„Czujemy się niewidzialni”. Jak wygląda praca cichych bohaterów walki z pandemią

Gabriela Bogaczyk
Gabriela Bogaczyk
123rf
Salowe, sanitariusze, magazynierzy, sekretarki medyczne. Oni również na co dzień mają styczność z osobami zakażonymi. Mimo zagrożenia, niskich pensji i dużych wymagań, lubią swoją pracę. – Ktoś to musi przecież robić – odpowiadają. Przyglądamy się pracy personelu pomocniczego od środka.

Szpitalny magazynier Andrzej* ma już za sobą ciężki przebieg koronawirusa. Posiadając 20-letnie doświadczenie zarabia 2800 złotych, łącznie z dodatkami np. za wysługę lat. W swojej pracy zajmuje się przyjmowaniem i wydawaniem sprzętu medycznego. Są to m.in. strzykawki, igły, worki do moczu, środki dezynfekcji, maski, fartuchy, ochraniacze. Oprócz tego na stanie są też artykuły biurowe jak papier ksero i druki medyczne. Teraz doszły do tego jeszcze inne rzeczy: EKG, kardiomonitory, osprzęt jednorazowy, próbki wymazowe do testów, szybkie testy kasetkowe w kierunku COVID-19.

- W czasie pandemii mam cztery razy więcej pracy. Dziennie przerzucam co najmniej kilkaset kilogramów. Trudno oszacować, ile dokładnie. Sam karton ze zwykłymi kombinezonami waży 15 kg. Takich kartonów schodzi 24 dziennie. To tylko same kombinezony, a gdzie reszta? Dla ciekawości, dwie najcięższe rzeczy to papier ksero i rękawiczki gumowe. No, może poza 5-litrowymi bańkami z płynem dezynfekcyjnym. Jednak nosi się je wygodnie za ucho, a papier ma taki cienki pasek, który wżyna się w rękę – opowiada magazynier.

Nie ukrywa, że jest przeciążony pracą, bo tylko z kolegą obsługują magazyn. Każdy karton muszą ręcznie przenieść, bo nie mają do dyspozycji żadnych wózków. Jak wraca do domu, to musi godzinę się przespać, bo bolą go stawy i ręce. - Oprócz noszenia i wydawania rzeczy, muszę również składać zamówienia, kontrolować stan zaopatrzenia, żeby niczego nie zabrakło, przygotować raport ile zeszło sprzętu covidowego oraz raz na tydzień przeprowadzić inwentaryzację – wyjaśnia Andrzej. Magazynier odpowiedzialny jest materialnie za wszystko, co znajduje się w magazynie. Oznacza to, że gdy są jakieś braki, to musi je pokryć z własnej kieszeni. - Covidowa dostawa z darami ma wartość 800 tys. złotych. I ja za to odpowiadam. To jest też dla mnie duże obciążenie psychiczne – tłumaczy mężczyzna.

Czytaj także

Sanitariuszka Monika przebywa właśnie na kwarantannie ze względu na wykrycie zakażenia u dziecka. Jest zatrudniona w oddziale niecovidowym, ale podczas pandemii pracuje na 3-4 oddziałach. Bywa też, że jest wzywana na izbę przyjęć do sprzątania, bo była tam osoba z wynikiem dodatnim. - Jestem temu przeciwna, bo z „czystego” oddziału idziemy w miejsce, gdzie był zakażony pacjent. Wolałabym dalej nie roznosić tego wirusa. Poza tym, jest nas za mało na tyle obowiązków. Zgłaszają się dziewczyny do pracy, ale po dwóch godzinach rezygnują, bo jest bardzo ciężko. Wdychając chemikalia z środków czystości też narażamy swoje zdrowie, ale robimy to dla pacjentów, żeby czuli się bezpieczni – opowiada sanitariuszka z 4-letnim doświadczeniem.

W ciągu miesiąca ma 15-16 dyżurów po dwanaście godzin. Za sobą ma już operacje kręgosłupa. Bywa, że musi wziąć tabletkę przeciwbólową, żeby jakoś to przetrwać. – Pierwsze, co robię po przyjściu z pracy to kąpiel w wannie, żeby zmyć wszystko z siebie, bo tak naprawdę nie wiem, co przynoszę do domu – dodaje Monika. Podkreśla, że lubi swoją pracę. – Ktoś to musi robić – odpowiada. - Ja na przykład nie usiedziałabym osiem godzin za biurkiem. Zarabiam 2600 brutto miesięcznie plus nocne czy świąteczne dyżury. Nie mogę narzekać, bo ludzie mają gorzej. Jednak sanitariuszki nie są doceniane. Podobnie jak pracownicy pralni czy działu technicznego, którzy wożą worki z odpadami zakaźnymi. Może tego tak nie widać, ale my też jesteśmy zaangażowani w walkę z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. I czujemy się za to odpowiedzialni – mówi sanitariuszka.

2300 na rękę po 17 latach pracy
Do personelu pomocniczego w służbie zdrowia należą również sekretarki medyczne. Podkreślają, że nie mają co prawda bezpośredniej styczności z pacjentem, ale covid nie zostaje za drzwiami sekretariatu. - Mam przecież kontakt z lekarzami i pielęgniarkami, z dokumentacją medyczną na której tak samo się wirus utrzymuje – mówi Hanna, sekretarka z 17-letnim stażem pracy. Pracuje jako sekretarka medyczna w jednym z oddziałów wewnętrznych, który został podczas epidemii przekształcony na covidowy. Teraz, oprócz zwykłej pracy sekretariatu, pomaga medykom wprowadzać w krajowy rejestr medyczny dane dotyczące zakażonych pacjentów. Codziennie trzeba wprowadzić informacje na temat ich temperatury, saturacji, ciśnienia, tętna.

- Kojarzone jesteśmy z tym, że siedzimy i popijamy kawę. A w rzeczywistości nie mamy czasu, żeby nawet pójść do łazienki, a śniadanie jemy nad komputerem. Do tego setki telefonów i cała papierologia: wypisy, księga ruchu chorych, dokumentacja medyczna, historia choroby. Sprawdzamy, czy wszystkie pieczątki są na miejscu, czy lekarze niczego nie pominęli. Czasem jest ciężko, ale nikt tej naszej pracy nie zauważa. Szanuję pielęgniarki, ale my też mamy dużo pracy – odpowiada sekretarka medyczna.

Mówi, że kiedyś pracowała fizycznie, ale jak wracała do domu, to mogła góry przenosić, a teraz nie ma na nic siły, bo czuje się „wypompowana”. Po siedemnastu latach pracy jej pensja wynosi 2300 złotych na rękę. Bez żadnych podwyżek w czasie pandemii. Z jakiej sumy byłaby zadowolona? Uważam, że za tę pracę, którą wykonuje uczciwa byłaby pensja 3 tys. zł na rękę. Ja nie oczekuję cudów, tyle by wystarczyło – dodaje Hanna.

Czytaj także

Danuta jest pracownikiem gospodarczym w jednym z polskich szpitali covidowych. W zawodzie pracuje od pięciu lat. Do jej obowiązków należy: sprzątanie sal, rozwożenie posiłków, mycie naczyń, pielęgnacja pacjenta, pomoc pielęgniarkom, transport osób na konsultacje, zmiana pościeli. W swojej pracy ma teraz cały czas mam kontakt z zakażonymi. Aby wejść na strefę brudną musi się odpowiednio przygotować w pomieszczeniu zwanym śluzą, które oddziela sale pacjentów od korytarza. - Pod kombinezonem nie mamy swoich ubrań. Zakładamy bieliznę jednorazową, spodnie i koszulkę z fizeliny, czepek na głowę i na to kombinezon. Nawet gumki do włosów nie możemy mieć, wszystko musi być jednorazowe. Następnie zakładamy przyłbice, gogle, maski, potrójne rękawiczki. Na nadgarstku robimy dla bezpieczeństwa obręcz za pomocą szerokiej taśmy klejącej, aby nic nie dostało się pod skórę, bo mamy do czynienia z płynami dezynfekcyjnymi – wyjaśnia kobieta.

W takim kombinezonie spędza do czterech godzin. Co ważne, wtedy nie wolno biegać, żeby powietrze nie wtłoczyło się do środka. Po wykonaniu swoich zadań na sali, musi bezpiecznie zdjąć kombinezon i włożyć go do czarnego worka, a następnie do jeszcze drugiego. Potem wchodzi w drugą śluzę, gdzie zdejmuje gogle, czepek, maseczkę, bieliznę jednorazową. - Wrzucamy to wszystko do kosza, wchodzimy pod prysznic i tam dopiero ubieramy się w swoje ubrania. Na początku pandemii trwało to 20-30 minut, a teraz 10 minut i już jestem wystrojona – mówi pracownica gospodarcza. Pierwsze o czym marzy po wyjściu ze strefy „brudnej” to łyk wody, bo strasznie się chce pić. Do tego zostają odciski na twarzy, ciało puchnie z powodu braku dostępu do świeżego powietrza i zaczynają się pojawiać obrzęki.

- Nieraz ludzie nas omijają w sklepach, bo już wiedzą, że ktoś właśnie wyszedł ze szpitala – mówi Danuta.

Podkreśla, że obecnie salowe są obecnie od wszystkiego, ale jeśli chodzi o pieniądze, to są często zapominane. Jej pensja wynosi 2100 na rękę. - Do ostatniego wypłaty dostałam ok. 300 złotych więcej, ale czy będziemy mieć te pieniądze w przyszłym miesiącu, to już nie wiemy – mówi kobieta. Uzupełnia, że najbardziej boli ją jednak brak szacunku i traktowanie przez inne osoby. - Jak proszę odwiedzającego, żeby zaczekał chwilkę z wejściem na korytarz, bo właśnie umyłam podłogę, to słyszę: „od tego tu pani jest”. Przykre jest też to, że odwiedzający potrafi się ukłonić pielęgniarce, a obok mnie przejdzie trzy razy i nic. Tak jakbym była niewidzialna. Czasem powie „dzień dobry”, jak nie może znaleźć jakiegoś gabinetu. Wtedy to jest już naprawdę niepotrzebne – dodaje nasza rozmówczyni.

Szpital tymczasowy w Lublinie już prawie gotowy! Zobacz postępy prac

Ciekawe, jak wyglądałby szpital bez nas
Barbara jest sanitariuszką w szpitalu. Podczas pandemii do jej obowiązków doszło np. roznoszenie paczek dla pacjentów, bo rodziny nie mogą wchodzić na oddział. – Odbieramy je ze specjalnego punktu. Czasem muszę nosić zgrzewkę wody z sześcioma 1,5 litrowymi butelkami. Oprócz tego do moich zdań należy pomoc pacjentom przy toalecie, zmiana pieluch plus sprzątanie całego oddziału. Jesteśmy na każdy dzwonek pacjenta czy pielęgniarki – podkreśla kobieta. Sale i strefy dotykowe czyszczone są kilka razy dziennie. To klamki, dzwonki, włączniki. Ręce dezynfekuje przed i po każdym zdjęciu rękawiczek. - Wyglądają strasznie: wysuszone, czerwone, popękane. O paznokciach nie wspomnę – mówi sanitariuszka.

Sama jest już po zakażeniu koronawirusem, na jej oddziale stwierdzono kiedyś ognisko. Na początku myślała, że to grypa, bolały ją ramiona i nogi, ale tłumaczyło sobie to ciężką pracą i dźwiganiem pacjentów. Jednak test wyszedł dodatni. – Dosyć łagodnie chorowałam, była gorączka oraz utrata węchu i smaku, do tego ogólne osłabienie – wspomina Barbara. Na jej oddziale wydzielono salę covidową dla pacjentów u których potwierdził się koronawirus. Wchodzi tam 3-4 razy dziennie, aby zmienić pozycje pacjentów, żeby nie było odleżyn, posprzątać, opróżnić kosze, wynieść worki zakaźne, wymienić pościel.

- Jak wychodzę z pracy, to nie wiem, jak się nazywam. Podczas pandemii nie dostaliśmy żadnych dodatków. Moja zasadnicza pensja to 2600 brutto, to wychodzi maksymalnie 2300 złotych na rękę. Ogromnie miło jest, jak rodziny pacjentów wysyłają nam jakieś kartki z podziękowaniem dla sanitariuszy. Wiemy, że jesteśmy potrzebni, ale większość nas nie docenia. Ciekawe, jak wyglądałby szpital bez nas – zastanawia się sanitariuszka.

Małgorzata jest rejestratorką medyczną. Pracuje w zakładzie diagnostyki obrazowej, który obsługuje pacjentów z całego szpitala, poradni oraz osoby z zewnątrz. Pracuje przy bezpośredniej obsłudze pacjentów. - Zdarza się, że badania muszą być wstrzymane, bo w pracowni był przypadek covid. Wtedy cała frustracja, żale i złość oczekujących wyładowywane są na nas. Praca na rejestracji to też setki telefonów dziennie. Czasami przez osiem godzin marzę, żeby pójść do toalety, albo coś zjeść lub wypić. Staramy się robić przerwy, ale są takie dni, kiedy się nie da - relacjonuje kobieta.

I zauważa, że sekretarki czy rejestratorki podczas pandemii "nie zeszły z pokładu". - Pracujemy ramię w ramię z lekarzami i pielęgniarkami, ale czujemy się tak, jakbyśmy nie istnieli. O nas się nie mówi, pomimo, że pracujemy na pierwszej linii ognia. Nie uwzględniają nas nawet w statystykach umieralności na COVID-19, ale to już nie chodzi o pandemię. Chodzi o szacunek i naszą przyszłość - wyjaśnia Małgorzata. Najbardziej zależy jej na przyznaniu dodatków covidowych, bo ministerstwo wciąż uważa, że personel pomocniczy nie jest narażony na wirusa.

– Od części osób słyszę, że jeśli narzekamy i jest nam tak źle, to przecież możemy zmienić pracę. To nie jest tak. My lubimy swój zawód, dobrze go wykonujemy, chcemy robić to dalej. Nie będziemy się zwalniać, bo jest pandemia. Ale też nie chcemy słyszeć za każdym razem, gdy upominamy się o podwyżki, że możemy się przebranżowić – tłumaczy rejestratorka.

38-letni Zbigniew jest sanitariuszem na SOR. Rozpoczynał swoją pracę jako salowy, gdzie stricte zajmował się sprzątaniem. Teraz pracuje w jednym z polskich szpitali covidowych na SOR. Zajmuje się głównie transportem wewnątrzszpitalnym, dostarczaniem próbek z krwią, przewożeniem zwłok do chłodni, uzupełnianiem magazynów, pomocą pielęgniarkom przy toalecie pacjenta. Jak trzeba, to również sprząta sale. - Robimy naprawdę dużo, ale wciąż jesteśmy niewidoczni. Lekarze i pielęgniarki są oczywiście ważni, ale my też uczestniczymy w tym całym procesie diagnostyki i pielęgnacji pacjentów. Wmawia się nam, że na nasze miejsce jest sto innych chętnych. Jednak, nie każdy do takiej pracy się nadaje. Jest krew, czasem agresja czy wyzwiska ze strony pacjentów, trzeba mieć podejście do nich i empatię. Na SOR trafiają też ludzie pobudzeni np. po narkotykach, wtedy często uczestniczymy w unieruchomieniu pacjenta. To nie jest przyjemna rzecz – opowiada mężczyzna.

Czytaj także

W szpitalu zajmuje się również przewożeniem zwłok do prosektorium. Mówi, że trzeba się trochę uodpornić, żeby nie zwariować. - To nie jest znieczulica, ale musimy się przyzwyczaić do śmierci, bo pracujemy w takim miejscy. Jednak to nie jest takie proste. Jak odwożę do chłodni osoby w swoim wieku lub młodsze, to zawsze myślę o tym, że przecież ta osoba miała rodzinę, swoje plany. Wraca, do domu i o tym wciąż myślę. Wydaje mi się, że w tej pracy trzeba mieć osobę niezwiązaną z środowiskiem medycznym, której można wszystko powiedzieć. To przynosi ulgę jako – dodaje Zbigniew.

Tłumaczy ludziom, że praca jego oraz kolegów i koleżanek jest bardzo ważna. – Ta praca nikomu nie uwłacza. Kiedyś znajoma salowa opowiadała mi, że jak za komuny poszła do biura pracy i zapytano ją kim chce być, to odpowiedziała od razu, że salową. A ludzie się dziwili, czemu akurat salową, a nie np. krawcową. I to mi uświadomiło, że w tym zawodzie też jest coś takiego jak powołanie i misja – tłumaczy sanitariusz.

*Imiona bohaterów artykułu zostały zmienione.

Czytaj także

Powrót do szkół w reżimie sanitarnym

Wideo

Materiał oryginalny: „Czujemy się niewidzialni”. Jak wygląda praca cichych bohaterów walki z pandemią - Kurier Lubelski

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

x
xxxxx

Świetny artykuł. Może tak więcej tego typu spostrzeżeń?

Dodaj ogłoszenie