Czasem lepiej, czasem gorzej, ale gotować każdy nauczyć się może

Anita Czupryn
Dorota Wdowińska-Rozbicka, kulinarna królowa Bloxa fot. bartek syta
Programy kulinarne biją w Polsce rekordy oglądalności. W internecie królują blogi, które traktują o jedzeniu. Polacy coraz częściej, zamiast iść do restauracji, wolą ugotować coś sami. Kuchnia znów staje się sercem domu.

Jeszcze kilka lat temu ich życie wyglądało zwyczajnie, jak życie milionów przeciętnych Polaków: praca - dom, praca - dom, wychowywanie dzieci, przygotowywanie posiłków. Rutyna. Aby od niej uciec, szukali odmiany w… kuchni. Bo ciągle tylko rosół albo schabowe, a ileż można jeść wciąż to samo. Szukali nowych smaków, próbowali odtwarzać stare receptury, a efektami swoich poszukiwań zaczęli dzielić się z innymi. Zakładali blogi, zamieszczali w internecie krótkie filmiki o gotowaniu, ale też wciąż rozwijali swoje umiejętności. I nagle ich zwyczajne życie zupełnie się odmieniło. Zyskali popularność, dla wielu stali się idolami, ale co najważniejsze - popularyzując kulinarne talenty, zarażają pasją gotowania ogromne rzesze ludzi.

Kuchnia basowa Janka

Na śniadanie zjadł proste kanapki. Proste?! Z pieczoną piersią kurczaka, świeżym, aromatycznym ananasem, rukolą, drobno pokrojoną czerwoną cebulą, polane sosem ketchupowo-majonezowym?! - To prosta kuchnia, proste przepisy, proste smaki, niedługi czas przygotowania - upiera się przy swoim Janek Paszkowski i dodaje: - A jednocześnie niespotykane połączenia smakowe: słodkie ze słonym, kwaśne z gorzkim. Wtedy jedzenie sprawia mi frajdę.

Janek ma 20 lat, pochodzi z aktorskiej rodziny, ukończył szkołę muzyczną w klasie klarnetu, gra na gitarze basowej. A gotuje, choć brzmi to niewiarygodnie, od dzieciństwa. Jednak dopiero teraz, gdy wystąpił w programie kulinarnym "Master Chef", poznała go szersza publiczność, a dzięki popularności, jaką tam zdobył, organizatorzy warsztatów kulinarnych i restauratorzy chętnie zapraszają go, aby gotował ich gościom. Poszedł za ciosem i założył bloga pod tytułem "Kuchnia basowa", (www.kuchniabasowa.blogspot.com), na którym zamieszcza przepisy na "jazzowe" dania.

- Miałem 6 lat, kiedy rodzice grali wieczorem spektakl w teatrze i zostawili mnie pierwszy raz samego w domu. Chcąc im zrobić niespodziankę, wpadłem na pomysł, że im coś przyrządzę na kolację. Otworzyłem lodówkę, odkryłem pieczarki, włoszczyznę. Ugotowałem z tego improwizowaną zupę pieczarkową. Rodzice byli zachwyceni. Tak to się zaczęło. Gotowanie zafascynowało mnie, im częściej zostawałem sam w domu, tym częściej robiłem jakieś dania, nie bojąc się brać za takie skomplikowane, jak na przykład gulasz.

Jamie Oliver był dla mnie bramą do kulinarnego świata. Miałem 12-14 lat i chciałem go naśladować. Kilka lat później zdjęcie mojej tarty czekoladowej zwyciężyło w konkursie Olivera

Od maleńkości lubił siedzieć w kuchni i patrzeć, jak rodzice i babcia gotują. W przedszkolu zaglądał do kuchennego okienka, przez które wydawane są potrawy i podglądał pracę kucharek. - Bazowałem głównie na wizualnych doświadczeniach - śmieje się. Zwariował, gdy trafił na programy angielskiego mistrza kucharskiego Jamiego Olivera. - Był dla mnie bramą do kulinarnego świata. Taki młody i może dlatego tak trafił do mnie. Miałem wtedy 12-14 lat i chciałem go naśladować - opowiada. Kilka lat później zdjęcie jego tarty czekoladowej wygrało w konkursie Jamiego Olivera. Tartę upiekł dla babci: połączył kruche ciasto z płynnym, ciągnącym się słodkim nadzieniem, z kwaśnymi malinami i jeżynami, czyli z esencją tego, co dla niego w jedzeniu jest najpiękniejsze. - Potem przyszły inne programy, zacząłem kupować książki kucharskie i to mnie nakręcało. Rodzice zauważyli, że moje dania są coraz lepsze i zaczęli powierzać mi gotowanie obiadów - kontynuuje opowieść Janek. Bezbłędnie rozpoznaje ludzi, którzy lubią gotować i jeść. - Widać to w człowieku natychmiast: na zakupach w supermarkecie potrafię takich wyłowić, na bazarku. Oni różnią się od tych, co mają tylko światło w lodówce i wpadli na zakupy po byle co, aby tylko to światło przysłonić. Twarze ludzi, którzy lubią gotować, mówią o tym, że im zależy, aby kupić produkt najlepszy, najsmaczniejszy. Długo wybierają, zastanawiają się, oglądają dokładnie. Nie mają na twarzach rozgoryczenia, zmęczenia, ale radość, jakby już sobie wyobrażali, co z tego powstanie.
Któregoś dnia tata Janka przeglądał internet i trafił na informację o programie "Master Chef". - Może byś się tam zgłosił? - rzucił lekko. Janek wysłał zgłoszenie, napisał, że gotuje, bo uwielbia, poza muzyką, dawać ludziom szczęście w postaci pysznego jedzenia i widzieć, gdy na twarzach pojawia się uśmiech i radość, kiedy próbują czegoś dobrego. Przyjęli go do programu. Kiedy odpadł, założył bloga, bo przecież smakowe pomysły wciąż go nie opuszczają i ciągle ma ochotę na eksperymentowanie w kuchni. A do tej pory nie miał takiego miejsca, w którym mógłby pokazać się światu. - Nigdy nie przestanę gotować. Mam nadzieję, że uda mi się w przyszłości otworzyć restaurację, w której będę grał i gotował dla gości. Może program kulinarny stworzę? Żyję w nadziei, że coś jeszcze się w mojej karierze wydarzy - mówi.

Dorota smakuje

Blog www.smakuje.blox.pl należy do ścisłej czołówki polskich blogów kulinarnych. Jego autorką jest Dorota Wdowińska-Rozbicka, z wykształcenia prawniczka. - Teraz blog to nie tylko moja pasja, to już moja praca - śmieje się. Zaczęło się od tego, że została wegetarianką i szukała nowych przepisów na potrawy. Równocześnie z pasją poszukiwania nowych smaków rozwijała inną - fotografię. Aparat zawsze miała przy sobie już od czasów liceum. Studia na ciężkim kierunku lekko te pasję przytłumiły, potem wyszła za mąż i zaczęła gotować, jak każda zwyczajna pani domu. - Postanowiłam zapisywać przepisy tych potraw, które nam smakowały, stworzyć sobie elektroniczną książkę kucharską. Założyłam bloga. W 2008 r. zaszłam w ciążę, miałam więcej czasu na gotowanie, szukanie przepisów, eksperymenty, fotografowanie dań. Urodziłam córeczkę, menu rozszerzyłam o dania dla dzieci. Wtedy nastąpił kulminacyjny punkt w mojej blogowej karierze - opowiada. Zaczęło się dość pechowo, bo pracodawca postanowił zwolnić ją z dniem końca urlopu macierzyńskiego. Mocno przeżyła utratę pracy. Ale że to była jesień, postanowiła dać sobie czas z szukaniem nowej do wiosny, a ten czas poświęcić córeczce i blogowaniu.

Komentarze, jakie dostawała, motywowały ją. I tak jest do dziś. Serce jej rośnie, gdy czyta: "Właśnie wstawiam do piekarnika papryki faszerowane mięsem według twojego przepisu, bo chcę zrobić niespodziankę żonie. Jest w ciąży i niedługo wróci do domu." Najczęściej jednak ludzie piszą jej: "To już wiem, co będę dziś mieć na obiad", a to pokazuje, że jest dla tysięcy ludzi twórczą kulinarną inspiracją. - Zostałam zauważona. Dostałam pierwsze zlecenie z firmy produkującej przyprawy. Miałam wykonać zdjęcia dań w stylizacji stołu świątecznego - wspomina. To małe zdarzenie okazało się przełomowe. Wtedy pomyślała, że tak właśnie chciałaby pracować: w wolnym zawodzie, łącząc pasję z pracą.

Kiedy Dorota wspomina dzieciństwo, pierwszym obrazem w jej głowie są góry pierogów. - Moja mama jest pierogowym ekspertem. Robi najlepsze na świecie ciasto pierogowe, bardzo miękkie i elastyczne, zawsze bardzo cienko je wałkuje. - Pamiętam, jak mama wałkowała ciasto na stole, wycinała szklanką kółeczka, a my z siostrą i braćmi nadziewaliśmy je i lepiliśmy. To był też czas na rozmowy, zwierzenia, porady i terapię rodzinną - uśmiecha się Dorota.

Teraz zapraszana jest na konferencje, warsztaty, konkursy kulinarne i pogłębia wiedzę nie tylko kulinarną, ale i socjologiczną. Zna upodobania Polaków, jeśli chodzi o kuchnię, wie, że połowa mężczyzn i kobiet w ciągu tygodnia szuka przepisów na szybkie, proste dania, najlepiej na dwa dni. Za to w weekendy nasze kuchnie ożywają. Czytelnicy jej bloga poszukują wtedy przepisów na ciasta i desery. A to świadczy, że tradycja niedzielnego ciasta jest wiecznie żywa.

Przepis Doroty na magiczne ciasto, które przeciwdziała smutkom, chandrom, deszczowym i mglistym dniom to "Brownie z burakami" - bardzo czekoladowe, bardzo słodkie, w którym przemyca zdrowego buraka. - To dla mnie połączenie rozpusty ze zdrowym rozsądkiem - mówi i zapewnia, że buraka wcale nie czuć. Ale częstując gości, lubi pytać, czy wie, z czym było to ciasto. Co ciekawe, ludzie natychmiast reagują tak, jakby w cieście były żaby czy gałki oczne krów. - Kiedy mówię, że to burak - nie wierzą - śmieje się.

Ulubionym pytaniem Doroty jest: "Skąd ludzie czerpią przepisy". 70 proc. pytanych odpowiada, że z blogów internetowych. Bo to najtańszy sposób - blogi można wertować wzdłuż i wszerz, codziennie wyszukiwać nowe inspiracje, i to zupełnie za darmo.

Kinga - ale babka!

Serwis, jaki Kinga Paruzel założyła w internecie dwa lata temu (www.alebabka.blogspot.com), w szybkim czasie stał się tak popularny, że organizatorzy "Master Chef" sami zaproponowali jej, aby wzięła udział w programie. - To przygoda niesamowita, choć byłam tylko babką od wypieków - opowiada. Zresztą, wcale nie chciała brać udziału w programie. Namówił ją mąż. - Program poszerzył moje umiejętności kulinarne, śmieję się nawet, że to "Master Chef" nauczył mnie gotować. Jestem wychowana na klasycznej śląskiej i podkarpackiej kuchni, więc jak mogę na Śląsku podawać kalmary? W moim domu nigdy też nie jadło się królików. Albo - kawior na co dzień? To śląska kuchnia będzie się w moim domu przewijała - podkreśla.

Naprawdę zaczęła gotować, gdy wyszła za mąż - pięć i pół roku temu, ale wychowała się w domu, w którym zawsze było coś dobrego do jedzenia. Babcia, mama, tata - wszyscy lubili pitrasić. Babcia robiła najlepszą oberibę - zupę z kalarepy. Kinga uwielbiała piec ciasta. Przepisów szukała oczywiście w internecie, ale szybko uświadomiła sobie, że przecież sama też może się nimi dzielić. Zwłaszcza, że pochodzi z fotograficznej rodziny i może zamieszczać piękne zdjęcia swoich wyrobów. Ale smaki z dzieciństwa zaczęły do niej wracać w dorosłym życiu i zrodziła się w niej tęsknota, aby je odtwarzać. Wykorzystuje produkty lokalne, mama przywozi jej z gór miód, jabłka, ser, bo dzięki nim jakość końcowego wypieku jest wyższa. - Mikser w dłoni mnie uspokaja. Wolę też patrzeć na szybkę piekarnika i obserwować, jak piecze się ciasto, niż oglądać telewizję. Dzięki blogowaniu i portalom społecznościowym poznała masę ludzi, z którymi dzieli się pasją. - To są głównie młodzi ludzie, którzy są ciekawi spróbowania czegoś nowego. Internet w tym pomaga, jest silnym źródłem przekazu. Nie wszystkich też stać na chodzenie po restauracjach, więc gotowanie w domu to luksus, jaki każdy może sobie dać za mniejsze pieniądze. A potem jest mi przyjemnie, gdy czytam: "Dziękuję ci, Kingo, za to, że mnie też chce się spróbować czegoś nowego".

Ewa z Siedliska Sobibór

U Ewy Szeloch wczoraj na obiad była zupa krem z marchewki z imbirem, posypana ostrym serem, z łezką śmietany, do tego grzanki własnoręcznie pieczone. Na drugie danie piersi z kurczaka opiekane i obsmażane w musie z bakłażana i gruszki faszerowane serem pleśniowym owijane szynką szwarcwaldzką. Dodatki: ryż, sałata zielona, a na deser żurawiny z gruszką. Po takim posiłku jej goście z pewnością będą wracać do Siedliska Sobibór pod Włodawą.

Ewa na co dzień pracuje w teatrze w Lublinie, gdzie jest kierownikiem biura promocji i reklamy. Osiem lat temu kupiła stare, opuszczone i straszliwie zaniedbane siedlisko w otulinie parku krajobrazowego z myślą o urządzeniu tu gospodarstwa agroturystycznego. Wyremontowała stajnię, urządziła pokoje, a z walącej się stodoły zrobiła kuchnię z jadalnią. Stare wrota zamieniła w przeszklone drzwi. Zachowała wiejski charakter, ale połączyła go z nowoczesnością. Goście przyjeżdżali, ale coraz częściej dopytywali się o posiłki. - Mamo, dlaczego nie? - zapytał raz syn. - Jak gotujesz w domu, wszyscy się zachwycają.
Przypomniała sobie, jak lubiła jako dziecko jeździć na wakacje do dziadków. Mieszkali w Sokółce, w dużym domu. W kuchni pod lustrem stała ława. To na niej najczęściej siadał dziadek z misą w rękach i ucierał żółtka z cukrem, a ona ukradkiem wylizywała. - Dziadkowie mówili mi: "Nie wylizuj, bo będziesz miała łysego męża. I tak się stało - śmieje się Ewa. Do tej pory został jej ten zwyczaj, żeby wyjadać surowe ciasto. Ale też tamto wspomnienie miejsca, którego już nie ma, dało jej odwagę, aby wyjść ze swoją domową kuchnią do gości.

Dziadkowie mówili mi: "Ewa, nie wylizuj z miski, bo będziesz miała łysego męża". I tak się stało, wyszłam za mąż za łysego. Ale zwyczaj, żeby wyjadać surowe ciasto, pozostał mi do tej pory

Dla kurażu powiesiła sobie nad gazową kuchenką starą makatkę z wyhaftowanym tekstem: "Jak ja ugotuję, każdemu smakuje". Jej menu jest jak jej siedlisko: pomieszane. Produkty regionalne, mleko od krowy, masło ubijane, jaja od szczęśliwych, wolno chodzących kur, sery od pań z wioski. Przetwory, konfitury robi własnoręcznie. Sama piecze chleb na zakwasie.
Posiłki stara się dopasować nie tylko do gości, ale nawet do pogody. Do prostych potraw dodaje wymyślne przyprawy. Jak imbir czy cynamon do marchewkowej zupy. Do porannego śniadania z białym serem i konfiturami piecze owsiane muffinki, podaje półmisek swojskich wędlin, pieczone mięsa, pasztet z soczewicy, a na gorąco jajecznico-omlet zapiekany w piecu z warzywami.
Koncerty połączone z degustacją potraw organizowane przez Ewę to kolejny trend, jaki pojawił się w Polsce. Ludzie skrzykują się na Facebooku na wspólne gotowanie kolacji. - Zaczęliśmy dostrzegać radość z codziennego życia. Codzienne czynności dla naszych mam pracujących w trudnych czasach były uciążliwe, ale my zaczynamy szanować to, że fajnie można spędzić czas. Chyba też nigdy wcześniej kucharz w Polsce nie był tak doceniany jak teraz - mówi Ewa.

Aromatyczny Michał

Michał Muskała wrócił właśnie ze spotkania warszawskich blogerów kulinarnych. Spotkania organizowane są co miesiąc, zawsze w jakimś lokalu. Zamawiają potrawy, ale pozwalają też sobie wzajemnie na "dziubnięcie" z ich talerza. - U nas granica bezpieczeństwa i dostępności talerza jest inna, bo my lubimy dzielić się jedzeniem - mówi Michał, też uczestnik programu "Master Chef".

Bloga www.aromatyczny.com prowadzi od 2009 r. - Lubię jeść. Ale nigdy nie miałem tyle pieniędzy, aby ze swobodą chodzić po restauracjach i sprawdzać menu. Szybko się usamodzielniłem, miałem 19 lat, kiedy wyprowadziłem się z domu. Nie chciałem zadowalać się trawą z ketchupem, jak określa się kuchnię studencką. Nie mam problemu z gotowaniem dla samego siebie - opowiada.

A gotując, łamie schematy. Pomysły wpadają znienacka. Np. na chips parmezanowy z łososiem, sadzonym jajkiem, sosem holenderskim, sokiem z pomarańczy, suszonymi truskawkami z różowym pieprzem. - Takie smaki mi się w głowie połączyły - śmieje się. To, o czym skrycie marzył, po udziale w programie kulinarnym ma szansę powodzenia. Chce nadal pisać o kuchni, recenzować potrawy, blogować, a nade wszystko gotować. Ma nadzieję, że ta pasja się nigdy nie skończy.

Paulina i Michał gotują do kotleta

Serwis kulinarny www.kotlet.tv odwiedza miesięcznie 700 tys. tzw. unikalnych użytkowników. Młode małżeństwo Paulina i Michał Stępniowie, autorzy serwisu, są na pierwszym miejscu kulinarnych fotoblogów w Polsce. Ludzie kochają ich krótkie filmiki, pokazujące, jak w prosty sposób można wyczarować w kuchni najwspanialsze potrawy, godne królewskiego stołu. - Zaczęło się od tego, że szukaliśmy miejsca, gdzie można by przechowywać wszystkie przepisy tak, by za każdym razem nie trzeba było ich dyktować znajomym. Z internetem zawsze nam było po drodze, oboje z mężem pracowaliśmy w branży internetowej, więc zaczęliśmy przepisy umieszczać w sieci. A że zawsze byliśmy mocno zafiksowani na punkcie robienia filmów i fotografia też była nam bliska, no to zaczęliśmy kręcić filmy. Pomysł zaskoczył. Znajomi znajomych zaczęli polecać sobie naszą stronę, spodobało się. 3,5 roku temu nikt tego nie robił, byliśmy pierwsi. Ludzie zaczęli czekać na nasze filmy - opowiada Paulina.
Ich strona zaczęła się tak rozrastać, że postanowili zrezygnować z pracy i zająć się tylko tym. Serwis nabrał zasięgu dużego portalu, a oni we dwójkę wszystko robią sami. Zarabiają na reklamach. - Jesteśmy ze sobą 11 lat i zawsze gotowaliśmy, zawsze to lubiliśmy, ale odczuliśmy na to ciśnienie, jak zamieszkaliśmy na swoim. Teraz gotujemy razem. Kuchnia to miejsce, gdzie się odprężamy. Michał robi fantastyczne obiady, ja uwielbiam piec ciasta i specjalizuję się w daniach pt. "Nie ma co dzisiaj zrobić na obiad". Potrafię zrobić coś kreatywnego z niczego, aby nie powtarzać tego, co zawsze - opowiada Paulina. Miłość do gotowania zaszczepili jej rodzice i babcia. To dzięki niej w domu zawsze pachniało szarlotką. Paulina jest już blisko uchwycenia tego smaku, ale to wciąż nie to, co smakowała w dzieciństwie.

Popularność serwisu Kotlet.tv wcale ich nie dziwi. Bo, mówią, ludzie muszą jeść i lubią jeść. Chcą też odtwarzać smaki dzieciństwa, bo przepisy domowe przepadły, odeszły wraz ze śmiercią babci, więc ich poszukują. Ale z tą popularnością gotowania jest coś jeszcze: każdy z nas coś o nim wie, każdy musiał się z nim zetknąć. I każdy z nas może stworzyć własne kulinarne dzieło.

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

j
jaaaaaaaa

to prawda, każdy może gotować i to nawet nie najgorzej. Teraz mamy na rynku wolnowary, frytownice czy roboty kuchenne typu Kohersen które poniekąd ugotują za Ciebie to na co masz ochotę. i często lepiej od Ciebie ;p

Dodaj ogłoszenie