Czesław Lewandowski: Przeżyłem piekło fabryki śmierci, obozu koncentracyjnego Stutthof

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Czesław Lewandowski, były więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof
Czesław Lewandowski, były więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof Archiwum domowe
KL Stutthof był najdłużej działającym obozem koncentracyjnym i zagłady na terenie współczesnej Polski i w Europie. 2 września 1939 roku trafił tam pierwszy transport więźniów. Ostatni więźniowie na wyzwolenie musieli czekać do końca wojny, do 9 maja 1945 roku. W 81 rocznicę tego wydarzenia publikujemy rozmowę z Czesławem Lewandowskim, jednym z nielicznych żyjących więźniów tej fabryki śmierci. Moim obowiązkiem, obowiązkiem byłego więźnia obozu Stutthof jest wszędzie mówić o jego potworności. O pozbawieniu więźniów człowieczeństwa. O terrorze. O strasznych przeżyciach i gehennie więźniów. I głośno wołać: nigdy więcej takich potworności! - w rozmowie z Anitą Czupryn mówi Czesław Lewandowski.

„Chciałbym przeprosić tych, którzy przeszli przez piekło obłędu” – powiedział Bruno Dey, należący do SS strażnik niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof, skazany niedawno podczas procesu w Hamburgu. Co Pan poczuł, słysząc te słowa?

Proszę pani, przeprosić to mało! Przeprasza się za winy niezbyt groźne. Natomiast obóz koncentracyjny to jest zupełnie coś innego. A Bruno Dey był tylko członkiem obozu. W obozie byli esesmani, byli naziści, ale ja ich tak nie nazywam. To nie esesmani, nie naziści tylko Niemcy są winni. Niemcy!

Kara - dwa lata więzienia w zawieszeniu za współudział w zamordowaniu 5232 osób, które zginęły w Stutthofie podczas jego służby i za próbę jednego zabójstwa. Jak Pan ją ocenia?

A ja bym mu w ogóle nie dał nic. Żadnej kary. Z dwóch względów. Po pierwsze, udowodniono, że on nie był bezpośrednim uczestnikiem tych groźnych zjawisk. A po drugie – dziś to jest już zupełnie inny człowiek.

Też zmaga się z piekłem obozu, mimo, że był po drugiej stronie?

Na pewno! Bardzo. Może nie dotyczy to wszystkich, ale z tego co czytałem o nim i z jego wypowiedzi wynika, że on się z tym bardzo mocno zmaga. On po prostu widział makabrę. Gehennę tysięcy, tysięcy ludzi.

Jesteście panowie niemal rówieśnikami – on miał wówczas lat 17, a Pan, kiedy trafił do obozu jako więzień – ledwo 16. Ciekawe, że dopiero teraz w 2020 roku skazano Deya i to tylko dlatego, że w 2016 roku znaleziono w Sztutowie dowód na to, że on tam był, czyli jego mundur z nazwiskiem. Jak to możliwe, że dopiero po takim czasie to odkryto?

No, jest możliwe. Nie wszystkie dokumenty były dostępne. Nie to, że były utajnione, po prostu, gdzieś się zawieruszyły. A jak nie ma dowodu na winę, to trudno człowieka sądzić. Główni zbrodniarze z tego obozu sądzeni byli od razu po wojnie. Było tych procesów parę w Gdańsku. Ale tacy pojedynczy winowajcy zapewne jeszcze są. Jeżeli jeszcze żyją.

Potrafi Pan przywołać w pamięci twarz tego młodego strażnika z 1944 roku? Kojarzy Pan Bruna Deya z tamtego czasu?

Nie. Strażników było tam chyba ze dwustu albo więcej. Patrzeć strażnikowi w twarz wtedy to było groźne. Nie wiadomo, jak on mógł się zachować. Mógł uderzyć, mógł zastrzelić. Wszystko było możliwe. Każde spotkanie z esesmanem tam na miejscu, to było wielkie ryzyko i wielkie niebezpieczeństwo. Nie sposób więc było ich zapamiętać. Pamiętało się tylko tych zbrodniarzy, których widziało się na co dzień. Resztę widziało się na wieżyczkach, a jak taki strażnik stal na wieży strażniczej, to jak go można było rozpoznać?

Wyobraża sobie Pan – były więzień obozu koncentracyjnego Stutthof – takie spotkanie z byłym strażnikiem obozu?

Nie; przyznam, że sobie nie wyobrażam. Ale ja się z Niemcami, którzy byli strażnikami w innych obozach, już spotykałem.

I co?

Mogę powiedzieć tylko tyle: nie wybaczam, ale rozumiem, że niektórzy – nie mówię, że wszyscy, mówię, że tylko niektórzy – byli zmuszeni do tego, żeby tam być. Przecież oni byli powoływani do wojska. Analogicznie było swego czasu i u nas. U nas byli powoływani do wojska i byli też powoływani do KBW. A formacje te pełniły zupełnie inne funkcje. Co zawinił ten, który został jako żołnierz powołany do KBW i później zwalczał tak zwane podziemie reakcyjne? A traktuje się go jako winowajcę. U Niemców było podobnie.

To chyba też sprawa losu człowieka.

Naturalnie. Zupełna przypadkowość. Ale to nie dotyczy wszystkich. Były też duże grupy ochotników. Byli na przykład tacy, którzy nie chcieli być nigdzie indziej, tylko w SS. A byli też tacy, którzy byli wcielani w ramach normalnych powołań do wojska. Trzeba więc być bardzo ostrożnym w osądach. Rzecz jasna, że wina Niemców nie ulega wątpliwości, gremialnie popierali i uczestniczyli w Holocauście. Ale skala tej winy jest bardzo różna. Powiem pani, że ja po wojnie studiowałem z Niemcami, rzecz jasna, z NRD. Byli nie tylko zażenowani. Byli zawstydzeni swoją historią. Ale czy wszyscy tacy są? Nie. Akurat ja trafiłem na taką grupę.

Wraca Pan do tych momentów? Do tego dnia, kiedy trafił do obozu koncentracyjnego?

To było 31 sierpnia. Przeczytam coś pani; może to będzie odpowiedź na pani pytanie. (Pan Czesław czyta fragment przygotowanego wystąpienia, które 2 września wygłosił w Muzeum Stutthof, podczas obchodów 81 rocznicy pierwszego transportu więźniów do KL Stutthof). „Jestem jednym z tych szczęśliwców, którym los pozwolił przeżyć piekło tej fabryki śmierci, obozu koncentracyjnego Stutthof. Zostałem tu przywieziony znacznie później niż powstał obóz; w pierwszym transporcie warszawskim 1944 roku. Tysiące warszawiaków, więźniów tego obozu, tego szczęścia co ja, nie miało”.

Jak to się stało, że trafił Pan do tego transportu?

Przypadek. Jako powstaniec warszawski wykonując zadanie patrolowe na Marymoncie wpadłem w „kocioł”. Od tamtej chwili, do chwili przybycia transportu do obozu wspomnienia są i pozostaną okropne. Przerażające. To codzienna groza śmierci. Codzienna walka o przeżycie. Przemoc i cała naukowa procedura pozbawienia więźniów człowieczeństwa, odebrania im wiary w możliwość przeżycia oraz uśmiercania ich w różny sposób. Takie wspomnienia i obraz tej fabryki śmierci utrwaliły się w mojej pamięci prześladują mnie do dziś. Pamiętam, że po wyładowaniu z wagonów zobaczyłem w oddali rząd drewnianych baraków za drutami kolczastymi, z wieżyczkami strażniczymi, patrolami z psami i wtedy dowiedziałem się, że to obóz koncentracyjny Stutthof.

Jak się Pan poczuł?

Pojawiło się zdumienie i strach. I wyczekiwanie na to, co nastąpi.

Co nastąpiło?

Wśród krzyków, bicia, popychania, utworzono z nas kolumnę i wprowadzeni zostaliśmy przez główną bramę na wywołujący przerażenie teren obozu. Rozpoczęła się potworna procedura pozbawienia nas własnej tożsamości. Od momentu przekroczenia obozu zostałem poddany całej procedurze odczłowieczenia, która miała różne formy i była przemyślanym ciągiem nieludzkiego, psychicznego i fizycznego terroru obliczonego na odebranie więźniom jakiejkolwiek nadziei na przeżycie. Po zapisaniu w ewidencji otrzymałem kawałek szmatki z numerem 79152 i czerwonym trójkątem z literą „P”, którą miałem przyszyć na piersiach więziennego pasiaka.

Co oznaczał ten trójkąt i ta litera?

Oznaczało to, że jestem więźniem politycznym. Wtedy przestałem istnieć jako Czesław Lewandowski. Zostałem wyłącznie numerem; on stał się całą moją tożsamością. W obozie nikt z nas, więźniów, nie decydował o sobie, o swoim postępowaniu, swoim życiu. Byliśmy numerami, z którymi kompletnie nikt się nie liczył, a których codzienność, rodzaj pracy, loteryjna gra o życie oraz przeżycie każdego dnia było uzależnione od kaprysu kapo, a już zupełnie od kaprysu wszechmogących esesmanów. Przy wrzasku i biciu kapo zostałem skierowany na blok, czyli do baraku, na kwarantannę. Tam zaczęto nas uczyć obozowych obowiązków: o zdjęciu czapki przed każdym Niemcem; o tym, że ogrodzenie z drutu kolczastego jest pod napięciem, a strażnicy strzelają bez uprzedzenia. Jak stawiać się na apel w bloku, jak odliczać swoją obecność na apelu i całą listę różnych wymogów, nakazów, zakazów, ale żadnego prawa. I tak zaczęła się prawdziwa gehenna. Jak powiedziałem – przestałem być człowiekiem. Byłem numerem. Tak mnie wywoływano i tak tylko mogłem się zwracać do kapo czy esesmana – przez podanie swojego numeru. W ramach obozowego terroru wszystkie czynności obowiązkowo musiały być wykonywane biegiem.

Jak zapamiętał Pan obozowe życie?

Wykonywaliśmy straszliwie ciężkie nieprodukcyjne prace nadzorowane przez kapo. Każdego dnia, wielogodzinne apele rano i wieczorem, połączone z selekcją więźniów, bicie na każdym kroku, głodowe racje żywnościowe. Taka była codzienność, żeby więźniowie zatracili swoje człowieczeństwo. Chodziło o to, by nas zgnębić psychicznie, żeby odebrać jakąkolwiek wiarę w siebie i możliwość przetrwania. Do spółki z jednym więźniem dostałem miejsce na pryczy górnej, w olbrzymim pomieszczeniu. Do tego jeden wspólny koc z cienkiej tkaniny – nieco tylko grubszej od naszych pasiaków. W baraku była też umywalnia z ledwo cieknącą wodą, miejsce naszej codziennej toalety, mycia siebie, misek i prania ubrań. Poranne mycie po pobudce odbywało się biegiem, przy wrzasku blokowych i kapo. Na opóźniających się spadały serie razów wymierzanych pałką lub kijem. Każdego dnia po tej przyspieszonej toalecie pozostawało w umywalni paru prawie zakatowanych więźniów. Umywalnia służyła również do przechowywania zwłok zmarłych nocą więźniów, a po każdej nocy ich też było kilku.

Co jedliście w obozie?

Na nasze wyżywienie składało się śniadanie: pajdka tego, co nazywało się chlebem, o wadze 10 deko i było gliniastą miazgą. Do tego dekowa kostka margaryny i pół litra czarnego napoju zwanego kawą. Obiad to litr płynu zwanego zupą, czyli kawałek rozgotowanej brukwi pastewnej lub żółtej marchwi, którą należało wypić ekspresowo, bo kaprys kapo czy esesmana mógł więźnia pozbawić tego posiłku. Trzeba było być wielkim szczęśliwcem, żeby znaleźć tam kawałeczek kartofla. Kolacja podobna do śniadania. Razem około 900 kalorii na dobę. Po śniadaniu apel, a po apelu przydział do katorżniczej pracy tylko po to, by więźniowie byli zatrudnieni. Prace były zupełnie bezmyślne. Na porządku dziennym były przydziały do komand transportowych, gdzie siłą pociągową byli więźniowie. Właśnie przy tych pracach kapo wyżywali się na więźniach w sposób szczególnie bestialski. Bili pałami za im tylko znane przewinienia; niemieccy esesmani bili dla własnej przyjemności. Więźniowie wracali z tych prac śmiertelnie zmęczeni. Wieczorem zaczynały się długotrwałe apele więźniów ustawionych na placu, w kolumnach, blokami; wielokrotnie powtarzające się liczenie, przeglądy więźniów stanowiące swoistą selekcję; likwidacja więźniów chorych lub tych, którzy nie podobali się esesmanom. Potworne były codzienne widoki więźniów rozciągniętych na drutach. To byli ci, którzy w rozpaczy nie widzieli innego wyjścia, jak skrócenie swojej męki przez rzucenie się na druty ogrodzenia pod wysokim napięciem, dodatkowo zastrzeleni przez wartowników. Strasznym było trafić do komand wyładowujących barki na pobliskim kanale.

Pan tam trafił.

Parę razy. Podobnie jak do wyrębu lasu. Dla mnie to były najgorsze prace obozowe, jakie mogły się przydarzyć więźniowi, a sądzę, że mogły być jeszcze inne, gorsze. Przy wyładunku barek przez parę godzin podawało się kamienie, betonowe elementy z wnętrza barki na górę; różnica wysokości wynosiła prawie dwa metry, skąd ładunek odbierali inni więźniowie. Setki pochyleń i podań. Morderczy wysiłek. Z pewnością nie bez wpływu starszych stażem więźniów udało mi się trafić jako małolat, do komanda pracującego w zakładach zbrojeniowych obozu. Po miesiącu pracy tam, zostałem przeniesiony do obozu głównego. Zbiegło się to z przybyciem do obozu grupy dziewcząt z Powstania Warszawskiego, w mundurach i odznakach powstańczych. Wzbudziło to w obozie niesamowite poruszenie i pomimo grozy codziennej egzystencji, pozytywną sensację i otuchę. To był promień nadziei, że są jeszcze ci, co walczą.

Jak potem potoczyły się Pana losy w obozie?

Później zostałem przydzielony do komanda wyjazdowego; była to paręset osobowa grupa więźniów. Przejazd kolejką wąskotorową do Elbląga. Nie znaliśmy miejsca swojego przeznaczenia, ale wiedzieliśmy, że niektóre wagony tej kolejki były przeznaczone do gazowania więźniów podczas jazdy. Nas to nie dotknęło. Dotarłem całą grupą do podobozu w Elblągu. Składał się od z kilkunastu baraków ustawionych w czworobok i z dużego placu apelowego. Warunki, procedury i reżim jeszcze gorszy, niż w obozie głównym. W kolumnie przeprowadzono nas przez miasto Elbląg wśród ohydnie zachowujących się ludzi na ulicy. Dotarliśmy na teren olbrzymich zakładów fabrycznych. Zostałem skierowany do hali, a jako miejsce pracy – zostałem przypisany do szlifierki. Majstrami byli tu starsi wiekiem Niemcy. Majster pokazał mi, jak i co mam robić, jaka ma być dokładność obrabianego metalu, i ile obowiązkowo mam tego wykonać. Był bardzo wymagający. Praca trwała 12 godzin z półgodzinną przerwą na obiad. Tempo pracy było obłędne. Żadnego przestoju. Nadzór sprawowali esesmani. Ale w fabryce nie przejawiali swoich zwierzęcych wynaturzeń, chyba że w reakcji na skargę majstra. Od maszyny odchodziło się zupełnie wyczerpanym, z trudem trzymając się na nogach. A po pracy był jeszcze długi, około 5-kilometrowy przemarsz kolumną przez miasto do podobozu. Tam z kolei wielogodzinny apel z całą obozową procedurą. Już po paru tygodniach około jedna trzecia więźniów zmarła z wyczerpania, a pozostali – i ja wśród nich – chodziliśmy jak cienie. Umieralność więźniów była zastraszająca. Katorżnicza praca. Potworny głód. Straszne warunki sanitarne. Brak pomocy medycznej. Wszy i inne robactwo. Do tego nabyte w pracy urazy, bez możliwości ich leczenia, bestialskie postępowanie Niemców i kapo z więźniami oraz dopełniające reszty wielogodzinne apele obozowe, po prostu dziesiątkowały więźniów. Okres jesieni i zimy zwiększał grozę pobytu. Przeraźliwy wiatr morski. Bardzo duża wilgotność. Zimne baraki. Krótkie dni. Codzienne parokilometrowe przemarsze. Wszystko to gwałtownie zwiększało zachorowalność i umieralność.

Jak długo Pan tam przebywał?

Mój pobyt w tym podobozie trwał do stycznia 1945 roku. Pamiętam, jak jeszcze w 1944 roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, podczas przemarszu kolumny przez miasto, duża grupa więźniów Kaszubów dokonała ucieczki. Esesmani szaleli. Do podobozu odległego jeszcze ponad 3 kilometry wracaliśmy biegiem. Wszyscy zostaliśmy zatrzymani na placu apelowym i wśród bicia, i wrzasków rozpoczął się apel i wielokrotne liczenie więźniów. Potwornie zmęczeni wielogodzinną pracą, głodni, straszliwie przemarznięci, przy temperaturze około minus 20 stopni, staliśmy na tym placu ponad 24 godziny. Dziesiątki więźniów nie wytrzymało fizycznie. Padali. Jedni umierali natychmiast, innych dobijał kapo lub esesman. To była potworna masakra. Podczas tego apelu zmarło lub zginęło od bicia ponad połowa więźniów podobozu. Trzymano nas na placu do czasu sprowadzenia uciekinierów. Żadnego z nich nie przyprowadzono żywego. Przywiezione trupy zostały ułożone pod choinką, którą w tym celu ustawiono na placu. Taką nam urządzono wigilię. Koszmarne obrazy tej i innych potworności utrwaliły i odtwarzały się w mojej pamięci przez długie lata. Duża część więźniów w obozie popadała w zupełną apatię. Godzili się z przerażającą rzeczywistością i uważali, że jedynym ratunkiem jest tylko modlitwa. W gwarze obozowej nazywano ich muzułmanami. Wierzyli już tylko w opatrzność bożą. Rezygnowali z walki o przeżycie. To byli straceńcy.

Pan się nie modlił?

Ratunek w modlitwie w obozie był najgorszym wyborem na sposób przeżycia. Chociaż podobno niektórym pomagał; tak jak wiara w lepsze życie po śmierci. Daleki byłem od takiej akceptacji życia, zdając się na swój instynkt i wiarę w przetrwanie. Szukałem innych sposobów ocalenia w tej potwornej fabryce śmierci. W drugiej połowie stycznia 1945 roku podobóz został ewakuowany do Stutthofu. Tam poruszenie; kolejna ewakuacja. Znalazłem się w trzeciej czy czwartej kolumnie liczącej 1200 więźniów i w asyście silnej straży esesmanów z psami zostaliśmy poprowadzeni w nieznane. Ten ewakuacyjny marsz trwał znacznie ponad dwa miesiące.

Marsz śmierci.

Tak został nazwany. Odgłosy zbliżającego się frontu nie zmieniły postępowania esesmanów, którzy po prostu mordowali każdego, kto odstawał od kolumny, a ciała pozostawały wzdłuż drogi marszu. Podczas tego marszu zachorowałem na dur brzuszny. A ponadto miałem boląca nogę jako pozostałość tak zwanej flegmony, nabytej w Elblągu. Dur brzuszny z wysoką temperaturą i boląca noga w takim marszu to zabójcze zjawisko. Traciłem siły. Wlokłem się bez świadomości tego, co się wokół dzieje. Kierunku ani miejsca docelowego nikt nie znał. Marsz odbywał się w potwornych warunkach: bardzo mroźna zima, temperatura około minus 15-20 stopni. Dużo śniegu. A my ubrani w pasiaki, faktycznie bez obuwia, chyba że coś gdzieś wykombinował, głodni, zwierzęco traktowani przez esesmanów, pędzeni byliśmy jak bydło, bez zatrzymania, do późnego wieczoru. Posiłek był raz na parę dni. Każdy więzień, który nie nadążał w marszu, był zastrzelony, albo zaszczuty przez psy. Tempo było różne; część odbywała się biegiem, a część marszowym krokiem. Postoje po całym dniu były w pustych halach fabrycznych, stodołach, barakach obozów czy w kościołach. Śmiertelność ogromna. Kolumna cuchnęła niesamowicie, gdyż więźniowie załatwiali się w ubrania.

Co z Pana nogą?

Zrobiła się granatowa; ból potworny. Moim stanem zainteresował się jeden ze starszych stażem więźniów, idących w kolumnie. Obiecał, że przetnie opuchliznę, by zapobiec gangrenie. Dokonał tego kawałkiem jakiejś blachy. Ból był straszliwy. Do dziś pamiętam zgrzyt blachy o przecinane ciało. Z nogi stopniowo znikała opuchlizna; pozostał tylko ból, z którym kontynuowałem marsz. Więzień, który zainteresował się moją nogą, podobno był lekarzem wojskowym. Uratował mi zarówno nogę, jak i życie. Następnego dnia został zakatowany na śmierć przez esesmana.

Pan przeżył. Zadawał Pan sobie to pytanie, co spowodowało, że jest Pan po stronie żywych?

Tego nie wiem. I jeszcze udało mi się przeżyć do wieku 92 lat!

Właśnie! Gratuluję!

Na pewno gorąca wola życia, jakieś wewnętrzne siły, gesty pomocy starszych stażem więźniów, a może młodość i hart nabyty w latach okupacji, w „Szarych Szeregach” pomogły mi przeżyć ten koszmar.

Jaki był finał tego marszu?

Zakończył się w miejscowości Gęś, pod Lęborkiem. Wyzwoliły nas rosyjskie czołgi. Tylko że przynajmniej połowa wyzwolonych więźniów zmarła zaraz potem. Żołnierze radzieccy zawieźli mnie do dużego polowego szpitala Armii Radzieckiej w rejonie Lęborka. Zostałem wyzwolony, ale na półmartwy, straszliwie obolały, szkielet człowieka nieludzko wygłodniały, nieświadom nawet wyzwolenia. Leżałem ponad 2 miesiące. Uratowano mnie w tym szpitalu.

Odwiedził Pan kiedykolwiek później Muzeum Stutthof w Sztutowie?

Pierwszy raz byłem tam 70 lat po wyzwoleniu obozu i mnie z tego obozu. Bałem się jechać. Po prostu bałem się wspomnień. No, ale się przemogłem. Pomyślałem: „Te moje lata nabywają się, niech ja jeszcze raz tam będę”. I pojechałem.

Było tak, jak Pan pamiętał?

Nie. Ten obóz w tej chwili to jest… tylko dowód, że coś było. Nie ma tej grozy, którą pamiętam. Próżno szukać tamtego potwornego klimatu. No, jest obóz, jest. Nawet są druty, ale tylko jako druty. A przecież to wszystko było zupełnie inaczej. Druty były pod wysokim napięciem. Teraz jest jedna wieżyczka tylko, przy bramie głównej, a tych wieżyczek to było chyba co 150-200 metrów wkoło; masa. I w środku między jednymi a drugimi drutami cały czas chodziły patrole. To był nieludzki czas. Nasze przeżycia, materialne dowody straszliwej zbrodni dokonywanej w obozie powinny być przestrogą dla tych, którym marzy się nowa zawierucha wojenna z jej straszliwymi skutkami. Powinny i muszą być ostrzeżeniem nie tylko dla Polaków, ale dla wszystkich ludzi. Gdyż mogą się znaleźć i co jest najbardziej groźne, znajdują naśladowców oprawców z obozu działającego w imię jakichś nieludzkich idei, a te rodzą się i w naszym kraju. Dlatego moim obowiązkiem, obowiązkiem byłego więźnia obozu Stutthof jest wszędzie mówić o jego potworności. O pozbawieniu więźniów człowieczeństwa. O terrorze. O strasznych przeżyciach i gehennie więźniów. I głośno wołać: nigdy więcej takich potworności, jakie były naszym udziałem!

Jakie błędy najczęściej popełniamy nosząc maseczki?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie