Czarna dziura Donalda Tuska

Witold Głowacki
To Państwowa Inspekcja Pracy powinna kontrolować pracodawców nadużywających umów śmieciowych - ogłosił w poniedziałek na konferencji minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, który jak inni członkowie rządu w ostatnich dniach - dopowiadał zapowiedzi swojego szefa z jego trzeciego expose. Tego samego dnia premier - tyle że w programach telewizyjnych - powtarzał zaś jak mantrę, że nie chce być rewolucjonistą ani romantycznym wizjonerem. W pierwszej części swego expose Donald Tusk dowiódł wprawdzie czegoś przeciwnego - zapowiadając pakiet stymulacyjny dla gospodarki całkowicie sprzeczny - co wcale nie musi być tak głupie, jak głoszą polscy epigoni Margaret Thatcher - z ostatnimi europejskimi dogmatami.

Jednak w części drugiej - poświęconej rodzinie i rynkowi pracy - swego piątkowego wystąpienia Tusk pokazał, że rzeczywiście wizji nie szuka a od rewolucji ucieka. A zamiast wizji przedstawił kompletny jej brak. Tak kompletny - że nie chcąc przestrzelić jak najnowszy "Przekrój", który zadebiutował w swej nowej odsłonie z wydrukowanym przedwcześnie tematem numeru krytykującym niewygłoszone w piątek choć jakoś spodziewane tezy expose - wolałem poczekać na konferencję Kosiniaka-Kamysza.

Minister pracy swoimi niezbyt porywającymi słowy potwierdził jednak tylko, że druga i ostatnia, "społeczna" część trzeciego expose Donalda Tuska była jedną wielką zachętą do uprawiania wolnej amerykanki na rynku pracy. Przez pracodawców - dodajmy.

Składała się z dwóch ważnych części - zapowiedzi wydłużenia urlopu macierzyńskiego do roku oraz stanowiska premiera w kwestii "śmieciówek". Reszta - czyli plan reformy urzędów pracy, trochę więcej pieniędzy na żłobki i przedszkola - to kosmetyka i żadna nowość.

W swym trzecim expose Donald Tusk dał więc rynkowi pracy dwa jednoznaczne sygnały. Po pierwsze - etat staje się jeszcze mniej dla pracodawców "opłacalny", bo już nie tylko kobieta może z niego "uciec" na pół roku - "uciekać" mogą i kobieta, i mężczyzna - i to na cały rok. Przeciętny polski pracodawca tak bowiem postrzegał dotąd urlop macierzyński - nic zaś nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Żeby tak się stało, trzeba by do tego pracodawcę albo zachęcić, albo zmusić. Nic takiego jednak ani w expose, ani w zapowiedziach ministra pracy się nie znalazło.

Na - swoje i tylko swoje - szczęście, pracodawca przyciśnięty kryzysem dostał jednak drugi sygnał od premiera. Nic, dosłownie nic, nie zmieni się w kwestii umów zleceń i o dzieło. Nie będzie ich ozusowienia, nie będzie też żadnych dodatkowych ruchów, które pozwoliłyby na powrót przyzwyczaić pracodawców do myślenia o pracy w kategorii etatu. "W warunkach kryzysu nie będzie mowy o jakimkolwiek powiększaniu kosztów pracy" - mówił premier. "Dawajcie ludziom tylko śmieciówki" słyszeli pracodawcy.

Jak zaś wiemy, pracownik na umowie o dzieło lub zlecenie jest dla pracodawcy pracownikiem idealnym. Nie "kosztuje", bo nie trzeba opłacać mu składek na ZUS lub opłaca się w je w ograniczonym wymiarze. Jest "elastyczny", bo nie obowiązują w jego przypadku żadne zapisy prawa dotyczące czasu pracy a zwolnić go można w trymiga i bez ceregieli. Na "dziele" nie przysługuje mu prawo do zwolnienia lekarskiego, w obu zaś przypadkach urlop jest tylko dobrą wolą pracodawcy. Tym bardziej macierzyński - na rok, ha ha ha. Ba - taki pracownik nie bardzo może nawet należeć do związku zawodowego, więc nie będzie się specjalnie stawiał.

Cóż zaś ma powstrzymywać pracodawcę przed oferowaniem takich form zatrudnienia zamiast etatu? Kilka martwych i niejednoznacznych zapisów prawa pracy i Państwowa Inspekcja Pracy, która nie bardzo może się na nie powoływać? I jeszcze potrzebuje w przypadku "stwierdzania stosunku pracy" wsparcia samego pracownika, który na wieść o konieczności zapłacenia zaległego podatku ucieka, gdzie pieprz rośnie? Wolne żarty.
Dlatego właśnie przez najbliższe lata - co najmniej trzy, jeśli dobrze zrozumiałem premiera - polski rynek pracy będzie ewoluował. Od tego "staroświeckiego" i "drogiego" modelu opartego na etatach, ku "elastycznemu" modelowi umów zleceń i o dzieło - co ponoć zdaniem ekonomistów i socjologów i tak jest jakoś nieuchronne.

Dlaczego więc mowa o braku wizji premiera, a nie o wizji jednoznacznej, choć może brutalnej? Dlatego, że zaledwie pół roku temu ten sam premier przeforsował - i to ogromnym politycznym kosztem - reformę wydłużającą wiek emerytalny kobiet i mężczyzn do 67 lat. Zrobił to, bo podobno wiedział, że polskie finanse publiczne wciąż w dużej mierze oparte są na staroświeckim modelu etatu i składek odprowadzanych do ZUS. Na tym w każdym razie opiera się nasz państwowy system emerytalny i finansowanie służby zdrowia.

Tymczasem swą polityką wobec rynku pracy premier promuje model, w którym żaden wiek emerytalny nie ma najmniejszego znaczenia - bo w tym modelu nie istnieje pojęcie emerytury. Jednocześnie wypycha zaś kolejne roczniki absolwentów w szarą strefę "śmieciówek" bez składek i zabezpieczeń. Od "pakietu antykryzysowego" sprzed trzech lat aż do roku 2015 - czyli wyborczego - będzie tych roczników sześć.

Jak będą wyglądać finanse publiczne, kiedy właśnie te roczniki wejdą w wiek najwyższej teoretycznej efektywności na rynku pracy? A będzie to miało miejsce za 8-10 lat. To na nich miałby się opierać system - o popycie wewnętrznym nie wspominając? Czym załatamy dziurę w ZUS i NFZ po niepłaconych przez nich składkach? Dziurę po minimum sześciu rocznikach!

Na naszych oczach - za sprawą "śmieciówek" powstaje ogromny, strukturalny problem społeczny dotyczący całego już pokolenia. Tak poważnego chyba jeszcze nie mieliśmy - i to włączając transformację początku lat 90. i wszystkie jej najgorsze i nieprzewidziane skutki. Ciekawe, jak będą ten problem określać politycy i dziennikarze np w roku 2022? Może nada się "czarna dziura Tuska"?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Ś
Śledź
Pewnie Premier nie pozostawi umów o dzieło w stanie dziewiczym. Z pewnością skarbówka doniosła usłużnie, że z umów o dzieło przecieka bokiem góra pieniędzy, a nawet cały Mont Ewerest jeżeli nie zostaną inaczej opodatkowane. Z pewnościa rząd nie zarząda ozusowania, ale zmieni koszty uzysku, równając je praktycznie do poziomu podatków od podmiotów gospodarczch. Tak więc nawet ZUS nie uszczupli w przyszłości puli jaka ma trafić wprost do budżetu państwa. Tak to widzę.
Kiedyś w komentarzu do artykułu ekonomicznego w Polska Times napisałem, że panaceum na wzrost gospodarczy i ucieczkę przed kryzysem do przodu jest wysupłanie pieniędzy przez państwo na zainicjowanie nowych potrzebnych społecznie i gospodarczo przedsięwzięć. Czyli zasponsorowanie raczkującego biznesu. Przecież nasz rodzimy ciułacz mamony dawniej nazywany prywaciarzem nie otworzy koncernu sedesowego lub innego intratnego dużego biznesu z marszu. Nie rozpocznie eksploatacji gazu lub innej kopaliny. Na to jest potrzebna gruba forsa której nie dostanie od banku i ... kadra. No więć państwo ponoć ma dać tę kasę. Może to i dobrze że zamiast zaciskania pasa i oszczędzania, co groziło zagłodzeniem gospodarki jak pisał w swojej "Strategii Zarządzania" Igor Ansoff na temat odchudzania organizacji, państwo chce pompować kasę w rozwój i inowacyjne przedsięwzięcia. Ale kto w tych nowych przedsiębiorstwach będzie pracować i na jakich warunkach? Na umowach śmieciowych które to umowy nie wiążą zbytnio pracownika z "marką" dla której pracuje?
Dodaj ogłoszenie