Co zrobi Gowin? Kryzys obozu władzy w cieniu wojny o koronawybory [ANALIZA]

Witold Głowacki
Witold Głowacki
16.04.2020 warszawa posiedzenie sejmu n/z jaroslaw gowinfot. adam jankowski / polska press
16.04.2020 warszawa posiedzenie sejmu n/z jaroslaw gowinfot. adam jankowski / polska press Adam Jankowski
Po raz pierwszy od 2015 roku sejmowa większość PiS jest realnie zagrożona. Los obozu władzy zależy od decyzji Jarosława Gowina.

Opozycja jest gotowa do współpracy z Jarosławem Gowinem i jego porozumieniem, by zablokować koronawirusowe wybory prezydenckie i być może pozbawić PiS większości parlamentarnej. Gowin miałby za to dostać stanowisko marszałka Sejmu i odpuszczenie grzechów z ostatnich 5 lat, nie licząc widoków na funkcje (także te najważniejsze) w ewentualnym opozycyjnym rządzie dla siebie i swoich ludzi. Tymczasem najbardziej wpływowi politycy PiS obiecują złote góry posłom Gowina. Porozumienie rzeczywiście decyduje o większości parlamentarnej Zjednoczonej Prawicy - by ją utrzymać w przypadku zmiany frontu przez Jarosława Gowina, PiS musiałoby zatrzymać po swojej stronie nawet aż 14 z 18 posłów tego ugrupowania. Tę liczbę można nieco zmniejszyć pozyskując posłów z Konfederacji lub PSL - o co PiS również w tej chwili intensywnie zabiega. Niemniej jak dotąd los koalicji rządzącej pozostaje w rękach Jarosława Gowina.

PiS niezmiennie prze do przeprowadzenia wyborów prezydenckich jeszcze podczas epidemii - wszystkie sondaże wskazują bowiem, że przy żenująco niskiej frekwencji wygrałby je wówczas Andrzej Duda - w domach zostaliby bowiem przede wszystkim wyborcy opozycji. Partia rządząca na tyle obawiała się epidemicznych konsekwencji przeprowadzenia wyborów w sposób bezpośredni, że przygotowała w ostatniej chwil projekt ustawy o głosowaniu korespondencyjnym. Teraz, na dwa tygodnie przed terminem rozpisanych wyborów, ustawa wciąż jest w Senacie.

Tymczasem opozycja intensywnie pracuje nad politycznym planem, który miałby nie tylko zablokować dalsze prace nad głosowaniem korespondencyjnym, ale i podważyć sejmową większość PiS - być może w konsekwencji doprowadzając do utraty przez tę partię władzy.

Kluczem do tego mieliby być Jarosław Gowin i posłowie (przynajmniej ich część) jego Porozumienia. W tej kadencji partia Gowina ma w Sejmie aż 18 posłów. To bardzo dużo - zważywszy, że Zjednoczona Prawica ma łącznie tylko o 4 posłów więcej niż wynosi próg większości sejmowej.

Z powodu swego sprzeciwu wobec wyborów w maju, Gowin podał się do dymisji ze stanowiska wicepremiera i ministra nauki, jednocześnie ogłaszając, że Porozumienie pozostaje częścią koalicji rządzącej. Fotel wicepremiera zajęła po nim Jadwiga Emilewicz z jego partii. Sam Gowin zgłosił projekt zmian w konstywucji, które wydłużałyby kadencję prezydenta do 7 lat. Pozwoliłoby to na odłożenie wyborów o całe dwa lata - co przez komentatorów od lewa do prawa dość zgodnie zostało uznane za propozycję korzystną z punktu widzenia PiS. Wybory nie odbyłyby się wprawdzie w terminie, który gwarantowałby Dudzie wygraną, nie przeprowadzano by ich jednak tuż po zakończeniu epidemii - co mogłoby zakończyć się jego kompletną klęską. Zaczął się już kryzys gospodarczy, który może przybrać katastrofalne rozmiary - to również nie premiowałoby w perspektywie najbliższych miesięcy kandydata rządzącej partii. Za dwa lata - to co innego, wtedy sytuacja może być już unormowana.

Na żadne zmiany w konstytucji we współpracy z PiS nie chce się jednak z oczywistych względów zgodzić opozycja. Nic w tym dziwnego - w oczach jej wyborców całkowicie podważałoby to wiarygodność polityków głosujących ramię w ramię z partią rządzącą.

Gowin tymczasem uważa - w zgodzie zresztą z większością epidemiologów - że najbliższy możliwy termin, w którym mogłyby się odbyć wybory korespondencyjne, to połowa sierpnia. Dopiero wtedy „ byłyby one bezpieczne dla zdrowia i życia Polaków” mówił przed nieco ponad tygodniem. Szef Porozumienia tłumaczy, że ten czas starczyłby na przygotowanie wyborów korespondencyjnych odpowiednio starannie i na przyzwyczajenie wyborców do nowych reguł.

PiS nie przyjmuje argumentacji Gowina. Tymczasem szefowi Porozumienia swoją ofertę przedstawiła opozycja.

W tym tygodniu do Sejmu miałby trafić wniosek o wybór nowego marszałka Sejmu w miejsce Elżbiety Witek z PiS. Opozycja zgłosiłaby kandydaturę Jarosława Gowina - jego wybór mialby zaś nastąpić głosami wszystkich partii opozycyjnych, wliczając Konfederację i oczywiście Porozumienia. Taki egzotyczny sojusz dawałby łącznie aż 245 głosów w Sejmie. Gdyby to się udało, większość sejmowa Zjednoczonej Prawicy zostałaby złamana. Obejmując funkcję marszałka Sejmu, Gowin zostałby jednocześnie pełniącym obowiązki prezydenta, gdyby wyborów nie udało się zorganizować, a kadencja Andrzeja Dudy wygasła.

Kolejną kwestią, w której opozycja chce współpracować z Porozumieniem jest oczywiście sprawa ustawy o wyborach korespondencyjnych, która procedowana jest w senacie.

Opozycja ma tu dwie możliwości. Najbardziej oczywistym wyjściem jest odrzucenie przez Senat całości ustawy - następnie wróciłaby ona do Sejmu, gdzie musiałaby zostać ponownie przegłosowana - również w całości. Wtedy głosy posłów Porozumienia miałyby przeważyć szalę. Dwóch senatorów, których ma Porozumienie, przesądziłoby natomiast sprawę jeszcze w Senacie (gdzie opozycja ma obecnie bardzo kruchą przewagę).

W drugiej wersji opozycja i Porozumienie miałyby wprowadzić do ustawy w Senacie całą serię poprawek - następnie w Sejmie miałyby one zostać przyjęte. To jednak operacja bardziej skomplikowana logistycznie - pamiętajmy, że mówimy o konieczności współpracy wszystkich ugrupowań opozycji i Porozumienia.

Jeśli Gowin przyjmie ofertę propozycji, wybory w maju się nie odbędą, a władza PiS zawiśnie na włosku. Zupełnie otwarte jest pytanie o to, jak na coś takiego zareaguje Jarosław Kaczyński, czy PiS zgodziłby się na rolę zakładnika Gowina i Porozumienia i jak długo by w niej wytrzymał. Czy koalicja zostałaby zerwana a rząd Mateusza Morawieckiego funkcjonowałby jako gabinet mniejszościowy? A może opozycja usiłowałaby sformować własny rząd w oparciu o koalicję od Lewicy po Konfederację?

Scenariusz, w którym rosnące frustracje lub ambicje koalicjantów PiS mogłyby doprowadzić do rozpadu Zjednoczonej Prawicy, znajdował się od 2015 roku w stałym repertuarze publicystycznych wizji ewentualnej dekompozycji obozu władzy. Nie ma w tym nic dziwnego, w analizie politycznej zawsze sporą rolę odgrywały analogie - właśnie tak przecież PiS stracił władzę w 2007 roku a następnie partia zaliczyła jeszcze rozłamy - dwa poważne i jeden raczej kieszonkowy. Sprawca jednego z tych rozłamów - Zbigniew Ziobro - jest dziś liderem koalicyjnej wobec PiS Solidarnej Polski, zaś drugim koalicyjnym ugrupowaniem (ideologicznie zbliżonym do nieistniejącej już rozłamowej partii Polska Jest Najważniejsza) kieruje Jarosław Gowin, który swego czasu z hukiem pożegnał się z Platformą, wcześniej próbując przejąć nad nią władzę. Snuto więc liczne wizje albo Ziobry, który wysadzałby obóz władzy od środka, albo Gowina, który zmieniłby front w najmniej spodziewanym przez PiS momencie.

Te scenariusze przez ostatnie lata miały w wydaniu publicystów kibicujących opozycji wyłącznie życzeniowy charakter - tym bardziej, że w poprzedniej kadencji partie Ziobry i Gowina były zbyt słabe, by móc samodzielnie decydować o kształcie koalicji. Od 2015 roku do dziś nigdy jeszcze nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której takie wizje mogłyby się ziścić. Dziś jednak warunki do tego zaistniały. Los całego obozu władzy rzeczywiście zależy od decyzji Gowina.

Nie lekceważ migreny. To może być niebezpieczne!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie