reklama

Czy dusza istnieje? Czym jest i czy naprawdę waży 21 gramów? Krótka historia tego, co w człowieku nieuchwytne

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Zaktualizowano 
Poszukiwania duszy substancjalnej, czyli istniejącej fizycznie, trwały jeszcze w XX wieku
Poszukiwania duszy substancjalnej, czyli istniejącej fizycznie, trwały jeszcze w XX wieku fot. pixabay.com
Łóżko sprzężone z wagą przemysłową miało niezbicie dowieść istnienia duszy. „Hełm Boga” z kasku motocyklowego - jej nieistnienia. Tymczasem dalej jesteśmy w kropce.

Jest 10 kwietnia 1901 roku. W pogrążonej w wieczornym półmroku jednej z sal szpitala w Haverhill w amerykańskim stanie Massachussets nad wstrząsanym agonią suchotnikiem pochyla się doktor Duncan MacDougall.

Niespecjalnie jednak interesują go przedśmiertne męki gruźlika - jemu już nie da się pomóc, zresztą lekarz widział już to wielokrotnie, a wszelkie możliwe przebiegi agonii zostały gruntownie opisane w literaturze medycznej. Doktor MacDougall tyleż lekarz, co członek Amerykańskiego Stowarzyszenia Badań nad Zjawiskami Nadprzyrodzonymi, wpatruje się natomiast uparcie w podziałkę wagi.

Tak, właśnie, suchotnik umiera na dziwnym meblu, wyglądającym trochę jak narzędzie tortur, a trochę jak rekwizyt z niemego filmu o szalonym naukowcu - co zresztą jest skojarzeniem całkiem stosownym, mimo że do premiery pierwszego filmu fabularnego w historii kina w momencie eksperymentu MacDougalla brakuje jeszcze prawie roku.

To dziwne łoże śmierci jest wymyślnym połączeniem szpitalnego łóżka i wagi platformo-wej. A MacDougal, któremu towarzyszy jeszcze jeden lekarz - dr John Sproull - dokładnie co godzinę zapisuje kolejne odczyty z wagowej podziałki. Suchotnik, o którym wiemy tylko tyle, że „był typowym Amerykaninem”, miał uprzednio w odpowiednim momencie wyrazić zgodę na udział w tym osobliwym badaniu.

Na łóżkowagę MacDougalla trafił około 17.30 - w stanie jednoznacznie wskazującym na bezpośrednią bliskość śmierci na skutek całkowicie nieuleczalnej w tamtym czasie gruźlicy. Od tego momentu MacDougallowi udało się zaobserwować w trzech cogodzinnych odstępach regularny, aczkolwiek bardzo niewielki, spadek masy ciała pacjenta - rzędu kilkunastu gramów.

Ale to wcale tak bardzo nie interesowało lekarza. On czekał - całkowicie dosłownie - na ostatnie tchnienie swego pacjenta.

Około 21.00 było już jasne, że czekanie nie będzie długie. Kilka minut później nastąpił zgon. Krańcowo podekscytowany MacDougall natychmiast zapisał odczyt wagi. Według jej wskazań dokładnie w momencie śmierci gruźlika, jego ciało miało stać się lżejsze o całe 21 gramów.

Duncan MacDougall ważył 6 umierających oraz zabił 15 psów, by dowieść istnienia duszy, niestety nic to nie dało

Nie wiemy, czy Duncan MacDougall wydał w tym momencie radosny okrzyk i czy szpitalne kafelki poniosły echo jakiejś „Eureki”. W swym opublikowanym w 1907 roku w „American Medicine” artykule opisującym przebieg całego eksperymentu, nic o tym nie wspomina. Wiemy natomiast, że był święcie przekonany, iż właśnie dowiódł istnienia duszy.

„Kiedy ustały funkcje życiowe, szala wagi nagle opadła. Było to zupełnie niezwykłe - wyglądało tak, jakby coś nagle uniosło się z ciała” - tak pisał o tym w swym artykule.

Oczywiście MacDougall nie poprzestał na obserwacji jednej tylko agonii - starał się podejść do sprawy w sposób możliwie naukowy. Na jego łóżkowagę trafiło w następnych latach jeszcze pięciu nieszczęśników. Łatwo nie było - cała logistyka przypominała przecież tę towarzyszącą późniejszym o kilka dekad przeszczepom, należało uważnie monitorować stan pacjenta w ostatnich tygodniach jego męczarni, po to, by wychwycić ten właściwy moment - ani za wcześnie, ani za późno. Następnie trzeba było ostrożnie przenieść schodzącego na tamten świat biedaka do sali z całą tą skonstruowaną przez MacDougalla przy użyciu wagi stosowanej w handlu bydłem maszynerią, tam zaś towarzyszyć mu aż do końca tej ostatniej drogi, pieczołowicie zapisując kolejne wskazania z podziałki. Raz wyszło niespecjalnie - umierający trafił na madejowe łoże MacDougalla dopiero na 5 minut przed zgonem, dlatego sam badacz nie był pewien, czy może uwzględnić ten przypadek

Najważniejsze dla MacDou-galla było jednak to, że przynajmniej jeszcze dwa razy udało mu się stwierdzić z pomocą bydlęcej wagi ubytek masy ciała umierającego dokładnie w momencie jego zgonu - niestety nie o 21 gramów tylko raz o 14, a raz o 10. Dla pewności MacDougall uśmiercił jeszcze 15 psów. W ich wypadku żadnego ubytku wagi nie stwierdzono - co dla MacDougalla stało się oczywiście jednoznacznym dowodem na to, iż nasze ulubione czworonogi duszy nie mają, co zresztą pokrywa się z teologią niemal wszystkich religii abrahamowych.

Niestety - spragnionych dreszczyka towarzyszącego spotkaniu z Tajemnicą Istnienia musimy w tym momencie mocno rozczarować. Mimo choćby najszczerszych chęci nie możemy uznać eksperymentu MacDougalla za prawidłowo przeprowadzone badanie naukowe. Jego wyniki były szczątkowe i niejednoznaczne, próba badawcza (pięciu umierających) zdecydowania za mała, ale co najgorsze - najprawdopodobniej sama waga, którą posługiwał się lekarz, była kompletnie do niczego. Choć MacDougall zarzekał się, że została ona prawidłowo wycechowana, to, co wiadomo o jej konstrukcji pozwala twierdzić, że był to sprzęt niezwykle wrażliwy na choćby najmniejsze poruszenie się umierającego. Złośliwcy lubią zaś przypominać, że w momencie śmierci ciało konającego niejednokrotnie opuszczają pewne substancje znacznie bardziej fizyczne, i znacznie lepiej nam znane niż choćby najbardziej substancjalna dusza, co również może powodować niewielki ubytek masy denata. Dodajmy jeszcze, że sam MacDougall uczciwie zaraportował, że w niektórych wypadkach nie miał stuprocentowej pewności, co do precyzyjnego określenia momentu, w którym dokładnie nastąpił zgon obserwowanych pacjentów - i dziś jest to zresztą możliwe tylko w wypadku, gdy pacjent jest podłączony do aparatury monitorującej funkcje życiowe.

Eksperyment MacDougalla nie został więc uznany za przekonujący nawet przez Amerykańskie Stowarzyszenie Badań nad Zjawiskami Nadprzyrodzonymi - a należy podkreślić, że uznało ono za takowe naprawdę wiele mocno wątpliwych przedsięwzięć.

Nie przeszkadzało to jednak historii o „21 gramach” wejść do popkultury. Bywa ona wielokrotnie powtarzana w rozmaitych publikacjach o charakterze ezoterycznym, czasem przytaczają ją gorzej wykształceni lub poszukujący możliwie namacalnego dowodu dla przekonania wątpiących kapłani, ba „21 gramów” to nawet tytuł całkiem interesującego filmu.

Niemniej powinniśmy też zrozumieć, że MacDougall szedł twardą, zdałoby się, drogą rzemieślniczo-rzetelnej niemieckiej nauki, wytyczoną gdzieś w piwnicznych kostnicach i laboratoriach uniwersytetu w Getyndze przez szefa tamtejszej katedry anatomii dr Rudolfa Wagnera. Ten, skądinąd naprawdę uznany badacz, odkrywca oocytów, znany również z pierwszego względnie precyzyjnego opisu jądra komórkowego, miał bowiem jedną fiksację, która najpierw wywoływała u jego uczonych kolegów znaczące uśmiechy i skłaniała ich do wymownych westchnień, by w końcu stać się iskrą zapalną potężnych konfliktów i wodą na młyn naprawdę zjadliwej krytyki. Doktor Rudolf Wagner sformułował mianowicie w 1854 tezę, której następnie uparcie się trzymał, iż w ciele człowieka musi znajdować się „substancja duszy” - identyfikowalna, fizyczna, zdolna do wykrycia a nawet, kto wie, być może wypreparowania. W przeciwieństwie do kwestii oocytów czy jądra komórkowego tym razem jednak Wagner nie przedstawił na poparcie swej tezy żadnych naukowych dowodów. Po prostu mocno czuł, że tak musi być.

