji dalekiej od podziwu

Miałem dwanaście lat, gdy zostałem sam. Rodziców aresztowano. Okupację przeżyłem w Warszawie. Jak było? Żyłem tak jak setki bezdomnych, osieroconych wówczas dzieci. Na Żoliborzu założyliśmy "teatr na strychu". Lokalizacja tego teatru odpowiadała jego nazwie.

Dawaliśmy przedstawienia i organizowaliśmy zawody sportowe. Dochód szedł na Polski Czerwony Krzyż. Po wojnie wyjechałem na Ziemie Odzyskane, gdzie w Dzierżoniowie ukończyłem gimnazjum dla dorosłych. Później wyjechałem do Krakowa. Akademia Handlowa i Wydział Dziennikarski Wyższej Szkoły Nauk Społecznych, które studiowałem równocześnie, to następny etap mojego życia, który nazywa się szkołą.
("Żołnierz Wolności", 1965)

Nie mogłem sobie dać rady ani z księgowością, ani z arytmetyką handlową, ale nie to było powodem zmiany kierunku studiów. Zaważyło co innego. W czasie studiów na Akademii Handlowej jeździłem z tzw. Zespołem Żywego Słowa "Czytelnika" do odległych od ośrodków kulturalnych polskich wsi. To był rok 1947. Tam pierwszy raz zetknąłem się z publicznością, która w wielu przypadkach w ogóle nie widziała kina ani teatru. Potem byliśmy zapraszani do nich do domu, recytowaliśmy jeszcze raz. Prośba, żeby im przesłać te czy inne utwory, spowodowała, że zwróciłem uwagę na ten zawód, na możliwość przemawiania nie swoimi słowami, zwłaszcza jeżeli to jest tak potrzebne, że wytwarza absolutny głód kultury.

To właściwie zdecydowało, że przestawiłem się psychicznie. Wówczas postanowiłem zostać aktorem. Wielki w tym udział opiekunki naszego zespołu, pani Rokoszowej. Ona to namówiła mnie do zdawania egzaminów w Państwowej Wyższej Szkole Aktorskiej. Muszę powiedzieć, że w życiu wykonywałem wiele zawodów, m.in. byłem sprzedawcą kamieni do zapalniczek, handlowałem drzewkami z leśnej szkółki…
Razem ze mną do PWSA zgłosiło się stu pięćdziesięciu kandydatów. Na egzaminie recytowałem wiersz Norwida "Fortepian Szopena". Zaciąłem się, i już wtedy, na egzaminie, miałem pewność, że nie znajdę się wśród dwudziestu trzech wybrańców losu, którzy zostaną przyjęci do szkoły.

Po kilku dniach spotyka mnie na ulicy Kobiela: - Dlaczego kolega nie przychodzi na wykłady? - pyta. Poszedłem więc do PWSA i zostałem. Jednocześnie kończyłem studia w Akademii Handlowej. Po roku byłem już asystentem w Katedrze Dramatu Współczesnego. Wiele pracowałem społecznie w Zrzeszeniu Studentów Polskich. Pełniłem funkcję kierownika Wydziału Warunków Socjalnych. Byłem zastępcą przewodniczącego Komitetu Uczelnianego, co mi dało prywatne podejście do ludzi, bo tego wymagał ten wydział.

Jakie sprawy załatwiałem? Różne, począwszy od załatwiania stołówek, wczasów, sanatoriów dla chorych, poprzez udzielanie pomocy w nauce, interesowanie się rodzinami tych, którzy nie mogli się nimi w dostateczny sposób zainteresować, aż do walki o mieszkania w domach akademickich. Bardzo często młodzież artystyczną władza traktowała trochę z przymrużeniem oka. To nadbudowa, nie baza - mówiono. Wielokrotnie musiałem występować dosyć kategorycznie, żeby spowodować zmianę takiego stosunku. W mentalności ludzi istniało przeświadczenie, że aktorstwo to zawód raczej niepoważny.
(Z audycji radiowej, 1965)

Czytaj też: Jak to z wielką kasą było. "80 milionów" wg Krzystka i Kaczorowskiej [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Kiedy studiowaliśmy w szkole, a większość studentów pochodziła ze środowisk nieobznajomionych z kulturą teatralną, nie liczyliśmy na książki, na programy, na niedopracowane wtedy metody. Liczyliśmy na to, co było w nas samych. I to dało rezultaty. Jestem zachwycony i jest mi bardzo miło, gdy widzę na ekranie, jak sześciu panów w cylindrach wychodzi z morza, a morze szumi, a potem wynurza się jeszcze faun i gra na fujarce - i w ten sposób robi się poezję, ale doprawdy nie o to chodzi. Dopiero gdy zobaczę człowieka, który na przykład czeka lub jest głodny, lub coś go boli, i to zostanie pokazane ze znawstwem spraw ludzkich i jakimś stosunkiem do nich - wtedy mogę, choć to obrazek prosty i prozaiczny, powiedzieć, że nie jest to zimna kalkulacja festiwalowa, że zrobił to ktoś, kto został psychicznie rozbudzony, ktoś, kto ma coś do powiedzenia.

Zresztą, jeśli polubi fauny, to niech się nimi potem zajmuje. Nie chcę uczestniczyć w tym, co nazywamy zjawiskami sztuki, tylko jako aktor. Chcę być możliwie pełnym uczestnikiem tego zjawiska. Stąd moje zainteresowanie sprawami pedagogicznymi, stąd koła naukowe, Bim-Bom… Aktorstwo to piękny zawód, ale nie chciałbym się do niego ograniczać.
("Film", 1964)

Wybrzeże zajmuje w moim życiorysie ważne miejsce. Tam zdobywałem swoje aktorskie ostrogi, tam próbowałem się buntować przeciwko utartemu teatralnemu tradycjonalizmowi, tam wreszcie wygrałem walkę.

Zaczęło się raczej prozaicznie. Cała nasza męska grupa otrzymała do dyspozycji werandę, do której wstawiliśmy piętrowe wojskowe łóżka. To jednak nie było dla nas ważne. Najistotniejszą sprawą była walka o wyraźne oblicze ideowo-artystyczne teatru, o teatr w rodzaju Dejmka. To były jednak tylko marzenia. Spotkaliśmy się bowiem z teatrem starym, o tradycjach mieszczańskich. W efekcie po roku Lidia Zamkow odeszła do Warszawy, a część naszej grupy do Nowej Huty, gdzie przygarnął ich teatr Skuszanki.

Kobiela i ja postanowiliśmy zostać, walczyć. Trudno jednak walczyć, gdy człowiek jest bez pracy. Poszliśmy do Rady Okręgowej ZSP z prośbą, by dali nam jakąś młodzieżową świetlicę, bo jesteśmy zawodowymi aktorami i chcemy eksperymentować. Dali aż dwie, a na dodatek po 400 złotych pensji, żebyśmy mogli przeżyć. Kobiela objął świetlicę przy Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie, a ja przy Politechnice w Gdańsku.

Wzięliśmy się solidnie do roboty. W tym czasie, żeby jakoś wyżyć, zatrudniliśmy się w roli konferansjerów. Kobiela pisał teksty, które ja następnie eksponowałem przed widownią. Później przyszedł pamiętny dla mnie dzień premiery kabaretów mojego i Kobieli. Dzieliło te premiery zaledwie kilka dni. Moja zbiegła się z warszawskim STS-em (...).
("Żołnierz Wolności", 1965)

Mariola Pryzwan, "Cybulski o sobie", wyd. mg, premiera styczeń 2012

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie