"Czuję, że Tusk będzie kandydował na trzecią kadencję. Może być długowieczny jak Kohl"

Agaton Koziński
Jacek Protasiewicz
Jacek Protasiewicz FOT. TOMASZ HOŁOD / POLSKAPRESSE
- Wydaje mi się, że premier będzie kandydował, ale na podjęcie decyzji ma jeszcze co najmniej rok - mówi Jacek Protasiewicz, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Donald Tusk uczestniczy w szczytach UE od 2007 r. - najdłużej obok Angeli Merkel i premiera Luksemburga Jeana-Claude'a Junckera. Czemu polski premier, mając tak długi staż, odciska tak słabe piętno na decyzjach podejmowanych na Radach Europejskich?
Nie zgadzam się z tą tezą. Proszę pamiętać, że w sprawie pakietu energetyczno-klimatycznego czy uznania wydatków na politykę regionalną jako inwestycji we wzrost (co nie było oczywiste dla wielu bogatszych krajów), premier osiągnął, co zamierzył. Fakt, że ostatnie 20 szczytów było poświęconych kryzysowi w strefie euro i dotyczyło głównie państw, które są jej członkami, więc to one musiały wziąć na siebie ciężar trudnych decyzji.

Na pewno? Przyjęty na początku tego roku pakt fiskalny de facto podzielił Europę na dwie prędkości. Donald Tusk próbował temu zaradzić - ale bezskutecznie.
Ależ to właśnie polski premier wywalczył, że przy rozstrzyganiu najpoważniejszych zmian, nawet dotyczących tylko strefy euro, kraje spoza wspólnej waluty uczestniczą w procesie decyzyjnym. Z drugiej strony - nie można się obrażać na fakty. Dwie Europy istnieją od dawna. Jedna Unia posługuje się euro, druga - nie. Silniejsza integracja państw strefy euro nie jest rezultatem zamysłu politycznego, tylko koniecznością, wynikającą z kryzysu zarządzania w unii walutowej. Donald Tusk nie wtrąca się w decyzje dotyczące sposobów ratowania euro, natomiast konsekwentnie apeluje o to, by działać szybko i zdecydowanie, tak żeby kłopoty eurostrefy nie przeniosły się na państwa poza nią.

Polski rząd sceptycznie podchodzi do pomysłu unijnego podatku od transakcji finansowych - mimo że ten instrument wzmacnia budżet UE oraz mógłby cementować całą Unię. Czy nie warto mocniej zawalczyć o przeforsowanie tego rozwiązania?
Podatek od transakcji finansowych podzielił państwa UE. Mądra dyplomacja polega na tym, że nie staje się po jednej ze stron barykady, na tym, że próbuje się szukać rozwiązań satysfakcjonujących dwie strony. Tak rozumiem politykę polskiego rządu odnośnie tej sprawy. A jeśli będziemy mieli pewność, że wpływy z tego podatku zasilą budżet UE, a nie poszczególnych krajów, to na pewno zaangażujemy się w ten projekt.

Czy w interesie Polski nie jest jednoznaczne poparcie koncepcji, które cementują całą Unię?
Najpierw dokonajmy spokojnej analizy konsekwencji wprowadzenia takiego podatku. Jeszcze wciąż nie ma pewności, czy podatek od transakcji finansowych rzeczywiście zasili budżet unijny - a tylko takie rozwiązanie byłoby dla nas korzystne. Póki tego nie wiemy, zachowajmy sobie pełne możliwości negocjacyjne, żeby potem uzyskać realne korzyści w zamian za udzielenie naszego poparcia tej koncepcji, w tym korzyści z dodatkowych zysków, jakie ten podatek przyniesie.

Innymi słowy: rząd uprawia na forum Unii tradycyjną polską dyplomację zamykającą się w powiedzeniu: nasza chata z kraja. Czemu unikamy mocniejszego zaangażowania? Na co czekamy?
Na faktyczne rezultaty uzdrawiania strefy euro. Cały czas podtrzymujemy naszą gotowość przystąpienia do unii monetarnej. Ale najpierw ona sama musi stanąć na nogi. Dziś przystępowanie do niej byłoby działaniem bardzo nieroztropnym. Innym testem będą negocjacje nowego budżetu unijnego. Jego wysokość pokaże kierunek, w jakim Unia będzie zmierzać.

Tylko czy polska wstrzemięźliwość nie osłabia naszych możliwości negocjacyjnych przy okazji tego budżetu?
Na razie te negocjacje posuwają się powoli, gdyż kraje strefy euro skupiają się na walce z kryzysem. A premier całą naszą siłę uderzeniową trzyma pod parą na finał negocjacji budżetowych. Pamiętając, jak wyglądały wcześniejsze rozmowy o unijnych perspektywach finansowych, wiemy, że kluczowe decyzje zapadały w ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem rozmów. Musimy być więc cierpliwi. Mądra strategia polega na tym, że wybieramy sobie jeden lub dwa główne cele, koncentrujemy się na nich - i uderzamy we właściwym momencie. A w innych kwestiach nie przeszkadzamy, nawet jak trzeba, wykonujemy gest typu przyłączenie się do mechanizmu EFSF.
Polska staje się coraz bardziej wstrzemięźliwa wobec Unii. Czy wiążemy z nią przyszłość kraju? A może powinniśmy stać się Wielką Brytanią Wschodu?
Nigdy nie byliśmy mocarstwem kolonialnym jak Wielka Brytania, nie zgromadziliśmy przez setki lat takiego bogactwa jak Brytyjczycy. Poza tym duża część wymiany handlowej Londynu odbywa się z dawnymi koloniami - tymczasem 90 proc. polskiej wymiany handlowej odbywa się z krajami strefy euro. Musimy stąpać po ziemi. Nasze miejsce jest w strefie euro. Jeśli dobrze wynegocjujemy kolejny budżet unijny, to wzmocnimy naszą gospodarkę i będziemy mogli spokojnie do niej dołączyć - a w niej staniemy się jednym z czterech kluczowych graczy.

To scenariusz optymistyczny. A czy nie powinniśmy mieć też innych? Bo Polska zdaje się w ogóle nie opracowywać scenariuszy alternatywnych na wypadek krachu strefy euro.
Jesteśmy cały czas biedniejsi niż Francja i Niemcy - i taka sytuacja będzie się jeszcze długo utrzymywać. Dlatego ciągle tak ważne dla nas są inwestycje zagraniczne. I ich szukamy także poza Unią. Podobnie jak planów B. Nie przypadkiem to w Warszawie doszło do spotkania premiera Chin z przywódcami 19 krajów Europy Środkowej. Chińczycy stają się coraz ważniejszym graczem na świecie. Wkrótce będą eksportować nie tylko towary, ale także usługi.

A może Polska powinna inaczej zacząć definiować cele? Piłkarskie Euro świetnie sprawdziło się w roli wyzwania determinującego do działania. Może warto poszukać kolejnego podobnego wyzwania cywilizacyjnego? Czy raczej próbować przejść na rytm pracy systematycznej, bez zrywów?
Rozsądniejszy jest ten drugi wariant. Takie imprezy jak Euro mogą się zdarzyć raz na kilkadziesiąt, może kilkanaście lat. Choć też filozofia działania polegająca na podejmowaniu kolejnych wyzwań jest mi dobrze znana. W ten sposób działają władze w moim rodzinnym Wrocławiu - zarówno ekipa Bogdana Zdrojewskiego, jak i obecna - Rafała Dutkiewicza. I w małej skali taka strategia świetnie się sprawdza - bo też imprez o mniejszym niż Euro rozmiarze jest więcej (np. Europejska Stolica Kultury czy igrzyska sportów pozaolimpijskich - World Games). Natomiast imprez rangi światowej, które by determinowały rozwój całego kraju, nie ma zbyt wiele. Owszem, świetnie sprawdziło się w tej roli Euro 2012- ale już żadne mistrzostwa świata w siatkówce czy koszykówce takiej roli by nie spełniły. Porównania z Euro wytrzymują właściwie tylko olimpiada i piłkarski mundial - ale tutaj terminy są zarezerwowane na lata.

Możemy walczyć o olimpiadę w 2024 r.
Tak i starań o tę olimpiadę nie można wykluczyć - choć start w wyścigu o igrzyska to poważne wyzwanie, podjąć je może tylko Rada Ministrów. Wiadomo, że organizacja takiej imprezy byłaby bardzo kosztowna. Dlatego wcześniej musimy wiedzieć, ile pieniędzy europejskich będziemy mieć do wydania na inwestycje w latach 2014-2020. A to rozstrzygnie się w przyszłym roku.

To może warto poszukać innych, pozasportowych wyzwań cywilizacyjnych? Na przykład podjąć wysiłki w celu, by Polska stała się członkiem G20.
Tyle że we współczesnym świecie właściwie tylko sport - i to na najwyższym poziomie - generuje bardzo wysokie zainteresowanie i duże emocje. Natomiast próba dołączenia do G20 byłaby celem elitarnym, salonowym.

Ale jednocześnie dobrze trafiającym w ambicje Polaków. Bo my mamy ambicje znaleźć się na najlepszych salonach świata.
Dziś Polacy chcą przede wszystkim lepiej zarabiać i mieć wyższe emerytury. Dlatego oczekują od polityków twardego stąpania po ziemi, a nie kreślenia nadambitnych planów, które dawałyby satysfakcję tylko elitom.

Z drugiej strony: czy najważniejszym zadaniem polityków nie powinno stać utrzymanie determinacji w kraju? Od 1989 r. wykonaliśmy jako państwo gigantyczny skok cywilizacyjny - jego zwieńczeniem było Euro. Tyle że Polacy pogonią za Zachodem są coraz bardziej zmęczeni. Nie ma ryzyka, że coraz częściej będą chcieli odcinać kupony od tego, co osiągnęli, zamiast walczyć o więcej?
Nie dostrzegam tego ryzyka. Do tej pory o względnym sukcesie finansowym może mówić kilkanaście procent Polaków - nowa klasa średnia, która bez większych obaw może myśleć o przyszłości. Jednak ta grupa jest niewielka, gdy się ją porównuje z krajami Zachodu, ale również gdy się ją zestawia z grupą Polaków aspirujących do takiego statusu. Tak więc, nie mam podstaw do obaw, że Polakom przestanie się chcieć pracować, walczyć o awans społeczny.
Polska zawsze była podzielona na dwie części - na Polskę A, w której mieszkają ludzie ambitni, i Polskę B, która nie rusza się ze swojej postpegeerowskiej wsi. Na ambicje tej drugiej Polski specjalnie liczyć nie można, z kolei aspiracje dużej części Polski A są zaspokojone. Czy więc mimo wszystko nie należy się obawiać stagnacji?
Nie. Będziemy mogli o tym rozmawiać dopiero wtedy, gdy liczba zadowolonych z własnego standardu życia wzrośnie, przynajmniej się podwoi. A to jest cel naszej polityki. Może nie brzmi on spektakularnie, ale rozsądny polityk rozumie, że tego właśnie oczekują wyborcy. W końcu politykę uprawia się nie dla spektakularnych igrzysk, tylko dla lepszego życia zwykłych ludzi. Zwłaszcza w kraju na dorobku, jakim jest Polska. Co innego w Stanach Zjednoczonych, Niemczech czy Australii. Tam klasa średnia, ludzi z przyzwoitymi dochodami, satysfakcją z poziomu, jaki osiągnęli, jest duża - i oni potrzebują wielkich emocji i wielkich wydarzeń. Natomiast my przede wszystkim potrzebujemy, żeby nasza klasa średnia szybko się poszerzała.

W kolejnych krajach na Zachodzie władzę przejmują partie lewicowe. Rozumiem, że według Pana w Polsce to nierealne?
Nie ma takiego ryzyka. Przede wszystkim dlatego, że rzeczywistość w Polsce radykalnie różni się od tej na Zachodzie. Tam ludzie przez lata przyzwyczaili się opiekuńczego państwa - mimo że taka polityka doprowadziła do nadmiernych deficytów budżetowych i konieczności twardych reform socjalnych, m.in. obniżenia zasiłku dla bezrobotnych czy wydłużenia wieku emerytalnego. Wyborcy na Zachodzie przyzwyczaili się do rozbudowanej opieki socjalnej i nie chcą akceptować cięć i oszczędności. Między innymi dlatego głosują na partie lewicowe. Co zresztą postawi je przed dużymi problemami, bowiem trudno się spodziewać, by ugrupowania socjalistyczne w dobie kryzysu znalazły środki na podwyżki. Inaczej jest w Polsce. My od 20 lat raczej żyjemy w warunkach, które wymagają ciągłej mobilizacji i intensywnej pracy. Ale Polacy ciągle są głodni sukcesu i większej stabilności finansowej. Są gotowi do tej ciężkiej pracy. A na to społeczeństwa zachodnie nie są gotowe. U nich cięższa praca oznacza wyrzeczenie. U nas ciężka praca może oznaczać lepszy statut materialny, lepsze życie.

Jest Pan autorem niezwykle skutecznej kampanii wyborczej Platformy z ubiegłego roku. Pobawmy się w futurologię. Jakie hasła będą padały w kampanii 2015 r.? Spodziewa się Pan, że hasła zagrzewające do determinacji będą ciągle skuteczne?
Mam za sobą doświadczenie kilkunastu kampanii, w tym dwóch ogólnopolskich. I wiem, że na trzy lata naprzód nie da się przewidzieć, co może być hasłem wyborczym, a nawet w przybliżeniu określić klimatu, w jakim wybory będą się odbywać. W Polsce sytuacja zmienia dynamicznie.

Akurat w polskiej polityce trudno mówić o dużych zmianach - od 2007 r. układ polityczny się właściwie nie zmienia. Do 2015 r. coś może drgnąć?
Każdy rok, a nawet każdy miesiąc, potrafi przynieść nieoczekiwane zmiany. Gdybyśmy rozmawiali jeszcze rok temu, a nawet pod koniec kampanii wyborczej, nikt by nie powiedział, że pojawi się w Sejmie nowa formacja polityczna, która zdobędzie prawie 10 proc. głosów! Polityka, nie tylko polska, jest nieprzewidywalna i spekulowanie dzisiaj, co będzie w 2015 r., to wróżenie z fusów. Po drodze mamy wybory do Parlamentu Europejskiego, samorządowe i te najważniejsze - prezydenckie.

Może wątpliwości polegają na tym, że nie wiadomo, kto będzie prowadził PO do boju w 2015 r.
Kongres wyborczy przed nami. Odbędzie się między czerwcem 2013 r. a majem 2014 r. - tak przewiduje statut partii. Wtedy poznamy przewodniczącego Platformy. Ale czuję, że jeśli Donald Tusk zechce kandydować, to będzie szefem PO na kolejną kadencję.

A czy Tusk zechce kandydować? Członkowie PO namawiają go do tego.

Wydaje mnie się, że premier będzie kandydował, ale na podjęcie decyzji ma jeszcze co najmniej rok.

Jak zniesie to Grzegorz Schetyna? To cały czas numer dwa Platformy, od niedawna także szef PO na Dolnym Śląsku. Ale nie może awansować, bowiem najważniejsze stanowisko w partii ciągle jest zajęte.

Wybór Grzegorza Schetyny na szefa regionu nie jest żadną nowością dla dolnośląskiej Platformy. Po prostu wróciliśmy do sytuacji z maja 2010 r., która została przerwana po wyborze posła Schetyny na marszałka Sejmu. Wtedy on zrezygnował, a ja przejąłem obowiązki przewodniczącego. Teraz, po wyborze na wiceszefa Parlamentu Europejskiego, to ja mam mniej czasu na kierowanie regionalną Platformą i stąd ta zmiana. Poza tym Grzegorz Schetyna jest pierwszym wiceprzewodniczącym PO. I potrafi być cierpliwy.

Cierpliwość ma swoje granice. Czy kolejna kadencja Donalda Tuska nie rozsadzi PO od środka?

Helmut Kohl kierował CDU ponad 20 lat. To był okres wielkich sukcesów dla niemieckiej prawicy i wielkich wydarzeń w historii Niemiec. Długowieczni przywódcy tylko w krajach niedemokratycznych są problemem.

Tyle że Helmut Kohl odchodził w niesławie po aferze korupcyjnej - najlepszy dowód na to, że tak długoletnie rządy prowadzą do wynaturzeń.
Kohl z zarzutów został oczyszczony, bo to nie tyle była afera korupcyjna, co wątpliwe praktyki finansowania struktur partyjnych w landach wschodnich. A sam Kohl do dziś pozostaje legendarnym wręcz przywódcą, nie tylko dla niemieckiej prawicy. Znając troskę Donalda Tuska o wysokie standardy w PO, nawet czasami nadmierną surowość w stosunku do tych, którzy nawet lekko od tych standardów odchodzą, nie obawiam się że w PO pod rządami Tuska dojdzie do gorszych praktyk.

Czy w 2015 r. możliwy jest scenariusz rozdzielenia funkcji premiera i przewodniczącego partii?

Wydaje mi się to mało prawdopodobne, nie tylko ze względu na osobę Donalda Tuska. To nie jest zdrowa sytuacja, gdy przewodniczący największej partii, nie jest jednocześnie premierem.

W polskiej polityce po 1989 r. to niemal standard - Donald Tusk jest jednym z niewielu wyjątków od tej reguły.
Ale za każdym razem, gdy premierem była inna osoba niż przywódca partii rządzącej, dochodziło do konfliktów, które rozsadzały rząd i Sejm. Zaplecze polityczne gabinetu zaczynało się sypać z tego powodu, że główny ośrodek decyzyjny znajdował się poza rządem.

Jaka jest kondycja Platformy po ostatnim posiedzeniu partii w Jachrance? Do mediów doszły informacje o podziałach w PO wokół problemów światopoglądowych, zwłaszcza kwestii in vitro. Czy to nie zagraża stabilności partii?
Nie zagraża, bo te różnice znane były od dawna. I wierzę, że posłom PO uda się wypracować jednolite stanowisko w tej sprawie.

Premier Tusk zapowiedział w Jachrance nowe otwarcie. Na czym ma ono polegać?

Premier, tak jak zapowiedział, w ciągu niecałego roku zrealizuje najważniejsze cele z exposé z listopada ubiegłego roku. Już wkrótce wszystkie reformy wtedy zapowiedziane będą ukończone. Ta najtrudniejsza, czyli podniesienie wieku emerytalnego, już za nami. Udało nam się uporać także z najważniejszym wyzwaniem, jakim było przygotowanie Euro. Dlatego dzisiaj trzeba postawić sobie nowe zadania - i premier je przedstawi jesienią. I to on ma największą wiedzę, co jest potrzebne i możliwe w ciągu najbliższych trzech lat.

Ale czy premier podejmie się jakiegoś wyzwania równie trudnego jak reforma emerytalna? Czy raczej należy się nastawić na powrót polityki ciepłej wody w kranie?
Nie wykluczałbym nowych reform, ale polityka nie polega na tym, aby co roku dostarczać obywatelom dreszczyku emocji w postaci kolejnej trudnej reformy wprowadzanej dla samej reformy. Przy reformie wieku emerytalnego premier i cała PO udowodnili, że potrafią zrealizować trudne reformy, gdy jest to konieczne. A teraz dla Polski niezbędne jest oddawanie kolejnych odcinków autostrad, inwestycje w infrastrukturę kolejową, tak by jeździło się szybciej, usprawnienie sadownictwa. Nawet jeśli takie cele brzmią mało ambitne, to zostaną docenione przez Polaków. Na bieżąco w ramach tzw. polityki ciepłej wody w kranie należy podnosić jakość polskiej szkoły, wprowadzając więcej nowych technologii, bez których szkoła nie będzie atrakcyjna dla młodzieży. Trzeba dbać o rozwój polskiej kultury, upowszechnić do niej dostęp, jednocześnie wspierając najwybitniejszych artystów, którzy mogą Polskę promować za granicą. Ogromne zadanie ma resort cyfryzacji. Konieczność przejścia na administrowanie krajem online brzmi może mało ambitnie, ale z perspektywy obywatela to jest gigantyczna zmiana, gdyż umożliwi załatwianie spraw urzędowych przez internet. Właściwie w każdej dziedzinie można nakreślić takie obszary, które pozornie będą wyglądały na mało ambitne, ale będą oznaczały, że będzie się nam żyło łatwiej i lepiej.

Pan podkreśla konieczność sprawnej administracji krajem, gdy tymczasem opozycja głośno mówi o seryjnym samobójcy. Te głosy podniosły się po śmierci generała Petelickiego, po internecie krąży lista jego ofiar.
Jest gdzieś granica absurdu, której przekroczenie oznacza kompromitację. Ci, którzy formułują takie uwagi, niech robią to na własny rachunek. Ja nie będę tego komentować.

Wideo

Komentarze 18

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

D
Donald
To, że nam się nie udało z Zieloną Wyspą jest wyłącznie winą partii Jarosława Kaczyńskiego!

Udowodnili to już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, nie mówiąc już o naszych dziennikarzach z TOK fm oraz Polskiego Radia.

To samo dotyczy afery hazardowej, stoczniowej, smoleńskiej, szpitalnej, autostradowej, stadionowej, receptowej, szkolnej, emeryturowej, TV cyfrowej, informatyzacyjnej oraz afery inwigilacji internetowej (ACTA).

Zawsze nasi dziennikarze dzielnie stoją na straży prawdy oraz na straży ustroju.

Winę za całe zło w naszej ukochanej ojczyźnie ponosi PiS, który -- chcąc założyć IV Rzeczpospolitą -- dąży do zburzenia dotychczasowego porządku ustanowionego przez gen. Kiszczaka oraz innych ludzi honoru.

PS. Na mój piłkarski rozum wszystkie kobiety powinne pracować jak najdłużej, np. do 67 roku życia.

PS. To nieprawda, że nasi specjaliści kiepsko znają język angielski. Na mój piłkarski rozum hasło "Feel like at home" wcale nie musi być błędem językowym!

PS. To także nieprawda, że w Polsce są loże masońskie, mafie lub inne tajne stowarzyszenia!

Jak już powiedziałem, to wszystko udowodnili już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, TOK fm oraz Polskiego Radia.
c
czyli wampir
utuczony na naszej krwi i pocie
l
lodzia
na decyzjach podejmowanych na Radach Europejskich?...” Otóż, red. Koziński stawia bardzo sensowne pytanie, a otrzymuje odpowiedź następującą: „... Nie zgadzam się z tą tezą. Proszę pamiętać, że w sprawie... premier osiągnął, co zamierzył.” Pomału zaczynam rozumieć pracę dziennikarzy. Sensownie przygotują się do wywiadu, a w zamian, zamiast rzetelności i jakiejś lojalności, otrzymują zestawy nonsensów. Co zapewne jest przykre! Jakby nie patrzeć, to właśnie dziennikarze utrzymują polityków latami na stołkach, również tych marnych, będąc samemu zagrożonym wymiecieniem na bezrobocie. Jednak braci dziennikarska nie martwcie się! Jesteśmy tutaj od tego, ażeby Was nie chwalić, lecz Wam w jakiś sposób możliwie pomagać, a zarazem i utrudniać! Pierwszym pomocnym jest już dzisiaj nick @ Malwersacja, gdyż dołączył stosowną wiedzę. Teraz można jedynie dodać, że za prezydencji Polski w UE mgr. Donald Tusk częstował Europejczyków, notabene odzianych w garnitury Armani&Co., truskawkami z wielkiego wiklinowego koszyka. Czy oby nie pochodzącego z wietnamskiego importu... Oczywiście z czego był niewątpliwie bardzo uradowany przewodniczący dr Jerzy Buzek. Zdjęcia są w necie! Natomiast, czy smakowało Europejczykom w drogich Armani... tego to już nie wiem. Ale patrząc na statystykę konsumpcji – statystyka to dziedziana nudna, ale mądra tak jak matematyka – wynika, że Europejczycy konsumują jednak w milionach ton banany marki „Chiquita”. W tym również z hodowli peruwiańskiej. Lecz do truskawek raczej mają awersję, gdyż dość często wywołują wysypkę. Tak bynajmniej stanowi statystyka, czyli dziedzina prawdy, a nie wiary w cud!

PS. Redakcja zezwala na ca. 3900 znaków i tyle właśnie przeczytałam z wywiadu z p. Protasiewicz. Albowiem, to nie jest żaden cud że (2+2) jest zawsze równe 4. Jednak tutaj nie winą dziennikarzy, że chcą od nich, aby wychodziła ciągle inna liczba. Słowem, zostaję przy liczbie 4, tudzież 3900.
p
polo
Mafia ciemniaków szykuje się do rządzenia przez następne kilkanaście lat.
Od 1989 PO-stkomuna zaliczyła trzy wpadki; w 1992, 2005, oraz przy wyborach na Prezydenta, którego szybko pozbyli się pod Smoleńskiem - wraz z elitą PiS.
Do trzech razy sztuka.
Przy poparciu Moskwy i Berlina, zdrajcy zamierzają rządzić jeszcze długo.
O wolnych demokratycznych wyborach można zapomnieć na wiele, wiele lat.
M
Malwersacja
1981 ............ ............= 25,50 mld USD... w MF min. Marian Krzak
1989 .........................= 42,20 mld USD... w MF min. Leszek Balcerowicz
2001 .........................= 71,20 mld USD... w MF min. J. Bauc, H. Wasilewska-Trenkner, M. Belka
2002 = 352,60 mld zł = 94,00 mld USD..... w MF min. M. Belka, G. Kołodko
2003 = 408,60 mld zł = 109,00 mld USD... w MF min. G. Kołodko, A. Raczko
2004 = 432,28 mld zł = 145,00 mld USD... w MF min. A. Raczko, M. Gronicki
2005 = 466,60 mld zł = 143,00 mld USD... w MF min. M. Gronicki, T. Lubińska
2006 = 506,20 mld zł = 176,00 mld USD... w MF min. Zyta Gilowska, P. Wojciechowski, S. Kluza
2007 = 527,40 mld zł = 217,00 mld USD... w MF min. Zyta Gilowska, J. Kaczyński, J.V.Rostowski
2008 = 597,70 mld zł = 202,00 mld USD... w MF min. Jacek Vincent Rostowski
2009 = 669,90 mld zł = 235,00 mld USD... w MF min. Jacek Vincent Rostowski
2010 = 778,21 mld zł = 263,00 mld USD... w MF min. Jacek Vincent Rostowski
2011 = 774,80 mld zł = 225,00 mld USD... w MF min. Jacek Vincent Rostowski
2012 = 772,57 mld zł = 245,00 mld USD *. w MF min. Jacek vincent Rostowski. *Na dz. 30.04.2012

Teza: Wysokość aktualnego jawnego długu publicznego w stosunku do 2002 roku wzrosła o kwotę 419,97 mld zł = 133,00 mld USD. Natomiast wzrost za czasów rezydencji min. Jacek Rostowski w MF wzrósł o kwotę 245,17 mld zł = 78,00 mld USD, zamiast chociażby trochę zmaleć!

Wnioski: Śp. Andrzej Lepper wołał: Balcerowicz musi odejść! Teraz zapewne wołałby: Jacek Rostowski musi zostawić nasze pieniądze w błogim spokoju, bo jeszcze trochę, a zostaniemy w skarpetkach! Minister Marian Krzak już nie żyje. Ale może wychował potomka na porządnego ekonomistę. Jak z powyższych liczb widać, przydałby się w MF na ministra!

-------------------------------------------------------------

19 czerwca 2012: Resort finansów, informując, że zaciągnął kolejną pożyczkę - 750 mln euro, czyli ponad 990 mln dol. - z Banku Światowego, nie podał kluczowej informacji, a mianowicie, jakie jest jej oprocentowanie.

W depeszy PAP ani słowem nie wspomniano o warunkach spłaty długu. Zamiast tej podstawowej informacji znalazły się cytaty z listu dyrektora Banku Światowego na Europę Centralną i kraje bałtyckie Petera Harrolda, który jest peanem na cześć rządu Tuska, za jego wkład w podniesienie wieku emerytalnego i konsolidację finansów publicznych.
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu "Czuję, że Tusk będzie kandydował na trzecią kadencję. Może być długowieczny jak Kohl"
s
sznur wisielca
Z pozoru wszystko idzie po myśli rządu (..) ale różowa fasada skrywa to, co mniej atrakcyjne - pisze brytyjski "The Economist".

Jako pierwszy, największy mankament działań polskiego rządu, "The Economist" podaje deficyt finansów publicznych, który znajduje się na poziomie 7,9 proc. PKB (w 2010 r.) i jest czterokrotnie wyższy niż w 2007 r.

Po 5 latach od szczytu WIG wciąż nie odrobił strat

W lipcu 2007 r. główne indeksy GPW osiągnęły rekordowe poziomy.»
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
G
Gedan
Zadnych rzadow liberalow i lewicowcow mamy ich dosyc po sam czubek nosa.Dbaja tylko o wlasny interes kosztem narodu
Dodaj ogłoszenie