Niedługo później wielki Ernst Haeckel z uniwersytetu w Jenie, uczeń Darwina i zarazem duchowy ojciec z czasem cokolwiek złowrogiej niemieckiej myśli eugenicznej szydził z idei Wagnera snując wizję butelki z napisem „Płyn Nieśmiertelny”, do której miałaby zostać po odpowiednim schłodzeniu w momencie śmierci skroplona ludzka dusza.

Niemniej i tego pomysłu imano się w poszukiwaniu ostatecznego dowodu na substancjalność duszy. W drugiej połowie XIX wieku w kręgach europejskich, a później i amerykańskich ezoteryków, spirytystów i miłośników zjawisk paranormalnych niejednokrotnie próbowano łapać dusze do butelek, szklanych balonów i innych odpowiednio skonstruowanych specjalnych naczyń.

Na tym tle pomysł MacDougalla miał nawet całkiem „naukową” metodologię. Z pewnością bardziej niż jego następny cykl eksperymentów, w których MacDougall we współpracy z Patrickiem O’Donnellem próbowali duszę nie tyle zważyć, co sfotografować. Używali do tego opracowanych przez O’Donnella filtrów optycznych, dzięki którym - jak twierdził ich twórca - można było dostrzec „aurę” człowieka. Oczywiście z tego projektu już nic nie wyszło.

Mniej więcej z początkiem XX wieku skończyły się ostatnie poszukiwania duszy substancjalnej - czyli takiej, którą dałoby się zważyć, zmierzyć czy być może dotknąć.

Nie zmienia to jednak faktu, że ludzkość była mocno i bardzo długo przywiązana do idei duszy istniejącej fizycznie - mniej więcej od czasu, gdy w ogóle zaczęło się w historii ludzkości samo stosowanie pojęcia duszy.

Pierwsze koncepcje duszy pojawiają się w znanych nam źródłach w mitologii Mezopotamii - tam jednak zmarli po śmierci po prostu tkwią w bliżej nieokreślonym miejscu bez powrotu, życiem wiecznym trudno to nazwać. Nie ma też mowy o tym, czym miałaby być dusza, jakie miałyby być jej relacje z ciałem czy z rzeczywistością transcendentną.

Inaczej było ze staroegipską „ka” - czyli duchową kopią człowieka, swoistym eterycznym doppelgangerem, który po śmierci musiał nawet jeść i pić całkowicie fizyczne potrawy i napoje, mogąc również korzystać z zebranych za życia bogactw, dóbr i osiągniętej pozycji - o ile tylko dopełniono wszelkich powinności, by mógł je ze sobą „zabrać” w pośmiertną podróż.

Egipcjanie precyzyjnie też lokalizowali umiejscowienie duszy w ciele człowieka - ich pomysł wielokrotnie później powracał. Dusza miała mianowicie bytować w ludzkim sercu, ewentualne zniszczenie tego narządu oznaczało zaś całkowite zniszczenie również i „ka”, czyli duszy, łącznie z utratą szans na życie po śmierci. Za całkowicie niezwiązany ze sferą duchową narząd uważali natomiast Egipcjanie ludzki mózg. Staroegipscy medycy uważali, że funkcją mózgu jest jedynie wytwarzanie śluzu, podczas pośmiertnego preparowania ciała tego narządu po prostu się pozbywano - jako że należy do wyjątkowo podatnych na szybki rozkład.

Starożytni Grecy jako pierwsi znaleźli natomiast miejsce dla duszy również w świeckich koncepcjach świata.

Dla Platona nieśmiertelna dusza była bliską krewną kluczowej dla filozofii platońskiej formy. Platon rozróżniał również trzy funkcje czy też typy duszy - racjonalną, umiejscowioną w głowie, uczuciową - zlokalizowaną w klatce piersiowej (ale nie tożsamą z sercem) i odpowiadającą za funkcje życiowe - oczywiście w brzuchu. W jego ujęciu ciało było dla duszy rodzajem klatki - a samą jej istotą była tęsknota do świata idei, tu zresztą zastosować można słynną platońską metaforę jaskini - najczęściej używaną do zobrazowania różnicy między światem realnym a światem idei.

Najzdolniejszy z uczniów Platona popełnił natomiast cały traktat o duszy. „De anima” Artystotelesa przedstawia nam wizję duszy będącej odzwierciedleniem naszego jestestwa. Dusza według Arystotelesa nie pochodzi z abstrakcyjnego świata idei - jest raczej wyrazem naszej osobowości i człowieczeństwa. Zawiera jednak element nieśmiertelny i niejako osobny względem naszego ciała - jest nim intelekt, umysł.

