Cud się zdarza

Redakcja
"Dziecko albo życie" - usłyszała Magda Kempińska. Zaryzykowała. Na zdjęciu z mężem i synem
"Dziecko albo życie" - usłyszała Magda Kempińska. Zaryzykowała. Na zdjęciu z mężem i synem Dariusz Gdesz/POLSKA
Agata Mróz, znana sportsmenka i dzielna kobieta, która umarła, by dać życie swoje mu dziecku. I anonimowa 14-latka z Lublina walcząca o prawo do pozbycia się niechcianej ciąży. Te dwa spektakularne rodzinne dramaty podzieliły w ostatnich tygodniach opinię publiczną, po raz kolejny wzbudzając debatę na temat macierzyństwa, granic poświęcenia i prawa kobiet do wyboru. O trudnych decyzjach i ich konsekwencjach piszą Agata Pustułka i Dorota Kowalska

Kiedy Magda Kempińska dowiedziała się o śmierci Agaty Mróz, siatkarki, która zmarła kilka dni po przeszczepie szpiku, na chwilę wróciła do niej przeszłość. Pomyślała o tym, jak bardzo ich losy są do siebie podobne.

Śmiertelna choroba i wymarzone macierzyństwo. Światło i mrok. I ona, i Agata balansowały na cienkiej linie. Obie wszystko postawiły na jedną kar-tę, ale to Magda zgarnęła wygraną.

Zaryzykowała i jest zdrowa - urodziła synka. Po Agacie została dwumiesięczna Lilianka. Niektórzy w czynie Agaty już widzą świętość. Tak jak Jan Paweł II zobaczył świętość Joanny Molli, włoskiej lekarki chorej na raka macicy, która mimo diagnozy zdecydowała się donosić ciążę, za co zapłaciła życiem. Za swą postawę, "heroiczność cnót", została wyniesiona na ołtarze.

Polakami dwa lata temu wstrząsnęła śmierć Anny Radosz z podczęstochowskich Żarek. Dziewczyna przerwała terapię, by urodzić Oskara, i odeszła pół roku później. Ciąża przyspieszyła rozwój czerniaka. Po śmierci Ani zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Fora internetowe, artykuły w gazetach pękały od pomysłów.

Ówczesny minister edukacji Roman Giertych wystąpił o nadanie jej medalu. Pojawiły się głosy, by rozpocząć proces beatyfikacyjny. A ona była normalną dziewczyną, która chciała tylko wychować synka i która zdawała sobie sprawę z ryzyka. Bo mamy chore na raka to zwykłe mamy. Nie czują się świętymi. Dziecko to dla nich najlepszy lek. Dziewięciomiesięczna dawka nadziei.

Kocyk dla Dominika

- Nigdy nie pytałam Pana Boga: dlaczego ja? Pytałam tylko: dlaczego właśnie teraz? Ta głupia choroba mogła przyjść po urodzeniu synka. On byłby wtedy bezpieczny - mówi Magda.

Choroba Magdy zaczęła się w maju 2005 roku, od małego niewinnego guzka, który nagle wyskoczył na węzłach chłonnych. Dwa dni później kolejna mała kuleczka pojawiła się tuż nad obojczykiem. - To był dziewiąty tydzień mojej ciąży. Nic mnie nie bolało. Nie byłam nawet lekko przeziębiona, ale chuchałam na zimne i poszłam do przychodni - opowiada Magda.

Zgodnie z zaleceniami pani doktor miała brać leki na katar i czekać, aż przejdzie. Ale nie przeszło. Jeden z guzów zaczął uciskać drogi oddechowe. Magda wiele razy się dusiła. Na szczęście po kilkunastu sekundach guz zmieniał pozycję i wracał spokojny oddech.

Postanowiła zmienić lekarza. Mieszka w Świebodzicach koło Wałbrzycha. Najpierw pomocy szukała blisko domu.

- Kolejna lekarka zleciła wiele badań. Była poważna i dociekliwa. Po USG szyi i brzucha znała już diagnozę, ale nie chciała mnie straszyć. Poprosiła, żebym przyszła z mamą - wspomina Magda.
16 października, jak Magda wytłuściła w swoim internetowym pamiętniku, "szarą zakurzoną drogą odeszła nadzieja". Wynik badania histopatologicznego - ziarnica złośliwa.

Kiedy kolejny lekarz postawił Magdę przed wyborem: ona albo dziecko, za-lana łzami pobiegła do sklepu po kocyk dla swojego "Bąbelka". - Chociaż przesądy mówią, żeby niczego przed porodem nie kupować, bo to przynosi pecha - wspomina. Ona już wtedy postanowiła, że będzie walczyć do końca. Kocyk jest do dziś jej talizmanem.

Dalsze leczenie Magdy wiązało się z wyjazdami do oddalonego o 60 kilometrów Wrocławia, do Instytutu Onkologii. Podczas pierwszej chemii płakała jak bóbr. Przy drugiej, trzeciej tak samo. Przeszła pięć chemii. - Właściwie przeszliśmy je razem z Dominikiem. W czasie każdego wlewu synek mocno się poruszał, jakby chciał mi dać znak, że u niego wszystko w porządku - opowiada Magda. - Leżałam na fotelu, farmorubicyna sączyła się przez kroplówkę do żył, a ja głaskałam brzuch, cały czas się modląc, żebym choć mogła zobaczyć moje dziecko.

Magda, chociaż od tamtego czasu minęły ponad dwa lata, nie może powstrzymać łez. A przecież widzi swój cud codziennie: małego rozrabiakę z jasnymi włosami, który uwielbia chować się w szafie. Dominik pojawił się na świecie 14 lutego 2006 roku. Prawie w terminie, w 39. tygodniu ciąży.
Po porodzie okazało się, że Magda ma dwa nowe guzy. To była cena za ciążę, za wielki wysiłek organizmu. Mały trafił pod opiekę mamy Magdy i męża Adriana, który przez cały czas choroby dusił w sobie rozpacz, ale na-wet na chwilę nie okazał zwątpienia.

Ona znów stanęła do walki. Tym razem o siebie. - Staram się wyprzeć z pa-mięci ten czas. Ból towarzyszył mi po każdym wlewie i trwał bez końca. Przeraziła mnie liczba chorych, brak wolnych łóżek. Dobijało czekanie na obchód. Chemia, radioterapia, punkcja szpiku. Czułam się jak zwierzę w klatce. Po którejś z kolei punkcji miałam ochotę wyskoczyć przez okno. Kiedy byłam u progu wytrzymałości, lekarz po-chwalił mnie, że jestem bardzo dzielna. Uratowały mnie myśli o Dominiku. Przyrzekłam sobie, że zobaczę, jak stawia pierwszy krok, jak dorasta - uśmiecha się Magda.

Jej drugie życie, wolne od bólu, zaczęło się pewnego sierpniowego dnia, gdy wyszła ze szpitala i przytuliła syn-ka. Na razie zajmuje się wychowywaniem Dominika. Wpatruje się w niego jak przez lupę. Każdy katar stawia ją na baczność. Trochę myśli o powrocie do pracy. - To banał, ale choroba pozwoliła mi inaczej spojrzeć na świat. Pierdółkami się już nie przejmuję - mówi.

Ola - dowód zwycięstwa

Niedokrwistość aplastyczna, czyli niewydolność szpiku, który odpowiada za tworzenie i wzrost komórek krwi, wy-stępuje z częstością dwa na sześć milionów przypadków. Kogoś musi więc do-paść. Dziesięć lat temu na niedokrwistość zachorowała Monika Niedziółka z malutkich Wołyńców koło Siedlec (414 mieszkańców, okazały kościół pw. Jana Robotnika). Właśnie skończyła 14 lat i szybko musiała dorosnąć.

- Jedynym ratunkiem był dla mnie przeszczep szpiku. Dawcą był mój pięcioletni brat Michał, najmłodszy dawca w Polsce. Dzielnie się spisał - teraz Monika może wspominać przeszłość spokojnie. Ale gdy odizolowana od świata, by nie przedostała się do niej żadna bakteria, widziała mamę tylko na ekranie telewizora i czekała, aż podarowany szpik zacznie pracować, liczyła się z każdym scenariuszem. Już wtedy lekarze nie dawali jej specjalnych nadziei, że kiedyś zostanie mamą. "Przy tych wynikach musiałby się zdarzyć cud" - twierdzili. Chemia, którą wzięła, rozregulowała cały organizm, a szczególnie gospodarkę hormonalną.

Macierzyństwo było dla Moniki jak odległa planeta. Po wyjściu ze szpitala cieszyła się z każdego dnia. O chorobie przypominały tylko wizyty kontrolne w Klinice Hematologii i Transplantacji Szpiku w Katowicach. Szef kliniki prof. Jerzy Hołowiecki był jej dobrym duchem. Wspierał, gdy wątpiła.

- Temat dziecka wrócił, gdy poznałam tego jedynego. Mariusz od początku wiedział o moich problemach. Razem zmierzyliśmy się ze wszystkimi przeciwnościami - opowiada Monika. - To niepoprawny romantyk i optymista. Od razu zawrócił mi w głowie. Zawsze potrafił wytłumaczyć, że nie ma sytuacji bez wyjścia.

Ratunku postanowili szukać w jednej z warszawskich prywatnych klinik leczenia niepłodności. Tam po wysłuchaniu historii choroby zaproponowano Monice adopcję komórki jajowej.

- Załamałam się, przestałam wierzyć, że zwyciężę. Na szczęście szybko się otrząsnęłam - wspomina. Wybrała publiczny szpital. Po trzech miesiącach leczenia była już w ciąży. Skakała z radości, płakała, a z nią cała rodzina.

Po dziewięciu miesiącach spełniło się marzenie Moniki i urodziła Olunię.
- Razem z córeczką, mężem i bratem byliśmy na ostatnim zjeździe pacjentów po przeszczepie szpiku w Katowicach. Prof. Hołowiecki poprosił nas na scenę i powiedział, że wszyscy jesteśmy dowodem zwycięstwa nad chorobą - mówi Monika.

Po spotkaniu obległy ją inne chore dziewczyny. Niektóre jeszcze w chustkach na głowach, krótko po chemii. - Kilku z nich dałam adres mojej lekarki. Niech mają tyle szczęścia co ja. Niech im się zdarzy cud.

Mąż zaczyna przebąkiwać o kolejnym dziecku. - Jestem za, ale najpierw chcę skończyć studia - śmieje się Monika. Studiuje pedagogikę opiekuńczo--wychowawczą z terapią pedagogiczną w Akademii Podlaskiej.

Zosia zobaczy Dalmację

Katarzyna swój wyrok usłyszała od onkologa trzy lata temu. Dla niej, 27--letniej pięknej dziewczyny, był szczególnie okrutny: "Jeszcze pani nie zżółkła, jeszcze pani nie schudła. Przeżyje pani sylwestra, Nowy Rok i pół karnawału" - wyliczył precyzyjnie.

Poczuła się jak przebity balonik. Uszły z niej wszystkie siły. Podnoszenie z kolan trwało bardzo długo. Pomogli mama, tata i słowa zmagającego się z nowotworem trenera siatkarek Andrzeja Niemczyka. Kasia zdanie wyrwane z jakiegoś wywiadu powtarzała jak mantrę: "Rak chce mi narzucić swoją wolę, ale to on się musi do mnie dostosować. Ja tu rządzę".

We wtorek, trzy dni temu, w samo południe przez cesarskie cięcie w klinice w Bytomiu przyszła na świat córka Kasi - Zofia. Kasia codziennie dziękuje opatrzności, że została wyróżniona macierzyństwem. - Zosia to wielki dar. Wcześniej błąkałam się bez celu. Choroba oduczyła mnie planowania. Moment, w którym się dowiedziałam, że będę mamą, był przełomowy.

Obawiałam się, że już do końca będę tylko wpatrzona w swój organizm. A tak zwolniłam, przestałam myśleć o raku.
Przed chorobą Katarzyna skończyła filologię chorwacką. Pomysł wziął się z pasji do podróżowania. Zna każdą dziurę w Dubrowniku, który ukochała najbardziej. Mogła być pilotem wycieczek. Ale wszystko wzięło w łeb.

Luty 2005 roku zapamiętała jako czas nieustającego bólu brzucha. Zaczął się nagle i nie pomogły żadne tabletki. Lekarze faszerowali ją nospą i ranigastem. Chirurdzy ze szpitala, do którego w końcu trafiła, chcieli wycinać wyrostek. Nie dała się pokroić. Dopiero ktoś zdecydował o konsultacji ginekologicznej. USG pokazało guza na jajniku wielkości jabłka. Jeszcze się przekonywała, że to guz zapalny. Badania wykazały, że nowotwór jest złośliwy i natychmiast trzeba go wyciąć.

Kasia od początku zaufała jednej lekarce. Prof. Anita Olejek była przy niej w chwilach największego załamania. Nowotwór Kaśki okazał się też sprawdzianem dla przyjaciół. Dla niektórych stała się niezauważalna. Inni, większość, spisali się wspaniale.

Kasia zdecydowała się na samotne macierzyństwo. Komuś kiedyś ważnemu w jej życiu może zabrakło odwagi. Ale nie przeraża Kaśki samotność, skoro wokół ma tyle miłości. Jeszcze obolała po cesarce na nowo zaczęła planować. Za kilka lat chce pokazać Zosi Dalmację. Ma nadzieję, że wycinek pobrany z jajnika podczas porodu wykaże, że choroba nie wróciła.

[email protected]

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
ja
tak
Dodaj ogłoszenie