„Jak źrenica wraz ze wzrokiem stanowią oko, tak dusza i ciało stanowią razem zwierzę. Z tego jasno wynika, że dusza nie może odłączyć się od ciała. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, by niektóre części duszy mogły się odłączyć od ciała” - tak by to miało wyglądać według Arystotelesa.

Zupełnie osobne poglądy na kwestię duszy funkcjonowały w greckiej medycynie. Według Galena, dusza („pneuma”) wypełnia nasze nerwy. Jej źródłem ma być natomiast przemiana duchów witalnych (czerpanych z kolejnej przemiany - w wątrobie), do której miałoby dochodzić w mózgu. Z kolei Filon z Aleksandrii twierdził, że właściwa dusza przebywa w naszej krwi - „pneuma” (ta z nerwów) miałaby zaś być rodzajem duchowej esencji człowieka.

Koncepcja substancjalnej duszy umiejscowionej „w nerwach” powracała później wielokrotnie - aż do czasów nowożytnych.

Jeśli chodzi o Biblię, to w kwestii duszy panuje w niej co najmniej artystyczny nieład. We wczesnych księgach Starego Testamentu pojęcie „duszy” nie ma jeszcze precyzyjnego znaczenia. Jest więc „żywa dusza” - powołana przez tchnienie Boga (stworzenie Adama) ale są też „dusze” zwierząt - i to wzmiankowane jeszcze przez samym stworzeniem człowieka. Generalnie opierając się na tekście Starego Testamentu nie zdołalibyśmy choćby względnie jednoznacznie przedstawić staroizraelskiego pojęcia „duszy”. Niekiedy bywa ona istotna, niekiedy mniej - trudno też określić, którędy miałaby dokładnie przebiegać w biblijnym pojmowaniu granica tego, co duchowe i co cielesne.

W Starym Testamencie dusza miewa też liczne fizyczne potrzeby - odczuwa głód, pragnienie, pociąg seksualny, ba może niczym w sąsiednim starożytnym Egipcie nawet „zakosztować tłustych potraw”. Dla nazwania duszy używa się w Biblii całego pakietu hebrajskich słów i omówień, które miewają wymienny charakter i mocno nieostre znaczenia.

W Nowym Testamencie jest pod tym względem trochę lepiej, choć zdaje się, że zwłaszcza w jego greckich księgach, językowe określenia duszy - a tym samym ich znaczenia - niosą ze sobą wyraźny bagaż hellenistyczny. Pamiętajmy też, że nawet gdy w Nowym Testamencie mowa o zmartwychwstaniu, to niemal za każdym razem chodzi o dosłowne powstanie z umarłych człowieka, by tak rzec, w całości - w jego w pełni substancjalnej formie.

Na to nakłada się niemały rozgardiasz w kwestii duszy w ówczesnej filozofii i teologii judaistycznej. W koncepcjach faryzeuszy pojawiały się na przykład poglądy o transmigracji dusz - zbliżone do idei reinkarnacji.

Tak naprawdę jednak wielka kariera duszy zaczyna się w teologii chrześcijańskiej dopiero w czasach poewangelicznych. Stąd też ogromna część pism Ojców Kościoła to rozmaite rozważania o naturze, kształcie i formie duszy, nie bez licznych prób definiowania samego pojęcia. To w tej epoce rozpoczyna się też trwający aż do czasów szalonego eksperymentu MacDougalla spór o substancjalność duszy.

Kartezjusz uważał za kluczowy w kwestii duszy narząd szyszynkę. Miała być ona wypełniona eteryczną substancją

W tradycji Kościoła pierwszym naprawdę istotnym rzecznikiem idei duszy całkowicie niematerialnej jest święty Augustyn. Dla Augustyna - który sporo zawdzięcza Platonowi i neoplatonistom - dusza jest bytem całkowicie bezcielesnym, zarazem emanacją naszego umysłu będącego emanacją boskości. Ale uwaga - choć dusza według Augustyna ma charakter niematerialny i eteryczny, to jednak jak najbardziej można ją zobaczyć. Co więcej - wygląda ona mniej więcej jak człowiek, być może jest nawet jego kopią. Z pewnością ma oczy, usta i uszy.

To także z rozważań świętego Augustyna pochodzą pytania dość obsesyjnie później roztrząsane w teologii średniowiecznej. Jak bardzo rozłączne są ciało i dusza? Czy jeśli na przykład odetniemy człowiekowi kończynę, to czy w ten sposób nie pozbawiamy go czasem również kawałka duszy? Czy ciało brzydkie lub zdeformowane oznacza brzydką lub zdeformowaną duszę? I tak dalej. Odpowiedź Augustyna na te pytania brzmi oczywiście „nie”, co jednak nie zmienia faktu, że w nieco późniejszych wiekach średniowieczni scholastycy zadawali je sobie jeszcze wielokrotnie.

A gdzie miałaby się znajdować ta średniowieczna dusza? Najczęściej wskazywano na serce - bo przecież ten narząd wręcz fizycznie reaguje na stres, dość łatwo można po jego rytmie określić również inne stany emocjalne - gdzież miałaby być dusza jeśli nie tam? Z konkurencyjnych teorii - wciąż przewijały się również te o nerwach i krwi.

Naprawdę oryginalny pomysł pojawił się znacznie później. Kartezjusz - którego szerzej znamy przede wszystkim jako duchowego ojca racjonalizmu - z duszą poczynał sobie znacznie mniej racjonalnie, choć umiejscowił ją niezwykle precyzyjnie. Kluczowym dla kwestii duszy narządem w naszym ciele miałaby być szyszynka - wypełniona eteryczną substancją. To właśnie przez ten pozostający na granicy światów fizycznego i transcendentnego narząd duch miałby oddziaływać na nasze ciało, w pierwszej zaś kolejności, pamiętajmy, to Kartezjusz - na mózg.

Gdy Kartezjusz umiejscawiał duszę w szyszynce, w całej Europie trwała śmiertelnie poważna dyskusja związana ze skutkami epoki Wielkich Odkryć Geograficznych. Otóż - całkowicie serio stawiano pytanie, czy aby na pewno Indianie w ogóle mają duszę?

Jeśli bowiem duszy nie mają, należy zasadniczo zmienić strategię postępowania z mieszkańcami nowopodbi-janych lądów Nowego Świata. Zamiast ich wyrzynać i niewolić, a tych nielicznych, którzy przetrwali chrzcić, trzeba by było poprzestać na pierwszych dwóch metodach. Jak tu bowiem chrzcić kogoś, kto nie ma duszy? Z dzisiejszego punktu widzenia takie rozważania są przerażającym absurdem. Ale dla XVII-wiecznych Europejczyków wcale nim nie były.

Co więcej - związane one były z mocno rozpowszechnionym i bardzo starym, bo zapożyczonym od starożytnych Rzymian i Greków poglądem, w myśl którego całkiem żywy człowiek mógł jednak stracić duszę. Kiedy? Oczywiście wtedy, gdy popadł w niewolę. Gdyby bowiem niewolnik duszę miał, bicie go, poniżanie albo i karanie śmiercią mogłoby być grzechem lub czynem moralnie nagannym. Dlatego znacznie wygodniej było uznawać, że niewolnik jest duszy z zasady pozbawiony. Tego typu wykładnie przestały być modne dopiero w okolicach przełomu XVIII i XIX wieku.

W tych dwóch wypadkach problem duszy był elementem całych doktryn geopolitycznych i gospodarczych - wciąż jednak toczyły się o naturę duszy niekończące się spory teologów i filozofów.

Do ostatniego poważnego - choć cichego - przełomu w kwestii duszy, przynajmniej w teologii katolickiej doszło całkiem niedawno, bo podczas soboru watykańskiego II. W katechizmie Kościoła katolickiego znalazł się wtedy zapis: „Osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, jest równocześnie istotą cielesną i duchową” oraz kilka kolejnych doprecyzowujących, że dusza i ciało są w nauczaniu Kościoła jednością. To o tyle interesujące, że od czasu soboru konstantynopolitańskiego IV z IX wieku obowiązywała w teologii raczej wykładnia o pewnej rozdzielności duszy i ciała.

***

Wiele zdziałano, by dowieść istnienia duszy, całkiem sporo, (na przykład eksperymenty z użyciem tzw. Hełmu Boga wykonanego z przerobionego kasku motocyklowego), by dowieść jej nieistnienia - wszystkie wysiłki jednak na nic. Wszystko wskazuje na to, że ewentualnych rozstrzygnięć tego nurtującego od wieków ludzkość problemu możemy poszukać tylko na dnie duszy.

POLECAMY W SERWISIE POLSKATIMES.PL:

Expose premiera - orto najważniejsze obietnice Morawieckiego

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie